To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina

Tytuł jest jaki jest, ale pustka w głowie też jest, a co za nią idzie – brak pomysłu na jakiś bardziej ambitny tytuł. A potrzeba pisania? Potrzeba pisania też jest.

Jeżeli powieść dla młodzieży niesie jakieś wartości, to chętnie po nią sięgam. Tak jest z książkami Marcina Szczygielskiego (,,Za niebieskimi drzwiami”). Tak jest z książkami Johna Greena.

Zaczęło się od gwiazd… ,,Gwiazd naszych wina”. Potęga miłości. Uczucie, które przetrwało nawet śmierć. Piękna podróż… podróż życia. I piękny Amsterdam.

Póki co, skończyło się na ,,Żółwie aż do końca”. Choroba psychiczna. I wszystko, co się z tą chorobą wiąże. Samookaleczanie. Poczucie niezrozumienia. Odrzucenie przez innych. Emocje i myśli, z którymi człowiek sobie nie radzi (nie zawsze radzi). Lęki.

,,Nie poddawaj się” – mówi autor książki. – ,,Pokonuj swoje słabości”.

(Źródło rysunku)

Wszystko, co kocham

,,Przeszłość sama odchodzi, nie trzeba jej niszczyć. Sama potrafi także wrócić – szukać ani ocalać też jej nie trzeba – bo jest tuż obok za ścianą czasu…”

(Hanna Kowalewska ,,Tego lata w Zawrociu”)

Z ,,moim Zawrociem” łączy się jedna z moich największych pasji – genealogia. Badać historię mojej rodziny – właśnie z ,,Zawrocia” się wywodzącej – zaczęłam dobre paręnaście lat temu. Dobrnęłyśmy – badania prowadzę wraz z moją Siostrą Cioteczną i naszą wspólną Ciotką – do przełomu wieków: XVIII i XIX. Szukając głębiej zorientowałyśmy się, że nasze nazwisko nie występuje wcześniej niż w końcu XVIII stulecia. Więc jest całkiem prawdopodobne, że nasi przodkowie przybyli na Podlasie właśnie w tym okresie. Skąd? Z Kielecczyzny bądź Małopolski. Na Podlasiu, w ,,Zawrociu”, osiedli, gdyż był to obszar właśnie zasiedlany po zarazie, która go spustoszyła.

,,Zawrocie” – rozumiane jako mój ukochany rodzinny dom („ten stary dach, co prawi baśń o dawnych dniach”) – jeszcze w drugiej połowie XIX wieku mieściło się gdzie indziej – wprawdzie w obrębie tej samej miejscowości, ale pod innym numerem, parę działek dalej. Za sprawą – nazwijmy to – niegospodarności jednego z moich przodków – ,,Zawrocie” przeniosło się tam, gdzie jest do dnia dzisiejszego.

Przygotowuję aktualnie zjazd rodziny ze strony mojej Mamy. (,,Zawrocie” bowiem to rodzina Ojca.) W wolnych chwilach tworzę jej drzewo genealogiczne. Bardzo zależy mi na tym, żeby i tę rodzinę jak najlepiej poznać – jej korzenie. Ale przede wszystkim, żeby mieć kontakt z tą rodziną.

Jestem rodzinna. Może dlatego, że ,,Zawrocie” tak blisko się ze sobą trzyma, a ja jestem z nim tak związana? I tym bardziej mi zależy na dobrych rodzinnych relacjach? A może to po prostu kwestia charakteru?

Bardzo Słony Karmel

Noworoczne postanowienie wzięło w łeb. Zero słodyczy! Niestety. Miłość do karmelu zwyciężyła. Pospołu z miłością do kawy (to już lepiej; kawy można nie słodzić i tak też uczyniłam). Do Labour Cafe na Ordynackiej wdepnęłam celem wypicia kawy właśnie. Wszak dla mnie dzień bez kawy – dniem straconym. A ze akurat się – niestety! – tarta ze słonym karmelem napatoczyła, to i jej skubnęłam.

Słucham właśnie niezrównanego Jeremiego (P.). Piosenki ze współtworzonego przezeń Kabaretu towarzyszą mi od dzieciństwa – tak Dziadziuś, jak i Mecenas S. bardzo namiętnie karmili mnie twórczością rzeczonego Jeremiego.

Addio, pomidory! Lubię. Niemniej jednak moją ukochaną piosenką Kabaretu pozostaje…

…nie, nie ta, gdzie Kalina J. przekonywała, ile to w Niej jest seksu

…ale utwór – też Kaliny! – w którym żaliła się Ona na Romea, co to może nie ma na klimat nasz palta, może właśnie dokańcza Tybalta:

Miłej reszty weekendu!:)

Próba oczyszczenia III

czyli dwie części złożone w jedną

Nadszedł Nowy Rok, więc… chyba pora na krótkie podsumowanie lat 2016 – 2017. Rok 2016 był czymś, co sprawiło, że… że jestem zupełnie inną osobą. Zupełnie. Kiedy ktoś mnie pyta o studia doktoranckie, dlaczego na nie się – póki co – nie zdecydowałam… to niech tutaj – w poniższym tekście – poszuka odpowiedzi. Dlaczego tak często tu piszę o takich rzeczach jak stany depresyjno – lękowe, osamotnienie? Dlaczego mówię wprost, jak żyję? Bo próbuję zwrócić uwagę na istotny problem. Problem braku zrozumienia. Wrażliwców w szczególności. Życie w pędzie, wieczna pogoń. Jak śpiewał mój ulubiony kabaret:

,,Cały dzień po Bożym świecie i ty i ja
Gonimy tyle ważnych spraw
Dla pieniędzy i dla sławy, dla czegoś tam
Wspólny wieczór jaki to jest skarb…”

Pozostaje mi życzyć Szanownym Czytelnikom, żeby w 2018 trochę… przystopowali w tej szaleńczej gonitwie. By doceniali to, co mają i to, co ich spotyka. By przyjrzeli się sobie nawzajem, starając się… zrozumieć. Siebie nawzajem.

28 lipca 2016:

Ty, Panie, tyle czasu masz, mieszkanie w chmurach i błękicie

Niech ten tekst będzie pewnym wyznaniem. Źle się czuję z samą sobą. Straciłam chęć do wszystkiego. Nie jestem w stanie zmusić się do zrobienia czegokolwiek. Nie, to nie jest kwestia nadmiaru czasu. Chyba. Nie potrafię cieszyć się tym, co kiedyś mnie cieszyło. Jestem kłębkiem nerwów. Zupełnie się pogubiłam. Siedzi we mnie coś, co nie chce wyjść. Uczucie głębokiego zniechęcenia? Strachu?… Pół roku życia na placu budowy. Obiecywano nam spokój, warunki do nauki, ładnie urządzone pokoje. Nic z tego, co obiecywano, nie otrzymaliśmy. A dla mnie 2500 złotych miesięcznie to był naprawdę duży wydatek. Miałam nadzieję, że sobie poradzę. Nie poradziłam. Psychicznie.

A ja na głowie mnóstwo spraw i na to wszystko jedno życie

Wszyscy chcą, żebym ja już domykała ten wyjazd. Oddawała wszystkie prace, broniła się we wrześniu. A ja straciłam siłę. Siły. Wszystkie siły – psychiczne i fizyczne. Od pół roku nie jestem w stanie usnąć w nocy. Ratunkiem są tabletki – ziołowe, ale tabletki. Płaczę. Dużo płaczę. Ale w ukryciu. Tak, żeby nikt nie widział. Nie wiem, co zrobić ze swoim życiem. Miałam plany, tyle marzeń. Wyobrażałam sobie siebie najpierw jako panią magister – później – ewentualnie studentkę studiów doktoranckich, a summa summarum dziewczynę z tytułem doktora…

A skoro wszystko lepiej wiesz, bo patrzysz na nas z lotu ptaka

Nie potrafię zebrać się, by zadzwonić do kogokolwiek. By skontaktować się z kimkolwiek. Miałam jechać na działkę jutro – jeszcze nie wiem, czy pojadę. Nie potrafię się otworzyć. Nawet przed rodzicami. Duszę wszystko w sobie. Mam wrażenie, że niewiele osób dostrzega mój problem. Bardzo niewiele. Najbliższa rodzina jest ze mnie dumna, że ja ,,tak doskonale dałam sobie radę’’ (to są jej słowa, nie moje). A mnie ten wyjazd tyle kosztował. Pomijam już kwestię finansową, ale mówię o kwestii psychicznej, nerwowej. Przepłakane noce, liczenie każdego, absolutnie każdego wydanego grosza. Brałam coś do ręki i dziesięć razy się zastanowiłam, zanim cokolwiek kupiłam. Trzysta pięćdziesiąt (czasem czterysta) złotych dostawane co tydzień z domu starczało na utrzymanie się na powierzchni przez kolejne siedem dni – rzadko kiedy wydawałam na coś ekstra. Małe, drobne szaleństwo to w zasadzie jedyna rzecz ,,tak dla siebie’’, na którą wydałam jakieś większe pieniądze.

To powiedz mi, czemu tak jest, że czasem tylko siąść i płakać?

Nie wiem, nie potrafię, nie umiem sobie pomóc. Nie potrafię uczynić tego pierwszego kroku. Dlaczego wycofałam się w cztery ściany domu? Dlaczego ograniczyłam kontakty z ludźmi do minimum? Jestem płaczliwa. Rozdrażniona. Kiedyś taka nie byłam. Gdy miałam problem – rozmawiałam. Wyrzucałam to z siebie. Teraz zamykam się w sobie. Płaczę. Nawet, kiedy rozmawiam z ludźmi – nie umiem się otworzyć tak do końca.

Ja się nie skarżę na swój los, potulna jestem jak baranek

Kopenhagę jako miasto pokochałam. Myślę, żeby tam wrócić… nawet jeśli nie w tym roku, to z pewnością kiedyś. Pokochałam Nørrebro z jego wielokulturowość, Østerbro za czar małych uliczek. Indre By – kopenhaska Starówka, Strøget – to wszystko jest piękne. Amager Strand – plaża obok której mieszkałam – i te piękne zachody słońca. Ja nie potrafię powiedzieć ,,nie’’. Nie jestem asertywna. Niestety. Gdy ktoś mnie o coś prosi – robię wszystko, by temu podołać. Kiedy ktokolwiek zwróci się do mnie o pomoc – próbuję pomóc. Wiem, że zdarzają się osoby, które to wykorzystują.

I tylko mam nadzieję, że… że chyba wiesz, co robisz, Panie

Że wszystko się da naprawić. Wszystkie moje błędy i niedopatrzenia.

6 maja 2017:

Ile mam grzechów, któż to wie? A do liczenia nie mam głowy

Przećwiczyłeś mnie, Panie, w zeszłym roku strasznie. Nie mam do Ciebie o to żalu i nauczyłam się żyć z pełną świadomością wszystkiego, co się wydarzyło. Ale… czasem się nadal pojawia ten paraliżujący lęk z którym sobie totalnie nie radzę.

Wszystkie darujesz mi i tak – nie jesteś przecież drobiazgowy

Dużo pracuję. Dużo się uczę. Wprawdzie nauka też mi idzie ostatnio z trudnościami. Na nadmiar wolnego czasu nie narzekam, więc generalnie można powiedzieć, że się przynajmniej w tym temacie ogarnęłam. Ja wiem, ja popełniłam masę błędów – i teraz próbuję je jakoś połatać, posklejać, pozalepiać. Czasem bardziej udolnie, czasem mniej.

Dlaczego mnie do raju bram prowadzisz drogą taką krętą?

Krętą, to prawda, ale może nie tak całkiem bezsensowną. Te zeszłoroczne wyboje i przeboje z życiem mnie dużo nauczyły. Ja już nie pytam, dlaczego. Pytać o to – jest bez sensu. Zdałam się po prostu na życie… którego nikt za mnie przecież nie przeżyje.

I czemu wciąż doświadczasz tak, jak gdybyś chciał uczynić świętą?

Świętą? Czy ja wiem? Do świętości trochę mi daleko. Niemniej jednak często Cię o to pytałam. W chwilach, gdy wszystko się paprało. W tych najgorszych momentach, kiedy wymiękłam zupełnie i potrzebowałam pomocy specjalistów.

Ja się nie skarżę na swój los, nie proszę więcej niż dać możesz

Powyższe słowa stały się niejako moim życiowym credo. Teraz już wiem, że nie ma po co opowiadać o swoich planach. Nikomu, a Tobie zwłaszcza, bo tylko będziesz miał ubaw.

I ciągle mam nadzieję, że… że chyba wiesz, co robisz, Boże

I na wszystko już masz plan, prawda?

To życie minie jak zły sen, jak tragifarsa, komediodramat

Wszystko się kiedyś skończy. Całe to bytowanie na ziemskim padole. Póki co, wiem jedno: w moim życiu nastąpił bardzo wyraźny podział. Na okres ,,przed’’ i na okres ,,po’’. I faktycznie to, co przeżyłam rok temu – teraz jest dla mnie – z perspektywy czasu – niczym sen. Ze swoimi wzlotami, upadkami, śmiechem, płaczem, słowem: wszystkim. ,,Tragifarsa”? ,,Komediodramat”? Do jakiej kategorii ja to wszystko zakwalifikowałam, pozostanie moją słodką tajemnicą.

A gdy się zbudzę, westchnę: „Cóż… to wszystko było chyba… zamiast”

I znowuż: coś zamiast czegoś. Gdyby nie to wszystko, o czym piszę, możliwe, że nie zaznałabym wielu rzeczy, nie poznałabym wielu osób. W tym miejscu chciałabym podziękować tym osobom, które mnie wspierały. Czasem ciepłym słowem, a kiedy trzeba było – porządnym opieprzeniem. Tak pierwszy ze sposobów, jak i drugi z nich – powoli sprowadzały mnie na właściwą drogę.

Lecz, póki co, w zamęcie trwam, liczę na palcach lata szare

Zamęt jest. Teraz. Ale w znaczeniu pozytywnym. Smakuję życia. Powoli, bo powoli (ale zawsze!) finiszuję te moje studia. Jestem sama, ale nie samotna. Zajęć mam dużo, także się nie nudzę. I już nie łażą mi po głowie żadne dziwaczne myśli, których było przecież pełno.

I tylko czasem przemknie myśl: ,,Przecież nie jestem tu za karę”

Za karę to może i jestem, a cholera wie… Nie, no żartuję. Bo przecież po coś mnie tu na Ziemię te ćwierć wieku temu przysłałeś.

Dziś czuję się jak mrówka, gdy czyjś but tratuje jej mrowisko

Bo się tak czułam. Było sobie mrowisko, było, było i nagle – klops – zostało zniszczone. Całkowicie. Zrównane z ziemią. Długo je odbudowywałam. Bardzo długo.

Czemu mi dałeś wiarę w cud, a potem odebrałeś wszystko?

To miał być naprawdę cud. Cudowny, niepowtarzalny okres. A jak to się wszystko potoczyło… wiesz.

Nie chcę się skarżyć na swój los, choć wiem, jak będzie jutro rano

I z uśmiechem staram się wejść w każdy nowy dzień. I patrzeć optymistycznie.

Tyle powiedzieć chciałam Ci zamiast… pacierza na dobranoc

Jak wyżej. Nic dodać, nic ująć.

…a takie coś znalazłam dziś w Warszawie…

Najprzyjemniej

Edit: nie, nie jestem wielbicielką poezji funeralnej. Zembaty to także…

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o jeszcze jednym poecie, którego cenię. Na równi z Mironem i A.O. Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o Macieju Zembatym.

W prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem
Gdy szarzeje za oknami pierwszy świt
W oświetleniu tym korzystnie
Wyglądają starsze panie
A i panom nie brakuje wtedy nic
Oczywiście kiedy całkiem się rozjaśni
Pewne braki wyjdą na jaw tu i tam
Lecz na razie póki wszystko
Widać jeszcze niewyraźnie
Triumfuje dumne piękno ludzkich ciał.

Achhh, humor taki wisielczy! Autor ,,Rodziny Poszepczyńskich” z takiego właśnie poczucia humoru słynął.

Umarł w 2011 roku – z Jego twórczością miałam styczność już po Jego śmierci. Informację o tym, że Maciej Zembaty nie żyje podano w momencie, kiedy jechałam do Wrocławia. Pamiętam, że to był dzień, kiedy równie często jak utwory Zembatego – leciało w radiu ,,Quizas, quizas, quizas” N. King Cole’a.

W prosektorium najweselej jest nad ranem
Później także tam wesoło , ale mniej
Świeży uśmiech opromienia
Tak poważne kiedyś twarze
A niektórzy szczerze szczerzą ząbki swe
Tylko jeden – ten co leży pierwszy z brzegu
Nie uśmiecha się bo głowy nie ma już
Lecz udziela mu się nastrój
Wytwarzany przez kolegów
W martwym ciele nadal mieszka zdrowy duch.

Brakuje mi artystów pokroju Gintrowskiego, Kaczmarskiego czy – Zembatego właśnie. Ceniłam w Nich wprawdzie różne rzeczy, bo poruszane przez Nich tematy były zupełnie różne, ale – niewielu jest teraz tak wszechstronnych artystów.

W prosektorium najzabawniej jest nad ranem
Czasem spadnie coś ze stołu – czasem ktoś
Po czymś takim następuje
Ożywienie zrozumiałe
Krótkotrwałe bo dzień wstaje jak na złość
Jasny dzień ma swoje różne jasne strony
Lecz ja jednak mimo wszystko twierdzę, że
W prosektorium najprzyjemniej
Moim zdaniem jest nad ranem
Zresztą sami przekonacie o tym się.

O Jeremim Przyborze, którego też bardzo lubię, napiszę w wolnej chwili:)

Tylko dopowiem

Werniks.

,,Ciemno, prawie noc”

Poprzedni post miał być ostatnim w tym roku. Jestem jednak pod takim… wpływem…?… wrażeniem…?… obrazu Wałbrzycha zawartego w książce Joanny Bator pod zapisanym wyżej w cudzysłowie tytułem, że po prostu muszę dać temu wyraz.

,,…było już ciemno, prawie noc…”

Poprzemysłowe miejskie budynki. Zamek Książ. Zaginione dzieci. Rodziny tych dzieci – rozbite, niekiedy wręcz patologiczne.

Niepokój.

Groza.

Takiej książki – z dreszczykiem – było mi trzeba.

Wyczółkowski – werniksy

13ego grudnia roku pamiętnego

Trzynastego grudnia 1981 znam tylko z przekazów – urodziłam się po ’89 roku. Dzisiaj mamy trzydziestą szóstą rocznicę. Dzisiaj – demokracja w Polsce daleka jest od… demokracji.

Szlag mnie trafił. Staram się nie wchodzić w politykę, wychodząc z założenia, że każdy ma prawo do swoich własnych poglądów; szanując te poglądy nie chcę się wdawać w polityczną pyskówkę. Lecz dziś i ja muszę zabrać głos. Nie daje mi spokoju to, co widzę dookoła.

Dzisiaj demokracja w Polsce jest niszczona. Najpierw się zabrali za Trybunał, potem za KRS. A w międzyczasie grzebali kobietom w narządach rodnych. (Jeśli pomyliłam kolejność, to proszę wybaczyć.) Teraz nałożyli karę na TVN. Za co? A no za to, że TVN pokazuje to, co się naprawdę dzieje za naszymi oknami. Czyli ewidentne łamanie prawa.

Granie na emocjach. Miesięcznice. To jest znęcanie się nad emocjami Rodzin, których Bliscy zginęli w Smoleńsku. Szarganie pamięci tych Zmarłych. Miesięcznice wyglądają tak, jak pisałam we wrześniu:

Muszę to opisać, bo mój wk*rw sięgnął zenitu. I muszę to z siebie wyrzucić. Unikam na fb takich postów, ale…

Krakowskie Przedmieście. Wczoraj. Wszędzie blokady z powodu miesięcznicy. Idąc do kościoła świętej Anny (rodzinna coroczna msza rocznicowa), dowiadujemy się, że, aby przejść z ulicy Miodowej – musimy pokonywać trasę: Miodowa przy Krakowskim (dokładnie vis a vis kościoła), schody ruchome, potem dołem i… po schodach. Z przerażeniem patrzę na mojego 91 – letniego Dziadka – ciężko mu iść taki kawał, porusza się z trudem, wejście na górę z trasy W – Z jest dla Niego straszne. Pod kościołem policja – dalej nie wpuszczają. ,,Czekamy na rozkaz” – słyszymy. Zbiera się tłum ludzi. Tłumaczymy, że zbliża się 21.00, że idziemy na mszę. Czekają na rozkaz. Przychodzi ksiądz, tłumaczy im, żeby nas wpuścili do świątyni. Nie ma mowy, nie wpuszczą. Ludzie się burzą, padają słowa: ,,Zabraniacie nam praktyk religijnych, utrudniając dostęp do kościoła”. Niektórzy nagrywają telefonami. Mój Dziadek – człowiek, którzy przeżył II wojnę światową, człowiek który przeżył PRL, człowiek, który przeżył straszną życiową tragedię – się włącza w dyskusję, widzę, jak ciężko mu stać, On zresztą sam tłumaczy to policjantom….

Wpuścili nas – po 40 minutach stania. Bo wtedy dostali rozkaz.

Gdzie tu logika? Jak napisałam – unikam na swojej tablicy postów o charakterze politycznym – szanuję poglądy innych ludzi. Ale..

widok ludzi, których nie wpuszczano do kościoła,

widok 91 – letniego Dziadka, dla którego stanie przez te 40 minut było udręką. Jakże upokarzające musiało być dla Niego przekonywanie funkcjonariuszy, jak bardzo jest Mu ciężko!

widok księdza, którego słowa nie trafiały do policjantów…

to wszystko było ponad moje siły.

Zablokują mi tego bloga. Przecież piszę to, co jest niepopularne, bo szkodzi ich wizerunkowi. Trudno. Niech sobie blokują. Ja poglądów nie zmienię. Nikt nie podzielił tego społeczeństwa tak jak oni. Nikt. Całe rodziny ze sobą nie rozmawiają… ze względów politycznych.

Znów tak jak dziesiątego września pod świętą Anną – płaczę. Ze zwyczajnej ludzkiej bezsilności.

Poniżej – słynne zdjęcie zrobione przez Chrisa Niedenthala.

A. O.

Moje zainteresowania naukowe i zawodowe, to, czym się zajmuję – wielu osobom może wydawać się męskie. Na zajęciach z historii wojskowości podczas studiów byłam jedną z trzech kobiet w grupie ćwiczeniowej. Moja miłość do języka duńskiego – który nie jest miękkim włoskim czy rosyjskim; ma swoją melodię (dla mnie piękną, choć i specyficzną) – również wywołuje u niektórych zaskoczenie. Kilka osób przyznało się, że po lekturze Mrowiska miało mnie za twardą osobę. No, właśnie.

Może dlatego tak chętnie sięgam po poezję Osieckiej – była wrażliwcem, jak i ja. Nieśmiało przemierzającym ten zwariowany świat. Trochę nierozumianym – takie mam wrażenie, czytając Jej utwory lub słuchając ich wykonań. Trochę zagubionym. Często o tym mówiła… pisała…

Nie pojadę do Madrytu w tę niedzielę,
nie wiem nawet, czy wybiorę się za próg,
może drogi swej przebyłam już za wiele
albo może widzę cienie w sercach dróg.

Mam lekkiego hopla na punkcie literackiego języka polskiego – w dzisiejszej literaturze często razi mnie – na przykład – nadużywanie przekleństw (mam wrażenie, że w niektórych przypadkach jest bezcelowe i stanowi chęć popisania się). Język Osieckiej jest… czysty. Choć ma w nim neologizmów – używanych choćby przez Mirona – ani tak cudnych zbitek wyrazów jak u Jeremiego Przybory (kiedy Kalina Jędrusik w piosence ,,O, Romeo!” śpiewała o tym, że ,,może nie ma na klimat nasz palta”, zastanawiałam się, co to jest ten ,,naszpalt”).

Nie pokocham w tym miesiącu ani roku,
może nawet bez miłości minie wiek,
może serce się po prostu lęka tłoku
albo może widzę cienie na dnie rzek.

Ciekawa jestem, jaka Osiecka była jako człowiek – dla swoich najbliższych: jako przyjaciółka, jako matka. Niektórzy wrażliwcy są bardzo, bardzo zamknięci w sobie. Boją się otworzyć, boją się zostać zranieni. ,,Może serce się po prostu lęka tłoku / albo może widzę cienie na dnie rzek”. Nieufność. To jest chyba najlepsze określenie tego, o czym poetka tymi słowami mówi.

Nie sprzedaje się ostatnich samochodów,
jak nie zdradza się ostatnich swoich żon,
lecz kto powie, czy daleko do zachodu
i dla kogo, i dla kogo bije dzwon.

Poza tym – melodie utworów do słów A. O. są cudne. Wyszły spod piór Seweryna Krajewskiego (,,Uciekaj moje serce”,,Kiedy mnie już nie będzie”), Jacka Mikuły (,,Bossanova do poduszki”), Zygmunta Koniecznego (,,Białe zeszyty”).

Achhh, magia A. O. Jak przyjemnie się słucha…!

🙂

Ps. Cytaty pochodzą z piosenki ,,Gdzie są ci chłopcy na świetnych maszynach”.

Artyzm

Z gombrowiczowskiego ,,Ferdydurke” wiemy, że: ,,Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? (…) Dlatego,(…) że Słowacki wielkim poetą był!„. A ja doszłam do wniosku, że ,,Białoszewski wielkim artystą był”. Miron. Ten od ,,Chamowa”.

Mironowy ,,Tajny Dziennik” dostałam x lat temu w ramach prezentu, ale dopiero teraz podłapałam jakąś wenę i zaczęłam go czytać. Bądźmy szczerzy: przez całe lata niezbyt się z Mironem kochałam, bo jego filozoficzne wywody mnie nudziły. Z czasem nauczyłam się dostrzegać w nich to, co i mnie trapi. Wrażliwość. Nadwrażliwość. Artyzm.

Nie pretenduję, broń Boże, do miana artystki, ale jakaś nutka tego artyzmu we mnie tkwić musi. Piszę opowiadania. Piszę wiersze. Moja fiksacja na punkcie języka duńskiego też jest w jakiś sposób artystyczna 🙂 A przynajmniej ja tak uważam.

Pióro Mirona jest nie do podrobienia: nie znam drugiego człowieka, który z taką łatwością bawiłby się słowem. Miron. Niepewny cozrobień. Yeń.

,,męczy się człowiek Miron męczy
znów jest zeń słów niepotraf
niepewny cozrobień
yeń

Tak o sobie pisał w ,,Mironczarni”.

Jestem akurat pewnym cozrobieniem. Cozrobniem?

Wracam do pracy.

Miłego dnia!:)