Ziemniaki też mają mundurki

O chamstwie i nie – chamstwie.

Przyszło mi żyć w czasach, kiedy chamstwo jest bardzo na topie, zupełnie, rzecz jasna, niepotrzebnie i niezasłużenie. Już naprawdę nie możesz, Człowieku, podpisać się w niewłaściwym miejscu, bo momentalnie zostaniesz obsztorcowany w najmniej delikatny sposób. Zrobisz błąd, wydając pieniądze klientowi – też zostaniesz ofukany bardzo niegrzecznie (sypniesz się na groszach, a nie na stówie, rzecz jasna). Wejdziesz w niewłaściwe drzwi czy nie ten korytarz – już za Tobą krzyczą.

Krzyczą.

Bingo.

Po prostu niektórzy już nawet rozmawiać nie umieją.

Muszą krzyczeć.

Nie, nie ja naprawdę nie jestem malkontentką.

Ja tylko nie znoszę chamstwa i prostactwa.

Powiedzenie o tym, że „ziemniaki też mają mundurki” wyszło spod pióra hm. Stefana Mirowskiego.

Sterem, żeglarzem, okrętem

Niedawno wyszłam z pracy. Z pracy, która jest dla mnie radością. Robię to, co kocham. Robię to, w czym się kształciłam. Obydwie moje prace dają mi satysfakcję – dobrze czuję się w tym, czym przyszło mi się zajmować.

Może czasem bywam zmęczona, ale to normalne. Ale naprawdę bywam szczęśliwa. Jasne, czasem chwyta mnie lęk, ale przez cztery lata zdążyłam się przyzwyczaić i wiem, co wtedy zrobić. Sama muszę być sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Czuję, że muszę.

A może już kiedyś to mówiłam…?

(Zdjęcie z otchłani łorld – łajd – łebu)

Byleby był czerwony

Od kilku tygodni na moich paznokciach pyszni się czerwień. Czyżbym odchodziła od mojej ulubionej maksymy, że czarność nad czarnościami i wszystko czarność? Możliwe. Bo chyba ta czerwień mi się już ciut sprzykrzyła. Żeby jednak nie było najmniejszych wątpliwości – nie znudziły mi się ukochane „Groszki”, w którym przecież czerwony kolor też występuje:

„Masz takie usta czerwone,

czerwone jak pożar zórz

zaczarowanych poranków

i zaczarowanych róż.

Dla Ciebie mały ogrodnik

zasadził pnące róże.

Że Tobą był urzeczony –

pragnął Cię nimi urzec.

I z róż naręczem przyszedł raz

prosić o jedno Twe słowo.

Oślepił go Twych oczu blask,

milczałaś kolorowo.

I odtąd pod oknem Twoim

i groszki kwitną, i róże.

Na modłę wiotkich powoi

pną się i pną – po murze…”

Róż nie ma, groszków też, strach na wróble nie istnieje, ale czerwony kolor bardzo mi ostatnio odpowiada.

” Jesteś piękna taka, jaka jesteś!” – powtarzam sobie codziennie rano. W czerwieni czujesz się dobrze? To ją noś! I co z tego, że – jako rudzielcowi – w kolorze czerwonym jest Ci wybitnie do d***y?”

Wiatr ułoży gawędę

Z ruchem harcerskim jestem związana od czternastu lat. Czyli równo pół mojego życia. Trochę żałuję, że tak późno je odkryłam. Harcerskie ideały są mi bliskie. Bardzo bliskie. Choć wiem, że długa była ta moja harcerska droga – i kręta. Ale – odnalazłam swój Przystanek, miejsce, gdzie dobrze i bezpiecznie się czuję. Harcerstwem i jego historią zajmuję się zawodowo – spełniło się jedno z moich najskrytszych marzeń, tych marzeń, które kiedyś, kiedyś dawno miałam zanim marzenia zniknęły. Cudowne jest, że nawet, kiedy człowiek – jak ja – nie wierzy już w siłę marzeń i ich nie ma, spełniają się te, które kiedyś miał.

Opowiada starodawne dzieje, bohaterki wskrzesza czas…

Niedawno wyszłam z pracy. W pozytywnym nastroju. Z wiarą w dobre jutro. Bo wierzę. Mocno wierzę. Choć niekoniecznie wiara oznacza u mnie Kościół.

Taki ruch jest na warszawskich ulicach. Jak ja czasem nie lubię tych tłumów. Innym razem – wręcz przeciwnie – wkradłabym się w ten tłum. I pozostała sobą – Mrówką. Po prostu Mrówką.

Idę się ślicznić!

Jedna z czytelniczek bloga napisała mi któregoś dnia, że przypadło jej do gustu użyte kiedyś przeze mnie stwierdzenie „Idę się ślicznić!”. Miło, że komuś mój cięty język i czarny humor się podoba. A co do samego ślicznienia…

Nie do końca rozumiem modę na sztuczne rzęsy i powiększanie sobie cycków, tudzież… tylnych dolnych partii ciała. Na co to komu? Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić siebie z napompowanym czym się da.

„Ślicznić się” – dla mnie w zasadzie to tylko makijaż. I jakieś takie ciuchy, w którym dobrze się czuję. Zazwyczaj – bardzo na luzie. Wygodne. Makijaż – zwykle krecha na powiece i wystarczy.

(Powyższe z: WielkieSłowa.pl)

Gdzie pracowali Apostołowie?

Tak mnie zapytano. Ostatnio. Gdzie pracowali Apostołowie? Ujęło mnie tak sformułowane pytanie, więc je zapisuję… tak, żeby nie umknęło gdzieś w otchłani pamięci… W oddali. W bardzo dalekiej oddali.

Dostałam bardzo miły prezent. Książkę jednego z Moich Wykładowców z dedykacją Pana Profesora. Wczoraj – grzebiąc w moich papierach – wyszperałam mój indeks. Z tych dobrych wrocławskich czasów. Indeks, z którego zdjęcie (tak, moje!) widział wyłącznie Mecenas S., bo jest po prostu dramatyczne.

Dziękuję, Panie Profesorze!

Niewątpliwie Wrocław – to był bardzo barwny czas w moim życiu. Myślałam o dalszej ścieżce kariery naukowej, działałam w kole naukowym, intensywnie się uczyłam, znalazły się gdzieś we mnie większe pokłady wiary w siebie i swoje możliwości. Nie należałam do kujonów (broń Boże!), ale naukę lubiłam. Przed egzaminem z historii nowożytnej na drugim roku popełniłam jeden z bardziej znanych swoich limeryków:

„Jestem taka śliczna, mądra, sprytna,

że pikusiem dla mnie nowożytna!

I zdam to wszystko z palcem w de,

nic nie przestraszy jutro mnie,

bo jam Helena jest wybitna!”

Egzamin zdałam w pierwszym terminie. Na 4,5.

Poznałam wielu ciekawych ludzi. Z częścią z nich do dziś mam kontakt. Bardzo dawno się nie widzieliśmy, ale kontakt telefoniczny czy mailowy jest.

Jeśli nie mieszkałabym w moim podwarszawskim mieszkaniu (czyli znanym wśród czytelników mrowiska Dziurawym Bucie), zamieszkałabym we Wrocławiu. Albo w Kopenhadze. To jest pewne.

A póki co, pozdrawiam znad smażenia kolejnych limeryków.

Opowieść o Agacie

Jakieś czternaście lat temu po raz pierwszy usłyszałam utwór „Moi przyjaciele”. Właściwie całe studia upłynęły mi na słuchaniu piosenek Agaty Budzyńskiej (1964 – 1996), spod której pióra wspomniany utwór wyszedł. Lubię poezję, a jeśli jest śpiewana – to zdarza się, że w jakimś utworze zagustuję szczególnie. Tak było z „Agatowym” „Aniołkiem”. Tak było z Jej „Cierpliwością”. Tak było z Jej słowami:

„Czekałam na Ciebie nad brzegiem wielkiej wody
Ucząc się od niej, ucząc cierpliwości
Jak Ci wytłumaczyć, jak wytłumaczyć
Że wciąż umieram z tej miłości
Jak Ci wytłumaczyć, jak wytłumaczyć
Że wciąż umieram z tej miłości…”

Agata Budzyńska jest – obok Jonasza i niezrównanej A. O. – jedną z moich poetów (poetek?). Takich naprawdę ulubionych.

(Źródło zdjecia: Kurier Lubelski)