Słoneczna ’44

Kilka miesięcy temu M. – żona mojego Brata – poprosiła mnie o pomoc w zbadaniu wojennej historii ich domu. Przedwojennej kamienicy przy ulicy Słonecznej na warszawskim Mokotowie. Zaczęłam więc szperać (tak, ma się tę naturę Sherlocka Holmesa). Dzięki temu szperaniu – dowiedziałam się o dramacie, który rozegrał się w tym budynku w czerwcu 1944 roku.

Jeden z lokali zamieszkiwany był przez ludzi związanych ze Szkołą Podchorążych „Agricola” – Władysława Holendra „Szprotkę” i Wiesława Olkiewicza „Pajączka”. Oprócz wyżej wymienionych, mieszkanie zajmowała również żona „Szprotki” – Janina Holender. Sam „Szprotka” był absolwentem inżynierii lądowej na Politechnice Lwowskiej, a wykładanym przezeń przedmiotem w ramach kursów Agricoli” była saperka. O „Pajączku” natomiast wiadomo, że brał udział w kilku akcjach bojowych – między innymi Akcji „Wilanów” (26. 09. 1943) i Akcji „Rodewald” (26. 04. 1943; tutaj w sekcji „ubezpieczenie”). W chwili śmierci „Pajączek” miał dwadzieścia cztery lata, „Szprotka”- dwadzieścia sześć.

To właśnie „Pajączkowi” przekazano informację o możliwości nabycia broni po bardzo okazyjnej cenie. Osobą, od której Wiesław Olkiewicz tę informację otrzymał – był jego kuzyn. Dowódcę, któremu w „Agricoli” bezpośrednio podlegał „Pajączek”, niepokoiło to, że ta cena jest tak niska. Przekonywał „Pajączka”, żeby nie szedł na spotkanie zmierzające ku dokonaniu transakcji, jednak jego podwładny go nie posłuchał. W czerwcowy dzień 1944 roku udał się do jednego z lokali warszawskiej Woli na spotkanie z nieznaną wcześniej ani sobie, ani kuzynowi osobą od której broń miał kupić. Niemcy wpadli do miejsca, gdzie transakcja się odbywała i aresztowali wszystkich w nim obecnych, a tak się złożyło, że podczas przejazdu do siedziby warszawskiego Gestapo „Pajączka” zauważył inny instruktor „Agricoli” – Kazimierz Glazer „Sam”.

[„Sam” (rocznik 1918) był w „Agricoli” wykładowcą kursu samochodowego, rzeczoznawcą samochodowym (przez jego wstępną klasyfikację przechodziły zdobyte dla oddziału auta).]

„Sam” pojechał na Słoneczną, chcąc ostrzec „Szprotkę” – mieszkanie na Słonecznej było ważnym punktem przetrzymywania broni i dokumentów oddziału. Niemcy otoczyli kamienicę i wdarli się do mieszkania.

Ośmioletni wówczas mieszkaniec kamienicy przy Słonecznej – Pan Andrzej (mieszkał tam przez całą okupację, a od wielu lat jest znajomym moich Rodziców) – w rozmowie ze mną wspominał:

Mieszkaliśmy na parterze. Mieszkanie, w którym miał miejsce ten dramat, było na drugim lub trzecim piętrze w drugiej klatce schodowej (patrząc od strony Placu Unii). Niemcy weszli wejściem od kuchni. Jednej z osób będących w tym mieszkaniu udało się uciec – wyskoczyła oknem w miejscu, gdzie stały samochody i uciekła. Niemcy zaczęli strzelać – kilka osób zastrzelili na miejscu. Jeden mężczyzna wyskoczył oknem na patio, najprawdopodobniej złamał nogę, nie mógł wstać i został dobity („Sam” – przyp. HS). Pamiętam młodą dziewczynę – wyglądała na 18 – 19 lat, jeszcze żyła – jęczała, wynoszona z mieszkania na noszach.”

Ową dziewczyną mogła być Janina Holender, jakkolwiek Pan Andrzej stwierdził, że raczej” nie wyglądała na żonę”. Dodał jeszcze:

„Pamiętam jak patrzyłem przez okno naszego mieszkania i widziałem samochód Niemców, a w nim leżącego mężczyznę – „przybitego” do podłogi butami gestapowców. ”

Dozorca domu – nazwiskiem Migdał – sprzątał mieszkanie, w którym doszło do mordu – nie tylko z panem Andrzejem, ale i ze swym najmłodszym synem – rok lub dwa lata od Pana Andrzeja starszym (najstarszy z synów pana Migdała zginął później w Powstaniu). We trzech wynosili z mieszkania piasek z krwią. W mieszkaniu na Słonecznej życie straciło podczas tej wpadki około ośmiu osób.

Wiesław Olkiewicz „Pajączek” został zamordowany w śledztwie. Mimo poszukiwań, grobów ofiar tego dramatu (mających znajdować się na Cmentarzu Bródnowskim) – nie odnaleziono.

To, co wydarzyło się na Słonecznej, wspomina Kazimierz Moczarski w książce „Rozmowy z katem”. Inną osobą, która o tym pisze – jest Teresa Grabowska (a książką, gdzie temat się przewija – „Stare fotografie”).

Ps. W relacji pana Andrzeja nie znajduje potwierdzenia informacja zawarta w „Starych fotografiach”, jakoby w piwnicach domu miały być mordowane osoby pochodzenia żydowskiego („Mieliśmy po osiem lat, biegaliśmy po tym domu wzdłuż i wszerz – gdyby coś takiego rzeczywiscie miało miejsce, wiedzielibyśmy o tym”). Tak więc – ten temat zamierzam drążyć dalej (podobnie zresztą jak sprawę opisanej wyżej wpadki). Sama jestem ciekawa, co też mogą oznaczać krzyże namalowane na przedwojennych drzwiach piwnic (za umożliwienie udostępnienia zdjęć drzwi z krzyżami serdecznie dziękuję ich Autorce, pani Annie)…

Przełomowy

Dokladnie rok temu – 21ego grudnia 2017 – odebrałam klucze do mojego em – kwadratu, który finalnie zyskał miano Dziurawego Buta.

To był… niesamowity rok. Pod wieloma względami przełomowy. Tyle się wydarzyło. Wiem, że do Sylwestra jeszcze trochę czasu, ale rocznica odebrania kluczy do pierwszego własnego mieszkania, to jednak… to jednak jest coś.

Spełniłam swoje Największe Marzenie. Całe życie marzyłam, by dać dom Psiakowi, który tak tego domu potrzebował. Psiakowi, którego przeżyć nie życzyłabym nikomu (nawet największemu wrogowi). Dałam dom mojej Pięknej B., mojej Malutkiej B. B. jest czarną niedużą sunią – korpulentną, na krzywych łapkach i z uroczo stojącymi uszami. Bardzo wiele złego zaznała od ludzi. Zanim pod koniec września zamieszkałyśmy razem, przez dwa miesiące się poznawałyśmy – jeździłam do B. co tydzień, zazwyczaj w poniedziałek. O rany, znowu ryczę ze wzruszenia, jak teraz na Nią patrzę – szczęśliwą, bezpieczną, kochaną. Właśnie śpi – łepek położyła na moich kolanach. Jest zmęczona – niedawno wróciłyśmy ze spaceru.

Nie ma już z nami naszego Servisa – odszedł w lutym. Mam oczy w bardzo mokrym miejscu, wiem…

Byłam bliska zamknięcia mrowiska. Żegnałam się.

Pracuję w miejscu, w którym czuję się bardzo dobrze. W miejscu, w którym się odnalazłam. Wśród ludzi, których lubię. Robię to, co sprawia mi przyjemność.

Tatuaż zrobiony w styczniu – wyjątkowy – jak cały ten rok.

W tym roku Wigilia w Dziurawym Bucie. Pod okiem Dona Corleone, a jakże 🙂

,, W dziurawym bucie mieszka mysz, nieźle go nawet urządziła…

Wasza

Mrówka (albo Mysz – jak kto woli :))

Jak płaszcz nieprzemakalny

(…) Jej doskonały egocentryzm, jak płaszcz nieprzemakalny”.

(A. Kowalska, Pestka)

Staram się być empatyczna. Nie egocentryczna. Nie egoistyczna. Jednak jest coś, co mnie boli. Jak to jest, że dzisiaj praktycznie co drugi uczeń ma opinię z poradni? I to od najwcześniejszych lat swojej edukacji? Z czego duża część to jakieś dysleksje / dysgrafie / dyskalkulie? Uważam, że ma prawo mnie boleć. Bo ode mnie – z poważnymi problemami zdrowotnymi – wymagano często więcej niż od innych. W swoją edukację włożyłam i wkładam nadal masę roboty. Problemy z językami obcymi przezwyciężałam krok po kroku (wpis sprzed dwóch lat). Najwyżej miałam wydłużony czas pracy. Zwolniono mnie jedynie z rozumienia ze słuchu. O resztę sama niejednokrotnie musiałam wręcz walczyć. I walczyłam. Nie dostawałam na tacy. To jednak mnie trochę zahartowało.

Ulżyło. Zgrywam twardzielkę (niestety!), ale czasami i ze mnie musi coś „spłynąć”.

Oswajanie odchodzenia

Znałam Kogoś. Ten Ktoś odszedł trzy lata temu, w wieku czterdziestu lat – po długiej i ciężkiej chorobie. Do końca – walcząc. Nie poddając się. Nie słyszałam od Niej słowa skargi. Nigdy. Była niesłychanie silna. Raz jeden jedyny w życiu powiedziała mi:

– Wiesz… ja już nawet zęby myję na raty, bo nie jestem w stanie ustać przy umywalce…

W dalszym ciągu nie mogę pogodzić się z tym, że Jej nie ma.

Wiersz, który już zawsze będzie mi się z Nią kojarzył:

,, Chciałem nauczyć Cię latać,

byś sens odnalazła w tłumie,

lecz Ty po wertepach świata

nawet stąpać nie umiesz.

Ale się nie martw, nie trzeba,

nim smutek w sercu się lęgnie.

Jeszcze dosięgniesz Ty nieba

nim niebo Ciebie dosięgnie.

Bo dam Ci przewodnik po chmurach

ze wszystkich dokładny najbardziej –

jeśli kiedyś zapragniesz, to w chmurach

z pewnością mnie znajdziesz.

Dziś wracać na Ziemię mi nie każ,

choć Ziemia z błękitów mnie woła,

bo tego nie zmienisz w Człowieka,

kto raz się przemienił w Anioła.

Posłuchaj, dopóki żyjesz,

co mądrość pod nosem mruczy.

Że czasem do lotu się wzbijesz

zanim się stąpać nauczysz… „

(K. Buszman, Przewodnik po chmurach)

Bracia Mniejsi

Dzisiaj o psach. Pies też człowiek, zawsze to powtarzam. Też człowiek, tyle tylko, że ma cztery kończyny dolne zamiast dwóch nóg, no i porozumiewa się w troszkę innym narzeczu. Psiaki są nieodłącznymi istotami w moim życiu. Miałam – i mieć będę. W domu moich Rodziców mieszka ich cztery. W maju minęły trzynaste urodziny naszego ukochanego Servisa, który zgasł w lutym. A ja, myśląc o Nim jak się rozklejałam, tak się rozklejam.

Nie rozumiem ludzi, którzy znęcają się nad zwierzętami. Nie ogarniam, jak można pozbyć się psiaka, a takich przypadków jest dużo podczas wakacji… bo co? Bo państwo na urlop sobie pojechali? Stwierdzili, że nie ma tam miejsca dla zwierzaka i wyrzucili psa z auta? A on, biedny, biegł za tym samochodem, próbując go dogonić…

Urodziło się dziecko, to dla zwierzęcia już nie ma miejsca? Niby dlaczego? Zwierzę jest istotą, która czuje, która rozumie. To, że psiak warknie na dzieciaka, to może być oznaka strachu. I psu, i dziecku trzeba poświęcić uwagę, nauczyć obydwoje postępowania względem siebie. Nie zapomnę, jak w zeszłym roku poszłam na długi i męczący (spacer) z naszą wyżełką. Z naprzeciwka szła pani z dwójką dzieci – pięcioletnią dziewczynką i półtorarocznym chłopcem. Starsze z dzieci spytało mnie, czy może pogłaskać pieska. Trzymałam moją K. na smyczy, wiedziałam, że w razie czego przywołam ją do porządku, więc odpowiedziałam, że jasne, że tak. Ta mała wzięła młodszego brata za rączkę i zaczęła go uczyć, jak głaskać pieska. Że nie wolno drapać, że nie wolno szarpać, że trzeba delikatnie. Mój podziw dla rodziców tych dzieci był i jest wielki.

Jednym wpisem wiosny nie uczynię, ale przynajmniej wyleję na papier choć cząstkę mojej miłości do zwierząt, tęsknoty za nimi i absolutnego braku akceptacji dla zadawania krzywdy naszym Braciom Mniejszym.

„A gdy się wypełniły dni i umrzeć przyszło latem,
przez Most Tęczowy przeszły psy. – Równiutko. Łapa w łapę.
Od łap tysięcy dudnił most, deszcz krwawy smagał ziemię,
a one szły, i szły, i szły, ból niosąc i cierpienie.
Anioł zastukał w boże drzwi,:- „Mój Panie, już są blisko”-…
Popatrzył w oczy pełne łez, choć przecież znają wszystko.
U zejścia z mostu stanął Bóg- pobladły, wargi drżące-
-jak tu utulić wszystkie psy, gdy idą ich tysiące?..
Jakimi słowy błagać ma Bóg psy o wybaczenie
za to, że wierząc w obraz swój, dał człowiekowi Ziemię?”
(B. Borzymowska)

Nie, nie, nie!

Agnieszka Olejnik. Jej książki (o dwóch z nich wspominałam tutaj) tchną spokojem. Książka ,, Zabłądziłam” jest dla mnie szczególna. Opisuje moment brutalnego zetknięcia się z dorosłością. Dawała nadzieję w tych trudnych dla mnie momentach. Wracają wspomnienia sprzed dwóch lat. Wtedy i ja zetknęłam się z.. życiem. Wyszłam. Już tego nie ma. Złe minęło. Już jest dobrze. Chociaż. Tego się nie da wygumkować z pamięci.

Zachęcam do włączenia się w działania akcji ,,Zobacz. Znikam”. Zachęcam do włączenia się w działania ,,Porcelanowych aniołków”. To, o czym piszę, to jest bardzo poważny problem. On istnieje. On jest wśród nas.

A dzisiejszy dzień był mega pozytywny. Był u mnie R. Na kawie, ciachu i pogaduchach. R. to mój kuzyn. Też związany z Zawrociem ❤️

Kończę Całą w fiołkach Agnieszki Olejnik. Dobrze jest!

Gwiazdy leją się w błocie

Nie mam telewizora. I mieć nie będę. To, czego potrzebuję, zazwyczaj udaje mi się znaleźć podczas surfowania w odmętach sieci. A jak nie w sieci, to w literaturze, prasie. Chętnie posiłkuję się również wiedzą innych osób, wychodząc z założenia, że koniec języka za przewodnika.

Nie mam telewizora. Robię to z pełną świadomością. Mówię o tym z pełną świadomością.

Jeszcze raz powtarzam: nie mam telewizora. No, a teraz… dlaczego?

Jakby było jeszcze co oglądać, to bym nawet w tę telewizję zainwestowała. Ale gdy widzę wysyp tak zwanych gwiazd bądź Gwiazd (dla niektórych duża litera ma znaczenie), to – jak to kiedyś określiłam w jednym z limeryków, które wyszły spod mojego pióra – zachciewa mi się zwrócić obiad. Bo czegóż to gwiazdy (pardon, Gwiazdy) już nie robiły na wizji…? Poniżej krótka lista (niepełna, podkreślam):

– tańczyły

a) na lodzie

b) na parkiecie

– śpiewały

– udowadniały, jak bardzo znajomo brzmi czyjaś twarz

– występowały w cyrku

Kondycję telewizyjnych programów rozrywkowych fantastycznie opisała niejaka Klara Weritas w moim ulubionym słuchowisku radiowym pod zaiste piękną nazwą Trzy dni Pontona. Otóż wedle rzeczonej Klary, panie: Dyda Ohyda i Chocipek – były kojarzone między innymi z takimi dziełami jak Gwiazdy leją się w błocie czy Idiotki na wrotki. Nie dziwi więc, że – mając do wyboru płacenie abonamentu za powyższą rozrywkę lub założenie konta na Netflixie, wybieram to drugie rozwiązanie.

Ps. Poniżej, parę moich limeryków, na czele z tym, o którym piszę w tekście. Miłej lektury.

Na komendę policji w Suwałkach
przywieziono raz trupa w kawałkach.
Gdy policjant popatrzył na ciało,
zwrócić obiad aż mu się zachciało
i pomyślał: „No, była rozwałka!

Bogata pani z centrum miasta Tumu
sprawiła sobie pumę aż z Chartumu.
Zwierzę owe ta pani bardzo polubiła,
na jego grzbiecie siedząc po Tumie jeździła
czyniąc tym wiele szumu wśród tłumu.

Historyk (amator) w Żaganiu
chciał wziąć udział w Styczniowym Powstaniu.
Lecz kiedy branka była,
jego żona rodziła,
Więc nie było go na tym zebraniu.

Muzyk w mieście ogromnym (Koluszkach)
pasjami grywał na szkle i na puszkach.
Wszyscy mu tłumaczyli:
„Kaleczysz się, nasz miły!”
Rany miał na swych palców opuszkach.

Szukaj (a znajdziesz)

Był czas, że bardzo lubiłam gadać. Zagadywałam ludzi, powiedzmy sobie szczerze. To się zmieniło. Z wiekiem? Nie wiem, może i tak. Ale również…

Szukałam akceptacji. Rozpaczliwie szukałam akceptacji. Zrozumienia. Siebie w szaleństwie tego świata (chociaż tego szukam wciąż). Oglądając siebie w lustrze widziałam tylko to, co mi się w sobie nie podobało.

Zanim w końcu polubiłam siebie taką jaką jestem (a jestem, jak niektórym wiadomo, Mrówką, Myszą z Dziurawego Buta, słowem: oryginałem), minęło bardzo wiele czasu. Już sam mój wygląd przez niektórych może być uznany oryginalny: raczej nikczemnej postury istotka, o krótkich rudych włosach, fanka tatuaży (póki co – sztuk trzy) i kolczyków (na dzień dzisiejszy – sztuk sześć), nosząca się generalnie na luzie (im luźniejsze ciuchy, tym lepiej). A był czas, nie ukrywam, że podążałam za wzorcem dyktowanym zewsząd przez kulturę tak zwaną popularną.

Bycie szczupłą – to sobie postawiłam za punkt honoru w wieku piętnastu lat. I popadłam w szał odchudzania. Zgubiłam dziesięć kilo i uważałam, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Uparłam się, że zapuszczę włosy. Look określany jako pielgrzymkowy (określany przez Mecenasa S.) ćwiczyłam z zapałem.

Trochę przeszłam, zanim udało mi się skompletować swój styl. Jestem sobą. Dobrze się czuję. Jest okej. Nawet jak mam te dwa kilogramy więcej i unikam sztucznych rzęs oraz botoksu. Co do gadania… ostatnio wolę słuchać.

A paniom podążającym za szczupłością, poprawiającym swoją urodę za pomocą ostrzykiwań twarzy i za pomocą skalpela (tak, wśród nich są i moje rówieśnice), polecam to, co sama właśnie czytam:

Mój drogi T.!

Wczoraj wyświetlano film o Cioci. Na samej projekcji nie byłam (tak, T., praca wzywała!), ale na moment wpadłam do kina w którym ta impreza miała miejsce. Wpadłam z gratulacjami dla Bohaterki Wieczoru. Wokół Ci Ludzie, którzy Ciebie znali. Którzy Ciebie lubili. Pamięć o Tobie, Mój Kochany T., jest w Twojej Fundacji żywa. Może uda się pozgrywać filmy z konwojów? Są na starych kasetach video, może zrobi się z tego DVD. Tak bardzo chciałabym mieć chociaż jeden taki film…

Ja wiem, ja dawno nie byłam u Ciebie, u Was – na cmentarzu. Ale ja naprawdę nie miałam kiedy. Obiecuję poprawę. Zresztą, znasz mnie. Niewiele się pod tym względem zmieniłam. Robię wszystko, by dotrzymać danego słowa. Jednak wiesz… to nadal nie jest takie proste. Popatrz: w grudniu minie piętnaście lat! A mnie nadal boli serce, gdy jestem na Woli i widzę, że: ,,żył lat 32″. Wspomnienia są nadal żywe, tak samo bolesne. Siedzę w pracy, myślę i ryczę. Wiem, że byś mnie opierniczył za to, że nie mogę się skupić na robocie. Wiem również, że Ty wiesz, że ja o Tobie teraz myślę. Widzisz jak dobrze się dogadujemy?

Wczoraj była wśród Nas ta Osoba, która była z Wami, to znaczy Tobą i Ciocią, gdy mieliście wypadek na górze I. Ta Osoba wypowiedziała słynne: ,, To sp*dalajcie! „, gdy jadący za Wami samochód zatrzymał się. I znów wróciły wspomnienia. Ciocia, cała w sińcach, przewieszona przez oparcie, u nas w domu. Miałam dwa lata… ale pewnych rzeczy się nie zapomina. Ja nigdy nie zapomnę tego widoku.

Tytuł artykułu o nadgodzinach Pana Boga. Tak bardzo trafny.

Kochany T.!

Napiszę więcej, jak będę miała więcej czasu. Masz moje słowo. Tymczasem, wracam do pracy.

Tak bardzo kocham.

Tak bardzo tęsknię.

,,Ci, których kochamy, nie umierają nigdy. Bo miłość to nieśmiertelność.”