Walka o pomoc

Nie jestem osobą w pełni sprawną – tak się złożyło. Kilka miesięcy wstecz wspominałam o proteście osób niepełnosprawnych. W innym tekście pisałam o moich Rodzicach i mojej ukochanej Logopedii Krysi Zielińskiej – o Osobach, dzięki którym funkcjononuję. Funkcjonuję. Funkcjonuję… Funkcjonuję….

Na Onecie pojawił się artykuł, który poniekąd podsumowuje protesty, które miały miejsce. Smutne, ale, niestety, prawdziwe jest stwierdzenie, że – jak do tej pory – niewiele one zmieniły. Jak długo jeszcze trzeba będzie walczyć, by wywalczyć realną pomoc?

Artykuł

Rodzice osób niepełnosprawnych rzadko kiedy się skarżą. Wiem to po swoich Rodzicach. Zaciskali zęby i walczyli. Ale – nasi Rodzice, Rodzice Niepełnosprawnych to ludzie. Nie cyborgi. Boli, że tak często są przez polskie państwo nierozumiani.

Panna M.

I znów malutka Panna Mróweczka się pogubiła w tym chaosie Wielkiego Świata. Chociaż może to tylko chwilowe… złudzenie optyczne. Może to tylko dzień taki zwariowany. Mróweczka pożyczyła dzisiaj książkę. Twierdzą Ci, co ją czytali, że pisana jest w podobny sposób co,, Mrowisko”.

Widziałam domy o milionach okien

…a w każdym oknie czaił się ból.

Patrzę na protest – i… i widzę ból.

Tak się złożyło, że jestem niepełnosprawna. Mieszkam w Polsce. Obserwuję protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, który toczy się w Sejmie już od ponad dwóch tygodni. Postanowiłam, że nie będę dłużej milczeć.

Nie słyszę – taka już się urodziłam. Udało mi się odebrać staranne wykształcenie. Skończyłam wyższe studia w trybie dziennym – jestem magistrem historii. Cały czas się dokształcam (między innymi poprzez szlifowanie języków obcych). Pracuję. Ale – dość już o mnie. Teraz do rzeczy…

Kilkanaście lat temu wszczepiono mi implanty ślimakowe. Wcześniej – przez wiele lat użytkowałam aparaty słuchowe. Moi Rodzice włożyli ogrom pracy w moją rehabilitację. Dziś – kiedy jestem już dorosła – jeszcze bardziej doceniam Ich starania, jeszcze bardziej Ich podziwiam. Wiem jednak, że wiele zawdzięczamy również własnemu uporowi – przecież żmudnych ćwiczeń logopedycznych (po kilka godzin dziennie przed lustrem) nikt za mnie nie wykonywał. To ja musiałam przywyknąć do noszenia aparatów – umówmy się: to nie jest jakieś superkomfortowe, niezależnie od tego, jakiej miękkości wkładki douszne wykonano ani jak głośno ustawiono aparaty. Borykałam się po wielokroć z brakiem zrozumienia. Często nie chciano mnie rozumieć, nawet nie czyniono takich prób. Będąc dorosłą, sama muszę zadbać o swoje ,,drugie uszy”. Stąd decyzja o próbie nakreślenia finansowych aspektów użytkowania aparatów i implantów słuchowych. I nie tylko finansowych.

Obecnie w Polsce zasiłek pielęgnacyjny wynosi 153 złote. Również obecnie i również w Polsce ceny dobrych aparatów słuchowych wahają się między 5 a 8 tysięcy złotych. Dodajmy, że aparaty – jak każde urządzenie – się zużywają i średnio wymienia się je co 4 – 5 lat. Mowa o klasycznych aparatach słuchowych, bo implanty ślimakowe to koszt kilkudziesięciu tysięcy złotych za jeden. A że implanty są wszczepiane operacyjnie – dołóżmy koszty związane z opieką lekarską, dojazdami na konsultacje. Dalej – ewentualne ubezpieczenie procesora mowy, codzienna higiena aparatów. Koszty baterii – też nie należą do niskich. Do procesora mowy jednorazowo wchodzą trzy baterie (wysoce wyspecjalizowane). Każda paczka baterii Rayovac (razem sześć baterii) to wydatek plus minus dwudziestu złotych. Pomnóżmy to przez pięć, bo zdarza się, że baterie są sprzedawane w pudełkach po pięć paczek. Już mamy stówę. Myślimy, że to koniec? Owszem, ale jeśli dysponujemy jednym procesorem. Osoby tak zwane bilateralne – zaimplantowane obuusznie (niczym ja sama) – zaopatrują się w stosownie większą ilość baterii. Wyobraźmy sobie, że kupujemy po jednym pudełku baterii do każdego z procesorów. I jesteśmy o dwieście złotych szczuplejsi. Czyli na same baterie wydaliśmy trochę więcej niż wspomniane 153 złote.

Wymiana procesorów mowy. To też aparaty, choć doskonalsze, które też się zużywają. ,,5 lat” to taki magiczny okres, po którym – w teorii przynajmniej – powinniśmy otrzymać nowe procesory mowy, bo część wewnętrzna z założenia jest na stałe (chyba, że coś się wydarzy i ulegnie ona uszkodzeniu; wówczas, niestety, trzeba reoperować). Jestem bilateralna, korzystam z procesorów mowy od ośmiu lat, czyli niemal dwukrotnie dłużej. Jeden z nich ma zostać wymieniony jeszcze w tym roku. Oby. Są ludzie którzy, by kupić aparaty słuchowe (i znów wracam do tych klasycznych) – biorą kredyty.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, by w 153 złotych zamknąć temat kosztów rehabilitacji. To jest po prostu niemożliwe. Niektórzy rodzice (w szczególności matki), rezygnują pracy, by zająć się rehabilitacją swoich dzieci. Rodzaje takiej rehabilitacji są rozmaite: logopedyczna jest tylko jednym z tych jej rodzajów, z którymi najczęściej mają styczność osoby z uszkodzonym narządem słuchu. Więc co w przypadku, gdy problem ze słuchem jest jednym z kilku uszkodzeń danego organizmu i gdy pracuje jedno z rodziców, a drugie jest w domu i poświęca się pracy nad (i ze) swoim dzieckiem? Nadal wierzymy, że 153 złote wystarczą? No to chyba jesteśmy w błędzie.

Orzeczenie o stopniu niepełnosprawności. Mój ubytek słuchu oscyluje między 80 a 90 procent ubytku, a mam przyznany lekki stopień niepełnosprawności. I nie żartuję (choć bardzo bym chciała), a mówię serio. ,,Punkt 7.” i ,,Punkt 8.” orzeczenia, które brzmią – odpowiednio: konieczność stałej lub długotrwałej opieki lub pomocy innej osoby w związku ze znacznie zmniejszoną możliwością samodzielnej egzystencji – wymaga” i „konieczność stałego współudziału na co dzień opiekuna dziecka w procesie leczenia, rehabilitacji i edukacji – wskazane”, wielu rodziców dzieci, w ogóle wielu ludzi – wywalczyło te punkty dopiero w sądzie. Świadomość tego po prostu przeraża. Słuchu nikt nie przywróci. Co więcej – słuch może się pogorszyć. To, że ktoś słyszy za pomocą aparatury wspomagającej słyszenie – nie znaczy, że możliwość słyszenia mu cudownie wróciła i że nie wymaga pomocy.

Powyższe – to tylko jeden głos w większej dyskusji. Nie mogę być ciałem na Wiejskiej. Niemniej jednak:

Całym swoim serduchem łączę się z protestującymi.

Skupiam swoje myśli wokół tych, którzy walczą.

Liczę – tak po cichu – że politycy… dojrzą problem, przed którym stanęli.

(Dziękuję Alicji za natchnienie do popełnienia powyższego tekstu.)

Chcę powiedzieć Wam: dziękuję!

Już dawno chciałam to napisać. Ale jakoś zawsze brakło odwagi.

Trzynaście lat temu zaczęło się dla mnie nowe życie. Trzynaście lat temu moi Rodzice podjęli starania o wszczepienie mi pierwszego implantu ślimakowego. Tak się składa, że dziś… jest trzynasty dzień protestu osób niepełnosprawnych w Sejmie, na Wiejskiej.

Chylę czoła przed moimi Rodzicami. Gdyby nie ich upór, gdyby nie trud włożony w moją rehabilitację – w sumie nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co by było. Początek lat dziewięćdziesiątych, pojawiam się na tym Zwariowanym Świecie jako skrajny wcześniak (1040 gramów żywej wagi, 1 punkt w skali APGAR, zamartwica, w dwusłowy: siedem nieszczęść). Paraliż jednej strony ciała. Rehabilitantki, pracujące z dzieckiem ważącym właściwie tyle co torebka cukru, i mój rozpaczliwy płacz, który jak przyznał kiedyś Mecenas S. – długo dzwonił Mu potem w uszach. Po kilku miesiącach – nie reaguję na dźwięki, zaczynają się badania (warszawski szpital na Niekłańskiej). Dopiero po kilku latach – diagnoza: wada słuchu.

Podziwiam moich Rodziców. Rodziców osoby niepełnosprawnej. Nie poddawali się – otwierali kolejne drzwi, szukali pomocy, szukali rozwiązań. Walczyli z absurdami polskiej edukacji, z absurdami polskich przepisów, często ze zwyczajną ludzką niechęcią, niewiedzą, niekiedy aż z głupotą i zaściankowością. Wyważali drzwi w sytuacjach i miejscach, w których niejeden po prostu by się poddał.

Podziwiam Krysię Zielińską, moją cudowną Logopedę. Dwadzieścia dwa lata temu (tak, Krysieńko, to był ’96!), kiedy miałam iść do przedszkola i sepleniłam, mój Dziadziuś zobaczył na Puławskiej plakietkę z napisem: ,,Krystyna Zielińska – psycholog – logopeda”. Wspólna praca – przerodziła się w przyjaźń. Małymi kroczkami, żmudną pracą (czasem polały się łzy) – dochodziłyśmy do celu. To Krysia nauczyła mnie mówić. I nie tylko mówić, bo pamiętne lekcje polskiej gramatyki też miały miejsce. Kurczę, a ja się znowu wzruszam. Krysieńko, nie wiem, jak mam Ci dziękować. Po prostu nie ma takich słów, którymi mogłabym wyrazić moją wdzięczność.

Moi Rodzice. Rodzice Osoby Niepełnosprawnej.

Krysia. Kobieta, która nie bała się pomóc takiej Osobie. To dzięki Niej mówię. (I to całkiem poprawnie).

Czapki z głów. Z francuska: chapeau bas.

pexels-photo-255441.jpeg

Nauczyciel,uczący dziecko z wadą słuchu, powinien…

Będąc użytkowniczką aparatów słuchowych, nie kształciłam się ani w szkole specjalnej, ani w szkole integracyjnej. Studia też zaczęłam w trybie dziennym i skończyłam w trybie dziennym. Więc często miałam styczność z nauczycielami, którzy nigdy wcześniej nie zetknęli się z niesłyszącym uczniem. Mam dla nich parę sugestii:

1) Postawa:

stoimy przodem do ucznia. Nie lewym bokiem, nie prawym bokiem, a już broń Boże NIE TYŁEM I NIE ZA PLECAMI. Uczniowie z uszkodzonym narządem słuchu często posiłkują się czytaniem z ruchu warg. Ja sama kiedyś – kiedyś bardzo dobrze czytałam z ust. Ale potem się rozleniwiłam…

2) Gestykulacja:

nadmierna gestykulacja rozprasza. Szczególnie, kiedy uczeń czyta z ust. Po prostu w pewnym momencie sam już nie wie, na czym skupić wzrok i w sumie z lekcji wypełnionej gestykulacją niewiele wynosi. Nie chodzi o to, żeby stać na baczność / jak słup soli / żona Lota / jak zwał tak zwał/ – chodzi o to, żeby nie gestykulować zanadto.

3) Dobór słów i składnia:

Bardzo istotna rzecz – w szczególności, jeśli uczeń jest osobą migającą. Jak pisałam w ubiegłym roku – język migowy ma swoją specyficzną skladnię. Migający często usuwają ze swoich wypowiedzi zaimki. Przykład:

,,Jak [Ty] się nazywasz” = ,,Ty nazywasz?”

Stąd też, zamiast kombinować, produkując się w zdaniu:

,,Jak masz na imię?”

lepiej spytać:

,,Jak się nazywasz?”

Dodatkowo: niektóre słowa z języka werbalnego w języku migowym po prostu nie istnieją (tyczy się to w szczególności pojęć abstrakcyjnych; ale uwaga: język migowy też ma swoje wyrażenia, których nie ma mówiony). Jeśli używamy słowa / wyrażenia, co do którego mamy wątpliwości, czy zostaną zrozumiane – powinniśmy postarać się je wytłumaczyć (najlepiej uprzednio spytać, czy nas zrozumiano). Nie silmy się na bardzo wyszukane określenia (jeśli, oczywiście, sytuacja tego od nas nie wymaga – wiadomo, że jak omawiamy ,,Treny” Kochanowskiego, to mamy tam do czynienia z archaizmami, które musimy wytłumaczyć).

4) Zapis fonetyczny:

To się może przydać w nauce języków (angielskiego na przykład), ja sama nad wyrazem zapisuję sobie niekiedy jego fonetyczne brzmienie. Nad wyrazem.

5) Pisanie ze słuchu:

Ach, dyktanda. Dyktandusia. Dyktandziątka. Ja je bardzo lubiłam. Serio. Zostałam swego czasu mistrzynią ortografii miasta stołecznego Warszawy (taak, zostałam, chociaż to było lata świetlne temu). Mam jednak gdzieś z tyłu głowy, że obecnie uczeń, który nie słyszy, jest albo zwolniony z dyktand, albo jest zwiększona tolerancja na jego błędy. Tu sugeruję zwrócić się do kuratorium.

6) Klasa:

Ooo, temat – rzeka tak zwany. Relacje z klasą. Proszę mi wierzyć, ja naprawdę wiele przeszłam i uważam, że najrozsądniej jest zebrać całą klasę, wytłumaczyć, że taka to a taka osoba nosi aparaty i te aparaty po prostu pokazać (najlepiej na uchu). Tak zrobiła profesor Elżbieta Sygowska, moja wychowawczyni w klasach I – III. Klasa – po jakimś czasie – ten fakt zaakceptowała. Potem już swoje przechodziłam, niestety, ale to już w innej szkole (i nikomu takich przejść nie życzę), a potem trafiłam do Najlepszej Szkoły Na Świecie i We Wszechświecie. Trafiłam do ,,Wiewiór”. (W których poznałam moją Ziembusię.)

7) Aparaty:

Warto poznać podstawy obsługi aparatów słuchowych (pamiętajmy, że procesory mowy związane z implantami ślimakowymi to też aparaty). Włączyć / wyłączyć / założyć / zdjąć aparat/ wymienić baterię / oczyścić wkładkę douszną (jeśli jest) / założyć / zdjąć stopkę od systemu FM (jeśli jest). Ze wstydem się przyznaję, że ja sama ten temat zaczęłam ogarniać późno. Przez dłuższy czas jak coś się działo, to alarmowani byli domownicy, którzy gnali do szkoły na skrzydełkach niemalże. No więc teraz wyobraźmy sobie, że jedziemy na wycieczkę szkolną i musimy zaopiekować się dzieckiem, które nosi aparaty i konieczna jest wymiana baterii na przykład.

Tyle ode mnie. Miłej nauki. (Z której właśnie przypomniał mi się fragment gombrowiczowskiego ,,Ferdydurke”:

,,Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? (…) Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był!„)

Miłego nauczania:)

Zdajesz maturę? Znaj swoje prawa!

Natalia – autorka bloga ,,Słysząca na nowo” – poruszyła temat egzaminu maturalnego osób niesłyszących. Ja zdawałam ten egzamin x lat temu, więc nie ukrywam, że coś się mogło pozmieniać w kwestii przepisów, ale dorzucę coś od siebie.

Egzaminy maturalne z polskiego, matematyki i języka obcego osoba niesłysząca pisze w osobnej sali, przed osobną komisją. Arkusze z języków są zupełnie inne niż te, które piszą osoby słyszące. W przypadku pozostałych egzaminów – jedynie nie przenosisz odpowiedzi na kartę odpowiedzi, która jest z tyłu, a zaznaczasz je w arkuszu (a przynajmniej tak było… ekhm… za moich czasów). Aha, i masz wydłużony czas. O pół godziny (Chyba. Podkreślam: chyba. Bo w tej materii mogło się coś pozmieniać).

Język obcy – arkusz nie zawiera tak zwanego listening comprehension (rozumienia ze słuchu). Możesz również się starać o zwolnienie z egzaminu ustnego. Moi angliści ze ,,szkoły w podkowę złożonej”pani Duda i profesor Radosław Motrenko – tak długo nade mną pracowali, tak długo mnie przekonywali, aż zdecydowałam się zdawać ustny angielski. Dopiero potem zrozumiałam, o co tak naprawdę Im chodziło: o to, żebym – niezależnie od sytuacji – była w stanie się wysłowić, o to, żebym gadała. Wiadomo: egzamin to stres, ale… musisz coś powiedzieć (a przynajmniej się postarać). Będąc w mojej pięknej København – tam to dopiero przeszłam szkołę gadania 🙂

Link do wpisu Natalii

Uczącym się do matury: połamania piór!

Ps. I pozdrawiam znad nauki Najpiękniejszego Języka Świata!

Petycja

Słowo jest stosunkowo krótkie i łatwe do zapamiętania: napisy. Chodzi o to, by telewizja była bardziej przyjazna osobom z uszkodzonym narządem słuchu. My też chcemy mieć dostęp do wiedzy, do informacji, które telewizja niesie. My również chcemy cieszyć się rozrywką, jaką od czasu do czasu ta telewizja serwuje. Dlaczego więc jesteśmy… pomijani?

Apelujemy o 100% dostępności telewizji!

Do niesłyszącego studenta

Jutro mija dokładnie siedem miesięcy odkąd – po sześciu latach bojów – i przebojów – ze szkolnictwem wyższym – uzyskałam tytuł magistra, kończąc tym samym studia. To było sześć pięknych, ale i niełatwych lat.

Idąc na studia – masz głowę pełną pomysłów i marzeń. Drżysz przed pierwszymi kolokwiami, wkuwasz do pierwszej sesji. Jak każdy student. Na ogół wybierasz którąś z pierwszych ławek, bo to zawsze bliżej wykładowcy. A Ty wtedy lepiej słyszysz. I masz nauczyciela w zasięgu wzroku, więc – w razie potrzeby – czytasz z ust.

Lektorat z języka obcego. Ja wiem, że to nie jest łatwe. Ale – próbuj! Rozmawiaj z lektorem, wytłumacz mu swoją sytuację. Proś o kserówki, chodź na indywidualne konsultacje. Udzielaj się na zajęciach, gadaj – nawet jeśli – tak jak ja – mówisz totalnie niegramatycznie, a Twoja wymowa jest – nazwijmy to – specyficzna. Prezentacje multimedialne, wystąpienia przed grupą? Jak najbardziej – przygotowuj je! W szczególności, jeśli są na temat, który Cię interesuje, w którym się dobrze czujesz. Zwróć się tylko o zwolnienie Cię z rozumienia ze słuchu (listening comprehension). Łacina – język martwy – też jest do ogarnięcia, ja ją polubiłam.

Masz możliwość wyjazdu na Erasmusa? Skorzystaj! Ja spędziłam semestr w lodowatej Skandynawii (i właśnie Cię pozdrawiam znad nauki duńskiego!). Na Erasmusie – szlifuj język. Ja byłam w takiej sytuacji, że musiałam mówić po angielsku, bo… bo po prostu w Danii – w przeciwieństwie do, na przykład, Anglii – Polaka aż tak łatwo na ulicy nie spotkasz. ,,Nie wiesz, jak coś nazwać? Opisz to!’’ – tak mi powtarzali moi angliści z liceum. Więc opisywałam, szukałam słów, by opisywać. Mój angielski się poprawił, w to nie wątpię. Bo przez bite pół roku mówiłam po angielsku na co dzień – ze Skandynawami, Australijczykami, Amerykanami, Kanadyjczykami, Niemcami i przedstawicielami kilku innych nacji… więc: różne wymowy, różne akcenty, etc., etc., etc. Żałowałam, że zaniedbałam niemiecki, który tłukłam przez sześć lat. Już dziś nic z niego nie pamiętam (poza: ,,Ja’’, ,,Nein’’, ,,Hände hoch’’). Jeśli masz możliwość rozpoczęcia nauki języka kraju, w którym jesteś – rozpocznij tę naukę. Mamy rok 2018, więc mojego Najpiękniejszego Języka Świata – tak, duńskiego! – uczę się już dwa lata, a zaczęłam właśnie w Danii. Jeszcze jedno – prezentacje na forum grupy ćwiczeniowej, bo to też musisz tam przerobić. W języku, w którym odbywasz zajęcia. Przedstaw. Najwyżej proś o niezadawanie Ci pytań. A egzaminy? Wnioskuj o ich pisemną formę.

Koła naukowe – wkręć się, działaj w nich. Przez dwa lata byłam skarbnikiem jednego z kół naukowych. Organizowałam konferencje naukowe, jak też byłam ich czynną uczestniczką, a teksty wygłoszonych przeze mnie referatów – pasjonuję się historią Szarych Szeregów, więc traktowały o Szarych Szeregach – zostały wydane drukiem.

Studia mogą być naprawdę pięknym czasem. To, jakie będą Twoje, w dużej mierze zależy od Ciebie. Korzystaj z nich. Stawiaj sobie cele. Walcz. Życzę Ci powodzenia.

avatar_1504396610553.jpg