What’s gonna be your first trip after Corona?

Podróże kształcą (podobno), ale teraz podróżować to jednak trochę strach. Nawet taką komunikacją (pod)miejską. I piszę to z zapchanej do granic wytrzymałości wukadki. Wymyśliłam, że uniknę porannego tłoku, jadąc godzinę wcześniej niż jeżdżę zazwyczaj. Cholernie zdziwiona tym zastanym w pociągu tłumem, poskarżyłam się Mecenasowi S. w naszej porannej rozmowie telefonicznej. Zostałam uświadomiona (a w zasadzie: przypomniano mi), że na ósmą też ludzie jeżdżą do pracy.

Także – pierwszy kierunek dziś: praca.

Pierwszy „pokoronny” kierunek podróży? Nie mam ustalonej destynacji. Jest parę miejsc w Polsce do których odwiedzenia zbieram się od paru ładnych lat…

Zejdę z tego trzepaka

Im jestem starsza, tym łatwiej przychodzi mi akceptowanie siebie. Nie przejmuję się brakiem sztucznych rzęs i tym, że muszę wyjść z domu bez makijażu (choć akurat teraz w domu siedzę, bo ciągle mam stan podgorączkowy i jestem po prostu bardzo słaba). Kilka lat temu Ktoś, kto jest mi bardzo bliski (i dziesięć lat ode mnie starszy), powiedział mi:

– Przejdzie Ci latanie w mejkapie. Jak byłam w Twoim wieku, to bez tapety się z domu nie ruszyłam. A teraz wiesz, że mi przeszło?

I ja też już jestem na tym etapie. Tak czuję. Mogę mieć jedynie lekko potuszowane rzęsy, a na paznokciach – odżywkę zamiast zieleni, czerwieni czy czerni.

I może być mi z tym naprawdę nieźle. Zwłaszcza, że w uszach dźwięczy mi tekst do utworu Maryli Rodowicz:

„Z bólu wyrosnę,
z trzepaka zejdę.
Jeszcze się tylko nacieszę we śnie
i wyjdę wcześniej.

Ale nic, ja się jeszcze roztańczę,
ale nic, ja się jeszcze rozkręcę.
Choćby w tańcu tym jak pąk róży
pękło serce, me głupie serce.

Bo gdy nawet ta bladź kostucha
wcześniej zwali mnie z tego trzepaka,
no to cóż, pozostanę na brudno,
na brudno, lecz – z lotu ptaka!

Z bólu wyrosnę,
z trzepaka zejdę.
Jeszcze się tylko nacieszę we śnie
i wyjdę wcześniej”

Zwłaszcza… No właśnie. Tak to już jest z utworami, które gdzieś tam zaczynają za mną łazić. Najpierw teksty, a potem dopiero muzyka (i tak było w tym przypadku). Najczęściej. I to też zaakceptowałam.

Chociaż – akceptacja wygląda też tak. I też jest taka bardzo moja.

To, że mam swój świat – też zaakceptowałam. Choć kiedyś może zejdę z tego trzepaka. I stanę się bardziej przyziemna.

Amstaff

Media żyją sprawą dwunastoletniego chłopca z Podkarpacia, który zmarł po pogryzieniu przez amstaffy. Rozumiem – stała się tragedia. Ale w takich sytuacjach zaczyna się hejt na psy. Nie zawsze może, ale często. Teraz też jest ten hejt. Tyle tylko, że za psy – za ich wychowanie i to, jak się zachowują, jak funkcjonują, odpowiadają WŁAŚCICIELE. Zrozummy to. Pies ma instynkt. Rasy typu amstaff, rottweiler, cane corso – mają bardzo silny instynkt obronny. Odpowiednio poprowadzone, odpowiednio „zadbane” przez swoich „ludziów” naprawdę mogą być najspokojniejsze, najłagodniejsze. Bo okiełznanie psa – to zadanie dla właściciela. Osobiście wychowywałam się z kanapową rottweilerką i bardzo miło wspominam tę psinę, co do ktorej trzeba było tylko pamiętać, by nie podejsc zbyt blisko do jej miski, bo tego nie lubiła. Być może tak było i w przypadku tych amstaffów – może zostały przekroczone pewne ich granice.

– O tej porze to normalne. – Dnia czy roku?

I znów przyszła jesień – moja ulubiona pora roku. Jak na typową Jesienną Dziewczynę przystało – lakier na paznokciach już zdążyłam zamienić na czarny.

Jakby ktoś nie mógł mnie dorwać przez telefon, maila, Messengera – to przepraszam. Wieczorami już muszę odetchnąć. Staram się w miarę możliwości odpisywać, oddzwaniać, ale – do gadania to już jestem… no średnio. Ostatnio stwierdziłam w rozmowie z Kimś, że wieczorem, jak wracam z pracy, to niekiedy naprawdę padam na twarz. W sensie może nie zupełnie dosłownym, ale prawie… Usłyszałam:

– O tej porze to normalne.

Półprzytomnie odpowiedziałam:

– Dnia czy roku?

Tak się ze mną rozmawia wieczorami. Może nie zawsze… ale często.

Patrzę na Nią

Patrzę na moją N. – na Jej zdjęcie, które poniżej tu wrzucam (to jest właściwie screen z mojej komórki) i uśmiecham się. Tak po prostu. Bo uśmiechu w tej całej gonitwie, która mi ostatnio bez przerwy towarzyszy – czasami… brakuje? Czy ja wiem? Jeżeli brakuje, to raczej ja się rzadko uśmiecham. Chyba – wracając, zmęczona, do domu nawet nie mam siły na uśmiech.

A tak – popatrzę na to zdjęcie. I się uśmiechnę. Pod maseczką, oczywiście.

Oj, kiedy ja ostatnio pisałam na moim blogu? Dawno. Wiem, że dawno, ale nawet nie mam siły patrzeć, kiedy dokładnie. Pochłania mnie praca – moje Miejsce na Ziemi. Pochłania mnie doktorat. Pochłania mnie zwykłe, szare i w gruncie rzeczy śmiertelnie nudne życie zwyczajnej Mrówki. Aaaa, i znalazłam czas na ten mój Najpiękniejszy! I to jest – niewątpliwie – powód do radości.

Powód do mojej radości.

Może powrócę

Może powrócę na uczelnię. W charakterze doktorantki. Może… Chyba jednak zaczynają do mnie wracać marzenia, które kiedyś utraciłam. Poczyniłam już jakieś pierwsze nieśmiałe kroki ku temu. A za chwilę, dosłownie za parę minut – podejmę kolejne. Usiądę i napiszę plan dysertacji doktorskiej.

Może.

Tak bardzo bym chciała…

A wokół – covidowe czasy. A na zdjęciu – maseczka i Merci. Czekoladki dostałam od wdzięcznej czytelniczki naszej muzealnej pracowni naukowej. A maseczka? Cóż, znak czasów 🙂