A. O.

Moje zainteresowania naukowe i zawodowe, to, czym się zajmuję – wielu osobom może wydawać się męskie. Na zajęciach z historii wojskowości podczas studiów byłam jedną z trzech kobiet w grupie ćwiczeniowej. Moja miłość do języka duńskiego – który nie jest miękkim włoskim czy rosyjskim; ma swoją melodię (dla mnie piękną, choć i specyficzną) – również wywołuje u niektórych zaskoczenie. Kilka osób przyznało się, że po lekturze Mrowiska miało mnie za twardą osobę. No, właśnie.

Może dlatego tak chętnie sięgam po poezję Osieckiej – była wrażliwcem, jak i ja. Nieśmiało przemierzającym ten zwariowany świat. Trochę nierozumianym – takie mam wrażenie, czytając Jej utwory lub słuchając ich wykonań. Trochę zagubionym. Często o tym mówiła… pisała…

Nie pojadę do Madrytu w tę niedzielę,
nie wiem nawet, czy wybiorę się za próg,
może drogi swej przebyłam już za wiele
albo może widzę cienie w sercach dróg.

Mam lekkiego hopla na punkcie literackiego języka polskiego – w dzisiejszej literaturze często razi mnie – na przykład – nadużywanie przekleństw (mam wrażenie, że w niektórych przypadkach jest bezcelowe i stanowi chęć popisania się). Język Osieckiej jest… czysty. Choć ma w nim neologizmów – używanych choćby przez Mirona – ani tak cudnych zbitek wyrazów jak u Jeremiego Przybory (kiedy Kalina Jędrusik w piosence ,,O, Romeo!” śpiewała o tym, że ,,może nie ma na klimat nasz palta”, zastanawiałam się, co to jest ten ,,naszpalt”).

Nie pokocham w tym miesiącu ani roku,
może nawet bez miłości minie wiek,
może serce się po prostu lęka tłoku
albo może widzę cienie na dnie rzek.

Ciekawa jestem, jaka Osiecka była jako człowiek – dla swoich najbliższych: jako przyjaciółka, jako matka. Niektórzy wrażliwcy są bardzo, bardzo zamknięci w sobie. Boją się otworzyć, boją się zostać zranieni. ,,Może serce się po prostu lęka tłoku / albo może widzę cienie na dnie rzek”. Nieufność. To jest chyba najlepsze określenie tego, o czym poetka tymi słowami mówi.

Nie sprzedaje się ostatnich samochodów,
jak nie zdradza się ostatnich swoich żon,
lecz kto powie, czy daleko do zachodu
i dla kogo, i dla kogo bije dzwon.

Poza tym – melodie utworów do słów A. O. są cudne. Wyszły spod piór Seweryna Krajewskiego (,,Uciekaj moje serce”,,Kiedy mnie już nie będzie”), Jacka Mikuły (,,Bossanova do poduszki”), Zygmunta Koniecznego (,,Białe zeszyty”).

Achhh, magia A. O. Jak przyjemnie się słucha…!

🙂

Ps. Cytaty pochodzą z piosenki ,,Gdzie są ci chłopcy na świetnych maszynach”.

Artyzm

Z gombrowiczowskiego ,,Ferdydurke” wiemy, że: ,,Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? (…) Dlatego,(…) że Słowacki wielkim poetą był!„. A ja doszłam do wniosku, że ,,Białoszewski wielkim artystą był”. Miron. Ten od ,,Chamowa”.

Mironowy ,,Tajny Dziennik” dostałam x lat temu w ramach prezentu, ale dopiero teraz podłapałam jakąś wenę i zaczęłam go czytać. Bądźmy szczerzy: przez całe lata niezbyt się z Mironem kochałam, bo jego filozoficzne wywody mnie nudziły. Z czasem nauczyłam się dostrzegać w nich to, co i mnie trapi. Wrażliwość. Nadwrażliwość. Artyzm.

Nie pretenduję, broń Boże, do miana artystki, ale jakaś nutka tego artyzmu we mnie tkwić musi. Piszę opowiadania. Piszę wiersze. Moja fiksacja na punkcie języka duńskiego też jest w jakiś sposób artystyczna 🙂 A przynajmniej ja tak uważam.

Pióro Mirona jest nie do podrobienia: nie znam drugiego człowieka, który z taką łatwością bawiłby się słowem. Miron. Niepewny cozrobień. Yeń.

,,męczy się człowiek Miron męczy
znów jest zeń słów niepotraf
niepewny cozrobień
yeń

Tak o sobie pisał w ,,Mironczarni”.

Jestem akurat pewnym cozrobieniem. Cozrobniem?

Wracam do pracy.

Miłego dnia!:)

Carmen Mory – ,,Czarny Anioł” z Ravensbrück

Z pochodzenia była w połowie Brytyjką (po ojcu), w połowie Filipinką (po matce) – urodzoną w Adelboden, niedaleko Berna (Szwajcaria), 2 lipca 1906 roku. Na usługach Gestapo pozostawała od 1934 roku. Po kilku latach znalazła się w hitlerowskim obozie Ravensbrűck, gdzie – jako więźniarka funkcyjna (kapo) – zasłynęła sadyzmem.

Ojciec Carmen Marii Mory – Ernest – był lekarzem, a matka kobiety – Lena Bischoff – jego pacjentką, która – by wyjść za niego – rozwiodła się z pierwszym mężem. Małżeństwo doczekało się trzech córek, wśród których Carmen była środkowa.1 W jej żyłach – poza filipińską i brytyjską krwią – płynęła także krew szwajcarska (po dziadku ze strony matki). W dorosłym życiu pracowała jako dziennikarka – publikowała na łamach ,,Manchester Guardian”2.

Zafascynowana ideologią nazistowską – do NSDAP wstąpiła już w 1934 roku. Wysłano ją do Paryża – zajmowała się tam szpiegowaniem niemieckich emigrantów. W stolicy Francji działała do roku 1938 bądź do przełomu lat 1939 i 1940 (różne źródła podają różne lata: jedne rok 1938, drugie przełom lat 1939 i 1940), do momentu, aż oskarżono ją o szpiegostwo i skazano na śmierć. Chcąc zostać ułaskawioną przez francuskiego prezydenta, zadeklarowała się jako podwójny szpieg. Utraciła zaufanie nazistów, niemniej jednak ułaskawienie uzyskała w roku 1940. Przez rok – do 1941 – przebywała w Czechosłowacji, gdzie była informatorem SS, a jednocześnie – czechosłowackiego ruchu oporu3. Właśnie podczas pobytu tam, Carmen Maria Mory została aresztowana przez Gestapo – pod zarzutem podwójnego szpiegostwa – i wysłana do obozu Ravensbrűck.

Szybko awansowała w obozowej hierarchii. Jako kapo (więźniarka funkcyjna) odznaczała się wyjątkowym okrucieństwem. Z racji sadystycznych skłonności nazywano ją potworem – podczas procesu powiedziano, że ,,zachowywała się jak prawdziwy SS – man”, przydomek ,,Czarny Anioł” miał zabarwienie ironiczne, a powstał najprawdopodobniej wskutek wyjątkowej, nieco egzotycznej, urody Mory. Więźniarką funkcyjną była w bloku 10, gdzie znajdowały się gruźliczki. Więźniarki były przez nią bite – jedna z nich – Polka z pochodzenia – podczas procesu zeznawała (na własnym przykładzie), że Mory potrafiła wylewać wiadra lodowatej wody na zupełnie nagie ciała kobiet. Wywlekała chore więźniarki z łóżek, zaganiała do łaźni i spuszczała na nie – stojące na gołych kamieniach – lodowaty prysznic z wiader, twierdząc:

– Teraz będziecie czyste.

Lubowała się również w okradaniu ich. Służyła pomocą lekarzowi SS – Percy’emu Treite (z pochodzenia Anglikowi) – w eksterminacji kobiet rzekomo chorych umysłowo.4 Violette Le Coq – żyjąca w latach 1912 – 2003 francuska więżniarka obozu od 1943 do 1945, po wojnie znana ilustratorka książek, kiedy w 1947 roku zeznawała w pierwszym procesie załogi Ravensbrűck, posądzała Mory o morderstwo. Cytując jej słowa:

,,Którejś nocy obudziły nas krzyki dobiegające z pomieszczenia obok, w którym umieszczone były kobiety obłąkane. Carmen Mory, studentka medycyny, francuska pielęgniarka i ja wstałyśmy i poszłyśmy (…) zobaczyć, co się dzieje. Otworzyłyśmy drzwi i ujrzałyśmy dwie walczące między sobą kobiety. (…) Mory wzięła jeden ze skórzanych pasów (…) i zaczęła okładać nimi kobiety. Wysłała studentkę medycyny, by przyniosła ampułki, po czym wstrzyknęła ich zawartość [walczącym]. Następnego dnia rano wróciłam do [tego] pomieszczenia i zobaczyłam pięć nieżywych kobiet, leżących na podłodze, wśród nich te, którym Mory dała zastrzyki.”5

Do ostatnich dni życia, Carmen Mory uparcie twierdziła, że jest niewinna zarzucanym jej czynom. Proces toczył się przed brytyjskim Trybunałem Wojskowym, wyroki wykonano w maju 1947. Mory odebrała sobie życie miesiąc wcześniej przez podcięcie żył.

1The Philippine Genealogical Society, https://angkangpilipino.wordpress.com/2015/07/08/carmen-maria-mory/, dostęp: 09. 11. 2017.

2Roberts Y., Is this a woman: inside Ravensbrűck, Hitler’s Concentration Camp for Women review – profoundly moving, [w:], The Observer, 18. 01. 2015, https://www.theguardian.com/books/2015/jan/18/if-this-is-a-woman-review-inside-ravensbruck-camp-women-sarah-helm-profoundly-moving, dostęp: 09. 11. 2017.

3Bazyler M. J., Tuerkheimer M. H., Forgotten trials of the Holocaust, Nowy Jork 2014, s. 142.

4Langley Russel E. A., The Scourge of the Swastika: A History of Nazi War Crimes During World War II, Nowy Jork 2009, s. 209.

5Tamże, s. 209.

Jak mało malin, a jakie czerwone!

„Jak mało malin! A jakie czerwone
By krew. – Jak mało – w którą pójdę stronę?
Nie wiem… A niebo jakie zapalone
Jak krew… Czemu ty, słońce, wschodzisz krwawo?”

Cały rok czekałam na II sezon ,,Belfra” – ten I był naprawdę niezły. Niestety, przeniesienie akcji do mojego ukochanego Wrocławia (tam studiowałam przez większą część studiów – chyba nie wyszło serialowi na dobre.

Dobrowice to jednak były Dobrowice – bardziej swojskie i bliższe zwykłemu śmiertelnikowi. Prywatne liceum, w którym tytułowy belfer wylądował – nie wydaje mi się, żeby nawet najbardziej prestiżowy polski ogólniak tak wyglądał, i tak funkcjonował. Szkolna kawiarnia taka, że daj Panie Boże. Uczniowie zwracają się do nauczyciela po imieniu.

Szkolny teatr prowadzi biolog. Bo – jak wysłowiła się dyrekcja szkoły we własnej osobie – ,,mamy wszechstronnych nauczycieli”. I tym razem nie usłyszymy znanego z I sezonu zdania ,,To były tylko żarty!”, bo na tapetę wzięto ,,Balladynę”. Oto rzeczony biolog przygotowuje szkolną inscenizację dzieła Słowackiego. Podczas próby usłyszymy – na przykład – utwór Renaty Przemyk ze słowami:

,,Tobie szatan stróż
Włożył w rękę nóż
Siostra twoja rwie maliny
A ty, a ty
Nóż twój siny
Poczerwieniał krwią”

Również podczas próby jeden z uczniów – uzbrojony w pistolet – zacznie dokonywać masakry. Rzekomo z tego powodu, iż rzuciła go dziewczyna. I tutaj… się zaczyna jazda bez trzymanki. Mówię o nieścisłościach.

  • Pomysł na bieganie z uczennicą, która ma ranę postrzałową brzucha, po całej szkole celem znalezienia apteczki. Aż dziwne, że tak długo jeszcze żyła po tym, jak z nią się przelecieli wte i wewte.
  • Ranna dziewczyna umarła w szkolnej toalecie dla nauczycieli, w której została zamknięta razem z belfrem (celem ratowania ich życia, jak się okazało). Jakby ktoś nie pomyślał, że atakujący szaleniec może z łatwością przestrzelić drewniane drzwi. Położyli dziewczynę na podłodze, po prostu. I tam dokonała żywota.
  • Dawać osobie rannej w brzuch wodę do picia. Pierwsza pomoc pierwsza klasa.
  • Pancerne szyby. Jestem niebywale ciekawa, którą to niby szkołę na takie stać.
  • Odrywanie imadła od biurka. Mocarne w łapkach te uczennice. A takie drobne niby.
  • Policja i antyterroryści. Ja Cię kręcę. W szkole grasuje uczeń – terrorysta. A oni wszyscy stoją na dworze i dywagują, zanim w ogóle cokolwiek zaczną działać. Zabierają się do tej roboty, aż miło.
  • Wszyscy uciekający uciekali z prędkością światła. Do tego stopnia, że najpierw latali za tą apteczką, a potem – jak kazano skakać z okna – to się polały łzy i widać było, że najchętniej by nie skakali.
  • Nieżyjący policjant nagle ożywa. Autentycznie. Ożywa na widok licealisty, który wcześniej miał go zastrzelić.

Jednej osoby mi było bardzo żal. Tego biologa. Kurczę. Ojciec dwojga małych dzieci. Sprawiał wrażenie sympatycznego gościa. I w drugim już odcinku głowę pod topór położył 😦

Jakiś mało realistyczny ten początek… niemniej, czekam, jak się sytuacja rozwinie. Aha, jak ktoś napisał w Internecie: wszystko przez Słowackiego! Pisał o czerwieni malin i krwi, to teraz ma! P. S.: I liczę, że biolog zmartwychwstanie.

Ziemba. In memoriam.

Pisałam tu już o dwóch ważnych dla mnie osobach, których niestety już nie ma wśród nas. Nieraz o Joannie. Kilkakrotnie o Pani Profesor. A czy kiedykolwiek mówiłam coś więcej o… Ziembie?

Nazywała się Anna Barbara Ziemba – Michałowska (1946 – 2014). Była córką profesora fizyki, wykładowcy Uniwersytetu Jagiellońskiego – jej matka zaś była historykiem sztuki. Dla mnie była Panią Ziembą. Dla wielu innych osób – jak sama o sobie mówiła i jak się podpisywała – Ziembą. Albo Ziembusiem. Czy Ziembusią.

W moim liceum, w moich ,,Wiewiórach” uczyła historii sztuki. Wyciągała nas do muzeów. Opowiadała o sztuce z wielką pasją – widać było, że kocha to, czym się zajmuje. I kochała ,,Wiewióry”. A ,,Wiewióry” kochały Ją. Właśnie Ziembusia nazwała to cudne miejsce ,,szkołą w podkowę złożoną”. Taką – jak sama powiedziała – ,,bez ostrych kantów”.

Swego czasu wspomniałam o legendarnym już prezencie – tak bardzo ,,ziembowym”:

(..)Kiedyś wezwała mnie do siebie i usłyszałam:

– Helka! Mam coś dla Ciebie! Przyniosę Ci na następne zajęcia, ale nie pytaj, co to!

Dostałam od niej… mały słoiczek. Cały dzień się głowiłam, o co Jej chodzi i co to za dziwaczny prezent. Wieczorem wzięłam ten drobiazg, usiadłam i zaczęłam się dokładniej przyglądać. Okazało się, że to… pamiątka z Opery Wiedeńskiej. Na ściankach słoiczka i na wieczku widniały sceny z ,,Czarodziejskiego Fletu”.

Słynęła również z artystycznych klasówek. Zażyczyła sobie, żebyśmy w ramach klasówki ułożyli program TV, ale tak, żeby pogodzić interesy młodszego rodzeństwa (co to bez dobranocki do łóżka nie pójdzie) i babci (która też do łóżka nie pójdzie, tyle tylko, że bez serialu).

Jej powiedzonka. Kiedy kładła nam do głów podstawowe informacje na temat ,,Mony Lisy”, informację o tym, gdzie obrazu szukać, ubrała w następujące słowa:

– Luwr… a w Luwrze ,,Mona Lisa”. A przed ,,Moną Lisą” stoi kto…? Japończycy! Stoją i cykają tymi swoimi aparatami, bo przecież oni u siebie ,,Mony Lisy” nie mają!

Mówiąc o twórczości Chopina, komentowała:

– No i jedzie Chopin na Majorkę… Wiemy, gdzie jest Majorka? A na Majorce wtedy leje. No i pisze tam Chopin ,,Preludium deszczowe”…

Powiedziałam Jej kiedyś, że jadę na ferie zimowe do Zakopanego, zahaczając wcześniej o Kraków. Ziemba kochała Kraków, to było Jej miasto rodzinne. Usłyszawszy o moich planach, momentalnie wymyśliła mi zadanie:

– Helka! To Ty mi pobiegasz po zabytkach Krakowa i Zakopanego, a potem mi to pięknie opiszesz!

Więc zasuwałam. Krakowski Kazimierz, Muzeum Narodowe, zakopiański cmentarz na Pęksowym Brzyzku – to tylko niektóre ze zwiedzonych przeze mnie miejsc.

Przeczytawszy pracę, Ziemba dopadła mnie na szkolnym korytarzu i na jednym wydechu zakomunikowała:

– Hela, piękna praca, stówa, a w ogóle to bardzo ładnie wyglądasz!

Dodała jeszcze:

– A jak tam Kraków? Jak moje miasto? Pewnie piękne ośnieżone…

Któregoś dnia zabrała nas na warszawską Starówkę. W piękny, słoneczny czerwcowy dzień, tuż przed końcem roku szkolnego. Widzę Ją snującą opowieści o pomniku Kopernika czy gmachu Akademii Sztuk Pięknych.

Rozczuliła mnie SMS – em, którego dostałam od Niej, kiedy chorowałam i przez pół roku nie chodziłam do szkoły. Napisała krótko i treściwie:

,,Zdrowia życzę! Ziemba”

I na końcu dodała emotikonkę – uśmiechniętą buźkę.

Wyjechałam na studia do Wrocławia, ale utrzymywałam kontakt z Ziembusią. Wiedziałam, że ciężko choruje. 26 lipca 2013 roku – w dniu imienin Anny – wysłałam do Niej maila z życzeniami… Odpowiedź brzmiała:

,,Wzruszona Ziemba dziękuje…”

Ziembusia. Moja Kochana Ziembusia odeszła od nas 2 czerwca 2014 roku. Nie mogłam pożegnać Jej w rodzinnym mieście, byłam tylko na mszy pogrzebowej w warszawskim Kościele Środowisk Twórczych przy Placu Teatralnym. Ilekroć jestem w Krakowie, odwiedzam Ją na Cmentarzu Rakowickim. W ,,Wiewiórach” lubię zaglądać do sali lekcyjnej w podziemiu, która była Jej królestwem, a którą – w rocznicę odejścia – nazwano Jej imieniem (na ścianach wiszą Jej torebki, wisi Jej oprawione zdjęcie). Dużo i często myślę o Ziembie. Strasznie mi Jej brakuje.

,,…dokąd pamięcią Im się płaci.”

Postanawia umrzeć

Myśli samobójcze, stany depresyjno – lękowe. Długo to wszystko trwało. Bardzo długo. Choć może nie nazywało się tego wprost. Nauczona tym doświadczeniem – teraz, gdy jest już lepiej – zwracałam na to uwagę na tym blogu.

Depresja nie jest wymysłem. W żadnym razie. Bo czy może być wymysłem fakt, że ktoś… postanawia umrzeć?

Ja tylko staram się zwrócić uwagę na problem. Mówiłam kiedyś o tym.

Jeśli ktoś nie był na wymianie zagranicznej, nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, z jakimi emocjami to się wiąże. Ja jak już pisałam – pokochałam Kopenhagę, pokochałam Danię… ale też trochę przypłaciłam to zdrowiem. I przyznaję się do tego otwarcie. Żeby uświadomić innych ludzi.

Bardzo pomogła mi Osoba, która tak wiele serca okazywała mi, gdy byłam mała. Oraz Jej Mama. Mogłam też liczyć na wsparcie mojej kochanej A. – tej o której pisałam we wpisie o ,,Smaku świeżych malin”. To One pierwsze zwróciły mi uwagę na to, że jest coś nie tak.

Ursynowski ,,Synapsis”. Tam pomogli mi specjaliści. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – ten blog też był świetną terapią. Pisałam. I to sprawiało, że było mi lżej. Może nie zawsze tutaj – prowadziłam też odrębnego, zahasłowanego bloga.

Nadszedł jednak dzień od którego zaczęłam nowe pisać życie.

Ulżyło mi. Musiałam to wszystko napisać.

Tylko mnie nie zrań!

Po raz enty wróciłam do lektury ,,Tego lata w Zawrociu”. To moje lekarstwo na smuty, smutki i smuteczki. I ze mną jest trochę jak z Matyldą Malinowską – Just, główną bohaterką książki. Jesteśmy nad…wrażliwcami. Nadwrażliwcami. Jak to brzmi… No, ale to prawda. ,,Tylko mnie nie zrań!” – zdajemy się prosić przy pierwszym spotkaniu. Nieufność – to taka nasza… wspólna cecha.

Może dlatego tak często wracam do ,,Zawrocia”. Tego książkowego. W ,,moim Zawrociu” zamieszkałabym, gdybym tylko mogła. I książkowe Zawrocie, i to moje – to miejsca dla takich właśnie zakręconych wrazliwców. Przepraszam, NADwrażliwców. Tam się człowiek wycisza. Tam jest mu najlepiej.

Możliwe, że to właśnie w którejś z książek o Zawrociu, padły słowa:

,, – To ja – powiedział Smutek. – Wróciłem. Tęskniłaś?”

W książkowej Matyldzie jest dużo wewnętrznego smutku. Dużo powagi. Może dlatego tak dobrze się rozumiemy… i opowieści o niej uświadamiają mi, że nie jestem zupełnie osamotniona w tej swojej nadwrażliwości? Wszak pięknoduchom łatwo nie jest.

Wielka Cisza

Cmentarze traktuję jak swoiste pomniki historii. Interesują mnie jako historyka. Spaceruję po ich alejkach – próbuję zgadnąć, kim mogli być ludzie, którzy na nich spoczywają. A ponieważ 1 listopada jest coraz bliżej, zajechałam wczoraj na warszawskie cmentarze ewangelickie. Na jednym z nich spoczywa Joanna i to właśnie do Niej się wybrałam. W lipcu minęły dwa lata. Już dwa lata…!

Ten brak. Ta pustka. Nie ma Jej głośnego, zaraźliwego śmiechu. Nie ma Jej dystansu do tak wielu spraw. Nie ma Jej. Fizycznie. Ale żyje w pamięci nas wszystkich.

A wracając do punktu wyjścia: tak piękny był wczoraj ten cmentarz. Taki jesienny. Kolorowy.

Niekiedy zaglądam na bloga ,,Moje cmentarze”. Dla zawodowego historyka, jak i dla genealoga (którym zresztą jestem) – ten blog to kopalnia wiedzy o nekropoliach (w szczególności Warszawy, ale też Krakowa i Zakopanego).

,,Za bramą Wielkiej Ciszy” – wyszperałam kiedyś taką książkę w pokaźnej bibliotece mojego J. (J. jest molem książkowym, tak jak i ja). Ta Wielka Cisza. Modlitwa i skupienie. Pamięć. Niczym u Szymborskiej:

,,Umarłych wieczność dotąd trwa,

dokąd pamięcią Im się płaci.

Chwiejna waluta. Nie ma dnia,

by ktoś wieczności swej nie stracił.”

Tak nasza noblistka pisała w wierszu ,,Rehabilitacja”. ,,Dokąd pamięcią Im się płaci”. Innymi słowy: ,,Ci, których kochamy – nie umierają nigdy. Bo miłość to nieśmiertelność”.

Na cmentarzu, na którym spoczywa T. (wspominany przeze mnie we wpisie o immatrykulacji) jest grób zmarłej w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku dwudziestokilkuletniej Dziewczyny. Bardzo charakterystyczny – w formie popiersia w ciemnym (wręcz czarnym) kamieniu. Ilekroć tamtędy przechodzę (a przechodzę często), mijam stojących przy tym grobie Jej Rodziców. Mocno starszych Państwa. Nie wiem, czy była Ona jedynym Ich Dzieckiem. Są. Pamiętają. Są tam zawsze świeże kwiaty. Świecą się lampki…

Zawsze 1 listopada staramy się zapalić świeczkę na zapomnianym, opuszczonym grobie. To piękny zwyczaj. Światło – to pamięć. Symbol wieczności. Więc pamiętajmy!

Oślepił go Twych oczu blask

Ewa Demarczyk śpiewała w nieśmiertelnych ,,Groszkach” o nieszczęśliwej miłości. Nie była to jednak miłość, która przerodziła się w… no właśnie, w co? Bo czy w latach 70. (kiedy piosenka powstała) w ogóle używano określenia ,,stalking”?

Nie wiedziałam o istnieniu tego zjawiska do momentu przeczytania książki Olgi Rudnickiej ,,Cichy wielbiciel”.

Julię – dwudziestokilkuletnią mieszkankę Poznania – poznajemy w momencie, kiedy wiedzie spokojne i trochę nudne życie. Studia skończone, praca jest w miarę stabilna, szczęśliwe uczucie jest – czego chcieć więcej? Jej prześladowca poznaje ją, kiedy dziewczyna wsiada do jego taksówki.

Widzimy stopniowe pogłębianie się opętańczego uczucia trzydziestopięcioletniego rozwodnika i popadanie dziewczyny w… psychozę. Jest prześladowana za pomocą nie tylko nachodzenia w pracy, wystawania pod oknem, przysyłania SMS – ów, ale również za pomocą swojej dotychczas ulubionej piosenki Budki Suflera.

Po lekturze ,,Cichego wielbiciela” poczytałam trochę o poruszonym w tej książce problemie. Przerażające jest to, do czego taki stalker, kiedy sobie coś uroi – jest w stanie się posunąć. Powieść Rudnickiej jest bodaj pierwszą polską powieścią, która porusza ten temat. Książka daje do myślenia… i zwraca uwagę na problem stalkingu. Który istnieje naprawdę. Który przybiera rozmaite formy, bo pomysłowość prześladowcy jest duża. Który zmienia życie prześladowanego w istne piekło.

Mała

Znalazłam taki artykuł.

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22488861,w-cieniu-czarnego-psa-codziennie-z-tego-powodu-umiera-3800.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Co jeszcze musi się stać, żeby wreszcie zaczęto zauważać ten problem? On cały czas istnieje, ale mało kto go w ogóle widzi.

Osoba, która choruje na depresję – czuje się… mała. Odrzucona i nikomu niepotrzebna. Nierozumiana. Ktoś kiedyś ładnie określił: ,,mała, smutna mróweczka”.

Depresja nie jest wygodnicką postawą życiową. Jest poważną chorobą. Wychodzi się z niej dniami, miesiącami, czasem latami – to nie jest tak, że weźmiesz Fervex i po sprawie. Specjaliści: psycholog, psychoterapeuta, niekiedy nawet psychiatra – są nieodzowni.

Po cichu liczę, że kiedyś to się zmieni i zaczniemy dostrzegać tę chorobę. Zobaczymy, jak ważne jest wsparcie udzielone chorym. Wsparcie – to nawet próba porozmawiania.

Zdjęcie zaczerpnięte stąd. Takich – jak ja to mówię – mróweczek – małych, bezbronnych, potrzebujących wsparcia psychicznego – jest wśród nas bardzo wiele. Mróweczek, którym but życia rozpieprzył mrowisko.