Mój drogi T.!

Wczoraj wyświetlano film o Cioci. Na samej projekcji nie byłam (tak, T., praca wzywała!), ale na moment wpadłam do kina w którym ta impreza miała miejsce. Wpadłam z gratulacjami dla Bohaterki Wieczoru. Wokół Ci Ludzie, którzy Ciebie znali. Którzy Ciebie lubili. Pamięć o Tobie, Mój Kochany T., jest w Twojej Fundacji żywa. Może uda się pozgrywać filmy z konwojów? Są na starych kasetach video, może zrobi się z tego DVD. Tak bardzo chciałabym mieć chociaż jeden taki film…

Ja wiem, ja dawno nie byłam u Ciebie, u Was – na cmentarzu. Ale ja naprawdę nie miałam kiedy. Obiecuję poprawę. Zresztą, znasz mnie. Niewiele się pod tym względem zmieniłam. Robię wszystko, by dotrzymać danego słowa. Jednak wiesz… to nadal nie jest takie proste. Popatrz: w grudniu minie piętnaście lat! A mnie nadal boli serce, gdy jestem na Woli i widzę, że: ,,żył lat 32″. Wspomnienia są nadal żywe, tak samo bolesne. Siedzę w pracy, myślę i ryczę. Wiem, że byś mnie opierniczył za to, że nie mogę się skupić na robocie. Wiem również, że Ty wiesz, że ja o Tobie teraz myślę. Widzisz jak dobrze się dogadujemy?

Wczoraj była wśród Nas ta Osoba, która była z Wami, to znaczy Tobą i Ciocią, gdy mieliście wypadek na górze I. Ta Osoba wypowiedziała słynne: ,, To sp*dalajcie! „, gdy jadący za Wami samochód zatrzymał się. I znów wróciły wspomnienia. Ciocia, cała w sińcach, przewieszona przez oparcie, u nas w domu. Miałam dwa lata… ale pewnych rzeczy się nie zapomina. Ja nigdy nie zapomnę tego widoku.

Tytuł artykułu o nadgodzinach Pana Boga. Tak bardzo trafny.

Kochany T.!

Napiszę więcej, jak będę miała więcej czasu. Masz moje słowo. Tymczasem, wracam do pracy.

Tak bardzo kocham.

Tak bardzo tęsknię.

,,Ci, których kochamy, nie umierają nigdy. Bo miłość to nieśmiertelność.”

Za innych śladem iść tą samą drogą

Szczęście! Moja Ulubiona Pisarka napisała dla mnie dedykację w moim egzemplarzu Mojej Ukochanej z Jej Książek. Nawiązała w niej do mojego… kolczyka w pępku.

Właśnie. Mam skłonność do chodzenia swoimi ścieżkami. Oryginał ze mnie duży (najczęściej ubrany na czarno). Nie, nie zawsze taka byłam. Po prostu dwa lata temu (w wieku lat dwudziestu z hakiem) stwierdziłam, że nie mam zamiaru ani sekundy dłużej być dziecięciem tak słodkim, że aż przesłodzonym. Autentycznie. Mój okres dojrzewania – na tle innych dojrzewających – minął relatywnie gładko i bez większych wyskoków. Serio. Nosiłam włosy do pasa (co istotne: z równiutko przyciętą grzywką), chodziłam w długich i rozkloszowanych spódnicach (Mecenas S. nazywa ten styl ,,pielgrzymkowym”), a imprez unikałam jak ognia (Mecenas sam wziął sprawę w swoje ręce w pewnym momencie i zagroził, że jeżeli nie pójdę na… /i tu padła nazwa imprezy/, to on mnie zapisze do kółka różańcowego. Co tu dużo  mówić: wolałam pójść. Mecenas jest znany z konsekwencji, więc jestem w stu procentach pewna, że byłby mnie do tego kółka zapisał). Kolczyk w pępku jest rzeczą o tyle istotną, że to była pierwsza rzecz, którą zrobiłam za plecami rodziców. A potem… to już dalej poszło. I nawet nie będę pisać, ile miałam lat w momencie tego buntu – bo to aż wstyd, że wyłamałam się tak późno.

Dzisiaj – kroczę krokami wprawdzie małymi, ale – z pewnością – własnymi ścieżkami. Są wzloty, są upadki, jest uśmiech, są łzy – ale czuję, że jestem. Powoli przestaję być kimś, kto dziarsko maszeruje utartymi drogami. Bo mam swoje własne ścieżki – to nie jest takie proste je wydeptywać. A wydeptuję. A może: próbuję je wydeptywać. Niczym w słowach jednego z utworów, w który często się wsłuchuję):

,,Znam te drogi przez układy planetarne,

w chmury, bzdury i marzenia: w nieskończoność.

Trzeba znaleźć, tu na Ziemi, swoją prawdę –

nawet gorzką, 

nawet słoną…”

Wydeptuję. Wytrwale. Szukam tej swojej prawdy. A czy piszę zbyt osobiste rzeczy…? Proszę mi wierzyć – nie. Panuję nad tym, co na mrowisku zamieszczam.

pexels-photo-531321.jpeg

Horodyska

O tym, że zetknęłam się z poezją Marii Janiny Horodyskiej, zadecydował – jak to w moim życiu często bywa – przypadek. Wybrałam się kiedyś – w celach naukowych – do muzeum na Pawiaku, bo potrzebowałam zasięgnąć informacji do mojej pracy naukowej (dla tych, co nie wiedzą: jestem historykiem zawodowo zajmującym się historią II wojny światowej). Na ekspozycji znalazły się – nie wiem, czy jeszcze są (bo to było parę lat temu) – wiersze z tego okresu. Między innymi wiersz ,,Do Synka”.

,,Noc. W ciszę wpada dalekich lokomotyw świst,

księżyc coraz wyżej wspina się po niebie.

A ja myślami piszę mój codzienny list

i proszę snu, by zaraz zaniósł go do Ciebie.

Bo gdy o zwykłej porze każę Ci iść spać

i kładziesz główkę na swych małych łapkach,

przychodzę Ci na dobranoc pocałunek dać

i znów jesteśmy razem: Ty i Twoja matka.

Wiem, że nieraz w Twych oczach kręcą Ci się łzy,

że przyszła zima, że znów kwitną kwiaty

i że nikt nie umie wytłumaczyć Ci,

czemu tak długo nie ma Twojej Aty.

Jesteś mały, lecz musisz jednak silnym być,

uśmiechać się do świata jasno i radośnie,

a jak ciężko jest czasem, kiedy trzeba żyć,

zrozumiesz wtedy, gdy całkiem dorośniesz.

A dziś, mój Synku, nie myśl o mnie źle

i wierz mi, że naprawdę nie można inaczej.

Że jak zawsze, jak dawniej, mocno kocham Cię

i tylko żyję myślą, kiedy Cię zobaczę.”

Maria Janina Horodyska była z zawodu dziennikarką. W Związku Walki Zbrojnej – łączniczką. Na tak zwanej ,,Serbii” – czyli w żeńskiej części więzienia w obrębie ulic: Dzielnej i Pawiej w Warszawie – znalazła się w lutym 1941 roku, konkretnie: w tamtejszym szpitalu. Trafiła pod opiekę doktor Anny Czuperskiej – Śliwickiej, która – już po latach – wspominała na kartach swojej książki ,,Cztery lata ostrego dyżuru”, iż stwierdziła u Horodyskiej

,,(…) rozległe siniaki z obrzękami, szczególnie na grzbiecie, pośladkach i kończynach dolnych, z podejrzeniem o złamanie kości ogonowej, co później potwierdziło badanie chirurgiczne.” (Cyt. za: Czuperska – Śliwicka A., Cztery lata ostrego dyżuru, Warszawa 1968, s. 140)

Horodyska długo leżała w szpitalu. Jeden z wierszy poświęciła właśnie doktor Annie Czuperskiej. Nosi on tytuł ,,Podziękowanie”.

,,Czy wiesz, jaką moc dziwną mają Twoje dłonie,
w których się kryje wiedzy tajemnica,
że gdy je kładziesz na gorące skronie –
ginie lęk zaczajony obłędem w źrenicach?

Czy wiesz, że gdy maligny ogniem płonie głowa,
a serce się szamocze w rozpaczliwej walce –
wtedy ulgę przynoszą nie pociechy słowa,
lecz złożone na czole Twoje chłodne palce?

Jeśli nie wiesz, to musisz dzisiaj w to uwierzyć,
że w Twoich rękach leży wielki skarb zaklęty.
Dany po to, byś mogła między nami szerzyć
wiarę w siebie i w życia obowiązek święty?

Ja nigdy nie zapomnę tej koszmarnej nocy,
godziny jej w nieludzkim szły bólu i męce.
Schyliłaś się nade mną i pierwszej pomocy
udzieliły mi małe, dobre Twoje ręce.”

Poetka została zwolniona z Serbii w sierpniu 1941 roku. Jednak zanim to nastąpiło, napisała wstrząsający utwór ,,Czekanie”…

,,Wyrwano mnie z życia jak bezbarwny kwiat
i zniszczono mi całe młode szczęście moje.
Rzucono mnie w odrębny, taki inny świat,
gdzie się żyje udręką, bólem, niepokojem.

I choć powrotu droga jest bardzo daleka –
czekam…

W sercu umilkł radości bujny, mocny śpiew,
bije teraz powoli i dziwnie boleśnie.
I jędrnym rytmem zdrowia już nie tętni krew,
dawne życie powraca do mnie tylko we śnie.

I choć łez buntu nie ma na powiekach –
czekam…

W dzień nie myślę, nie czuję, lecz gdy przyjdzie noc
i jak w płaszcz miękki, spowija mnie w ciszę –
do głowy mi uderza różnych myśli moc,
jakieś głosy, wołania z tamtej strony słyszę.

I by mi przywrócono znów godność człowieka –
czekaniem przeogromnym
czekam…
czekam…
czekam…”

Kobietą, której zadedykowała ,,Czekanie” była Irena Jaworska (urodzona 22 września 1904 we Lwowie, zmarła w Ravensbrück 25 stycznia 1942). Absolwentka szkoły handlowej w Bielsku – Białej, była córką historyka miasta Lwowa i redaktora gazety ,,Kurier Lwowski” – Kazimierza Jaworskiego – i jego żony, Emilii de domo Peszkowskiej. Zanim znalazła się w Warszawie i podjęła pracę w Banku Spółek Zarobkowych, mieszkała i pracowała w Strzyżowie nad Wisłokiem (w inspektoracie szkolnym), a następnie w Krakowie. W 1940 roku aresztowano ją podczas kolportażu konspiracyjnej prasy. Ciężko chorowała – miała gruźlicę krtani i nowotwór. Udzielała się w pracach więziennej komórki konspiracyjnej, dopóki starczało jej sił. 22 września 1941 została wywieziona do obozu w Ravensbrück, gdzie zmarła. (Vide: Michalska H. (red.), Słownik uczestniczek walk o niepodległość Polski 1939 – 1945. Poległe i zmarłe w okresie okupacji niemieckiej, Warszawa 1988, s. 161)

Maria Horodyska została rozstrzelana 11 lutego 1943 w ruinach warszawskiego getta. Garstka jej wierszy zachowała się, ponieważ została szczęśliwie przesłana na wolność – za więzienne mury Pawiaka.

Znalezione obrazy dla zapytania anna czuperska-śliwicka

(Zdjęcie stąd)

Zobacz: jestem! Zobacz: znikam…

Wspominałam już kiedyś o inicjatywie ,,Porcelanowych Aniołków” (tutaj). Nie pamiętam natomiast, czy mówiłam o akcji ,,Zobacz: znikam”, zwracającej uwagę na problem samobójstw wśród dzieci / młodzieży.

Depresja to poważny problem. Niby to wiadomo… więc dlaczego tak często jest bagatelizowany? Ktoś jest. Fizycznie jest. Ale psychicznie – może być z tym kimś bardzo źle. Pomóżmy. Zanim będzie za późno. Chociaż spróbujmy wysłuchać. Wesprzeć dobrym słowem. Wysłuchanie. Próba zrozumienia. To już naprawdę dużo.

Ktoś znika… niczym za drzwiami.

Zobacz: jestem!

Zobacz: znikam.

Nie – ideał

Dzień Kobiet. Tak, tak, wiem: był wczoraj. Niespecjalnie go jednak celebruję. Niemniej jednak życzę wszystkim moim ,,współtowarzyszkom kobiecej niedoli” – wszystkiego najlepszego.

Niespecjalnie celebruję Dzień Kobiet. Bo też jestem w sumie chyba dość oryginalną kobietą. Nie należę do wojujących feministek. Nie uległam modzie na sztuczne rzęsy i paznokcie długie na kilometr. Jestem historykiem wojskowości. Kilka dni temu radykalnie ścięłam rude włosy (z którymi jestem bardzo kojarzona). Ubieram się na czarno. Słucham Demarczyk, Jantar, Geppert, Jędrusik, ale Perfectem też nie pogardzę.

Jestem nie – ideałem. I uwierzcie, że jest mi z tym naprawdę bardzo dobrze.

Ps. Do em – kwadratu ekipa wchodzi w kwietniu. Kafelki jadą spod Szczecina, a sanitariaty z Poznania 😁

Ps2. Coś á propos Dnia Kobiet (zdjęcie pochodzi z Internetu) 🙂

E. Geppert

Teksty o życiu – takim, jakim jest. Niesłodzone. Prawdziwe. Ale jednocześnie – dające nadzieję, że się podniesiesz. Bo przecież ,,trzeba znaleźć – tu, na Ziemi – swoją prawdę, nawet gorzką, nawet słoną”. Czasem – pod pozornie humorystycznymi słowami – kryjące to, co gorzkie, bolesne, smutne. Tak jest z piosenką dotyczącą  ,,Pamiętnej wycieczki”, która wyszła spod pióra Asji Łamtiuginy.

,,Landrynki” Patrycji Tomczak. Jeden z najsmutniejszych utworów. Ale chyba każdy z nas zna takie samotne osoby.

,,Spóźnili się na pociąg świata,

odtąd czekają. 

Jak z bicza trzasł przemknęły lata –

czas w miejscu stanął.

W gazetach krzyży rośnie rząd

nad kolegami,

przed wojną to w szwach pękał dom,

a teraz sami.

Landrynek przechowują stos

w starym bufecie,

opowiadają wszystkim wkrąg

o dobrych dzieciach.

Tyle by mieli przecież im

do pomilczenia,

a w głowie nie postanie myśl,

że czas to pieniądz.

Daremnie wzrok wbijają w drzwi,

tuląc w objęciach

tych, co znów nie zdążyli przyjść – 

wnuki na zdjęciach.

Gdy wreszcie w pustych stanie dzrzwiach

zła Czarna Pani,

to poczęstują, żaden strach,

ją landrynkami.

Wtedy zatrzyma Was na chwilę

śmierć tych, co byli Waszym życiem,

czas chciał, więc muszą zostać w tyle –

odżałowani pracowicie.

Potem wrócicie do swych zajęć,

zajęci czasem, a czas Wami,

dopóty czas jest Wasz, dopóki

nie zostaniemy wreszcie sami.

Dopóty czas jest Wasz, dopóki

nie zostaniemy wreszcie sami

smutno czekając na swe wnuki

wraz z niechcianymi landrynkami.”

Tęsknota za tym, co już nie wróci. ,,Czy pamiętasz jak to było?” – pyta. Śpiewa o swoim królestwie.

Edyta Geppert. Pierwsza Dama Polskiej Piosenki.

geppert_edyta_320

(Źródło zdjęcia)

 

 

 

Bóg. I miasto. Wielkie miasto!

Starannie przygotowane – i przeprowadzone – przez Katarzynę Olubińską wywiady ze znanymi ludźmi, którzy nie boją się przyznać: ,,Tak. Wierzymy„. Żyją – jak my wszyscy – w zwariowanym pędzie zwariowanego świata. Zdarzało im się miewać chwile zwątpienia. Przezwyciężyli je. Dziś otwarcie mówią o swojej wierze w Boga.

Ja sama poważnie zwątpiłam kilka lat temu. A mój stosunek do Kościoła jako do instytucji bezkrytyczny nie jest. Najważniejsza jest dla mnie wiara sama w sobie. Wierzę w Boga. Ta wiara daje siłę, daje nadzieję na to, że… że dam radę. ,,Że jakoś to będzie” – jak to ja mawiam. Tym chętniej sięgnęłam po książkę ,,Bóg w wielkim mieście” – takie lektury to zawsze dodatkowy zastrzyk nadziei.

To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina

Tytuł jest jaki jest, ale pustka w głowie też jest, a co za nią idzie – brak pomysłu na jakiś bardziej ambitny tytuł. A potrzeba pisania? Potrzeba pisania też jest.

Jeżeli powieść dla młodzieży niesie jakieś wartości, to chętnie po nią sięgam. Tak jest z książkami Marcina Szczygielskiego (,,Za niebieskimi drzwiami”). Tak jest z książkami Johna Greena.

Zaczęło się od gwiazd… ,,Gwiazd naszych wina”. Potęga miłości. Uczucie, które przetrwało nawet śmierć. Piękna podróż… podróż życia. I piękny Amsterdam.

Póki co, skończyło się na ,,Żółwie aż do końca”. Choroba psychiczna. I wszystko, co się z tą chorobą wiąże. Samookaleczanie. Poczucie niezrozumienia. Odrzucenie przez innych. Emocje i myśli, z którymi człowiek sobie nie radzi (nie zawsze radzi). Lęki.

,,Nie poddawaj się” – mówi autor książki. – ,,Pokonuj swoje słabości”.

(Źródło rysunku)

Wszystko, co kocham

,,Przeszłość sama odchodzi, nie trzeba jej niszczyć. Sama potrafi także wrócić – szukać ani ocalać też jej nie trzeba – bo jest tuż obok za ścianą czasu…”

(Hanna Kowalewska ,,Tego lata w Zawrociu”)

Z ,,moim Zawrociem” łączy się jedna z moich największych pasji – genealogia. Badać historię mojej rodziny – właśnie z ,,Zawrocia” się wywodzącej – zaczęłam dobre paręnaście lat temu. Dobrnęłyśmy – badania prowadzę wraz z moją Siostrą Cioteczną i naszą wspólną Ciotką – do przełomu wieków: XVIII i XIX. Szukając głębiej zorientowałyśmy się, że nasze nazwisko nie występuje wcześniej niż w końcu XVIII stulecia. Więc jest całkiem prawdopodobne, że nasi przodkowie przybyli na Podlasie właśnie w tym okresie. Skąd? Z Kielecczyzny bądź Małopolski. Na Podlasiu, w ,,Zawrociu”, osiedli, gdyż był to obszar właśnie zasiedlany po zarazie, która go spustoszyła.

,,Zawrocie” – rozumiane jako mój ukochany rodzinny dom („ten stary dach, co prawi baśń o dawnych dniach”) – jeszcze w drugiej połowie XIX wieku mieściło się gdzie indziej – wprawdzie w obrębie tej samej miejscowości, ale pod innym numerem, parę działek dalej. Za sprawą – nazwijmy to – niegospodarności jednego z moich przodków – ,,Zawrocie” przeniosło się tam, gdzie jest do dnia dzisiejszego.

Przygotowuję aktualnie zjazd rodziny ze strony mojej Mamy. (,,Zawrocie” bowiem to rodzina Ojca.) W wolnych chwilach tworzę jej drzewo genealogiczne. Bardzo zależy mi na tym, żeby i tę rodzinę jak najlepiej poznać – jej korzenie. Ale przede wszystkim, żeby mieć kontakt z tą rodziną.

Jestem rodzinna. Może dlatego, że ,,Zawrocie” tak blisko się ze sobą trzyma, a ja jestem z nim tak związana? I tym bardziej mi zależy na dobrych rodzinnych relacjach? A może to po prostu kwestia charakteru?