Zrobię wszystko, tylko bądź

K jak Kofta.

J jak Jonasz.

Lata życia: 1942 – 1988.

Jeden z tych najbardziej przeze mnie lubianych.

Obok Osieckiej i Przybory.

Począwszy od ,,Radości o poranku” Grupy I, kończąc na Hannie Banaszak.

,,Nie, nie możesz teraz odejść
Bierzesz mi ostatnią wodę
Żar pustyni pali mnie
Bezlitosna płowa pustka
Mam spękane suche usta
Pocałunek mój to krew
Nie, nie możesz teraz odejść
Kiedy cała jestem głodem
Twoich oczu, dłoni twych
Mów, powiedz, że zostaniesz jeszcze
Nim odbierzesz mi powietrze
Zanim wejdę w wielkie nic
Nie, nie możesz teraz odejść
Jestem rozpalonym lodem
Zrobię wszystko, tylko bądź
Bądź, zostań jeszcze chwilę, moment
Płonę, płonę, płonę, płonę…
Zimnym ogniem czarnych słońc
Nie, nie możesz teraz odejść
Popatrz listki takie młode
Nim jesieni rdza i śmierć
Bądź – proszę cię na rozstań moście
Nie zabijaj tej miłości
Daj spokojnie umrzeć jej

Uwielbiam.

Poetka znikła w oddali

Dzisiaj poetycko! Osiecka chodzi za mną krok w krok:) jak pisał o Niej Wojciech Młynarski.

Poetka znikła w oddali,
bardzo dalekiej oddali,
Wszyscy Ją świetnie znali,
wszyscy Ją strasznie kochali.

Lecz skoro tak ją kochali,
tak bezgranicznie, tak mocno,
czemu w co drugim Jej wierszu
taka straszliwa samotność?

Jeśli aż tylu Przyjaciół
wciąż przy Niej, za Nią się snuło,
czemu w co drugiej piosence
takie błaganie o czułość?

Poezja…

Pokolenie Dziadków

Czytelnicy ,,Mrowiska” nieraz już czytali o moim Ukochanym Dziadziusiu. Najdroższym, Najukochańszym Dziadziusiu. I o Jego rodzinnym ,,Zawrociu„. Natomiast chyba nigdy nie pisałam o moim drugim Dziadku. I obydwu Babciach.

Dziadziuś przeżył z moją Babcią, a swoją ukochaną Ninką – czterdzieści dwa lata w małżeństwie. (Przy okazji – zastanawiam się, jak to się stało, że mówiono na Nią Ninka – miała na imię Wanda.) Obydwoje przez całe życie ciężko pracowali. Babcia pochodziła spod Lublina, poznali się już w Warszawie, pobrali – w Jej rodzinnych Kijanach. Mój Tata – mój Mecenas S. – to jedynak. Wychowali Go na wspaniałego Człowieka, odebrał staranne wykształcenie. Babcia zachorowała na początku lat dziewięćdziesiątych. Odeszła 5 września. Ja się urodziłam 15 – dokładnie dziesięć dni później. Mawiam, że minęłyśmy się gdzieś po drodze.

Od strony Dziadziusia mam moje ,,Zawrocie”, od strony drugiego Dziadka – Nadolną (niedaleko Łodzi; ,,Zawrocie” to moje ukochane rodzinne Podlasie). Dziadek (bo słowo Dziadziuś jest zarezerwowane dla… Dziadziusia) pochodził spod Jeżowa. Urodził się w Jasieninie. Był najmłodszym z licznego rodzeństwa, wcześnie stracił ojca, kilka lat później – matkę. Pracował w Nysie (gdzie przyszły na świat Jego dwie starsze córki – siostry mojej Mamy), a następnie w rogowskim arboretum (i tam urodziła się moja Mama). Po przejściu na emeryturę mieszkał na Podkarpaciu, ostatnie lata życia spędził w rodzinnych okolicach Łodzi. Zmarł w 2012 roku, kilka miesięcy przed swoimi dziewięćdziesiątymi urodzinami.

Natomiast Jego żona pochodziła z Szydłowca. Zajmowała się domem i trzema córkami. Byłam dla Niej ,,Pusią” – jak zresztą właściwie wszystkie inne dzieci, bo – wskutek choroby – traciła pamięć: stopniowo zapominała… wszystkiego właściwie. Męża nie rozpoznawała, trzech córek też nie, zięciowie byli zupełną abstrakcją, a o sześciorgu wnucząt nie wspomnę (tak się ładnie złożyło, że jest nas po równo: trzech wnuków i trzy wnuczki). Byłam ,,Pusią”, jeśli, oczywiście, nie pomyliła mnie z jednym z moich braci ciotecznych i nie nazwała męskim imieniem. Nie znałam Babci jako osoby zdrowej – z roku na rok było coraz gorzej, bo na chorobę, na którą cierpiała, póki co nie znaleziono leku. A ja byłam dzieckiem, więc to, co widziałam, napawało mnie lękiem. W pewnym momencie przestano zabierać mnie do Niej. Babcia odeszła prawie czternaście lat temu po długich cierpieniach, w końcowym okresie w ogóle nie było z nią kontaktu.

Cały czas badam historię swojej rodziny. I coraz bardziej mnie to wciąga.

Dwa lata z ,,Mrowiskiem”. Dwa lata z ,,Groszkami”…

Parę dni temu minęły dwa lata od momentu, kiedy zaczęłam tworzyć tego bloga, czyli moje ,,Mrowisko”. Wówczas wyglądało ono tak.

,,Groszki” towarzyszą mi niezmiennie:) wiem, mam niegroźnego hyzia na punkcie tych słów:

Masz takie oczy zielone 
Zielone jak letni wiatr 
Zaczarowanych lasów 
I zaczarowanych malw 
Dla Ciebie mały ogrodnik 
Zasadził groszków tysiąc 
W kapocie stracha na wróble 
Pragnął Ci miłość przysiąc 
Więc z koszem groszków mały strach 
Pierwszy raz spojrzał Ci w oczy 
O tysiąc więcej znalazł barw 
Niż wyśnił sobie w nocy 
I odtąd pod oknem Twoim 
Zaczarowany kamienny 
Z bukietem groszków stoi 
Strach romantyczny wierny 

Masz takie usta czerwone 
Czerwone jak pożar zórz 
Zaczarowanych ranków 
I zaczarowanych róż 
Dla ciebie mały ogrodnik 
Posadził pnące róże 
Że Tobą był urzeczony 
Pragnął cię nimi urzec 
I z róż naręczem przyszedł raz 
Prosić o jedno Twe słowo 
Oślepił go Twych oczu blask 
Milczałaś kolorowo 
I odtąd pod oknem Twoim 
I groszki kwitną i róże 
Na modłę wiotkich powoi 
Pną się i pną po murze 

Masz takie usta czerwone 
Czerwone jak pożar zórz 
Zaczarowanych ranków 
I zaczarowanych róż 

Masz takie oczy zielone 
Zielone jak letni wiatr 
Zaczarowanych lasów 
I zaczarowanych malw…

avatar_1504396607127.jpg

Historia? Lubię to!

Co najbardziej kocham w historii? Tę możliwość bycia Sherlockiem Holmesem. Serio. Uwielbiam czytać stare dokumenty, szukać w nich, poznawać czyjeś dzieje. Stąd moja pasja archiwistyczna 🙂 Udaje mi się znaleźć autentyczne kwiatki. Na przykład… cuś takiego:

Właściwie codziennie na coś trafiam. Na coś, przy czym łzy ciekną ze śmiechu. Ale jak się nie uśmiechnąć, przy tytule notatki prasowej z lat czterdziestych ubiegłego wieku, który głosi, że:

,,Sztuczne zęby w karku zięcia zatopiła teściowa”

lub, kiedy w akcie zgonu jako przyczynę śmierci podano fakt, iż:

,,za morderstwo kat mu głowę uciął”

Dużo piszę, dużo notuję. Tak, żeby te historie nie wyleciały mi z głowy. Chętnie słucham – lubię, gdy ktoś opowiada o tym, co miało miejsce kiedyś. Ostatnio jeden z moich Bliskich wspominał z jakimi typami ludzi, jakimi przypadkami w Jego pracy, w prokuraturze, stykał się dobre czterdzieści lat temu. Na przykład: bardzo namiętnie odwiedzała prokuraturę pewna Pani, która koniecznie chciała złożyć przysięgę na wierność Konstytucji. Była odsyłana z kwitkiem do momentu, aż jeden z prokuratorów wziął opasłe tomiszcze (jakim był Komentarz do Kodeksu Karnego), kazał wszystkim wstać i odebrał od kobiety Jej upragnioną przysięgę. Ponoć więcej progu praskiej prokuratury nie przestąpiła i mieli z Nią tam święty spokój.

Inna moja ukochana historia tyczy się Cygana przebywającego swego czasu w jednym z podwarszawskich szpitali psychiatrycznych. Bardzo konsekwentnie pisał listy do dyrektora owego szpitala, tytułując go Panem Bogiem. Kiedy okazało się, że Cygan symuluje problemy psychiczne i został przeniesiony do więzienia, wystosował do ulubionego dyrektora list o treści mniej – więcej takiej:

,,Panie Boże,

było mi u Ciebie tak dobrze. Kiedy byłem tam u Ciebie, to słyszałem głosy świętych… a teraz, gdy jestem tutaj, słyszę głos Edwarda Gierka.”

Oj, jeszcze parę innych kwiatków by się znalazlo 🙂 ja tylko chciałam pokazać, za co kocham historię:) za bycie Sherlockiem Holmesem i za takie właśnie historie🙂

Znad Danii ciągnie czarny front

Katastrofa promu ,,Jan Heweliusz”.

Dokładnie dwa dni temu minęła jej dwudziesta piąta rocznica. U wybrzeży Rugii (Niemcy) zatonął polski prom. Pięćdziesiąt pięć osób straciło życie. Siedem lat później – we wrześniu 2000 roku – u północno – zachodnich wybrzeży Danii zatonął polski jacht SY Bieszczady należący do gdyńskiego Centrum Wychowania Morskiego ZHP. Więcej: tutaj.

Znaleziony obraz SY Bieszczady (źródło)

Zespół ,,Banana Boat” poświęcił nieznajomym przyjaciołom z ,,Bieszczad(ów)” wzruszającą szantę – Requiem. Pozwolę sobie zacytować jej tekst:

,,Znad Danii ciągnie czarny front
I kirem kryje niebo.
Stalowy potwór, obcy ląd,
Boże! Dlaczego, dlaczego…?
Północnym morzem szary świt
Nie błyśnie nigdy dniem.
W kołysce fal zasnęli ci,
Którym przerwano sen.

Rozmył się czas, słoneczny blask
W szarych głębinach tonie.
Niech tuli Was do snu po brzask
Podmorskich pieśń połonin.
Niech dobry Bóg sto morskich dróg
Do Hilo Wam prostuje.
Niech nasze myśli do Was mkną,
Bardzo Was tu brakuje.

Znów dzielna Mona w morze szła,
By nie dać ich śmierci ponieść.
I jedna ocalała skra,
Co uszła, by o tym nam donieść…
Niech Bogu będą dzięki, że
Choć jej nie spowił cień!
Trzeba żeglować, żeby żyć.
Czuwaj, ahoj! Kurs – dzień!
Do nas też kiedyś dotrze zew,
By sztormiak wziąć i sweter,
I białe skrzydła białych mew
Poniosą nas lekko po niebie.
I popłyniemy z Wami, hen,
Gdzie cudny błękit lśni,
Cudne „Bieszczady”, cudny dzień
I nikt nie liczy dni.
Tam w portach radość, wieczny bal,
Tam zieleń bananowców,
Tam bryza czesze grzywki fal,
Tam nie ma złych tankowców…”

RIP (*)

Vege. Wege. Vegetables

Kiedyś z własnej nieprzymuszonej woli próbowałam nie jeść mięsa – wytrzymałam, o dziwo, pół roku. Generalnie, jestem mięsożerna. Stety lub nie, ale jestem. Swego czasu pojechałam do mojego bezmięsnego wujostwa – no i po tygodniu przymusowego wegetarianizmu zaczęłam śnić o kotletach schabowych. Koniec końców, wracając z ich Podkarpacia na moje Mazowsze – zarządziłam postój na pierwszym lepszym CePeeNie i wsunęłam hot – doga. Pierwszy głód został zaspokojony. Niemniej jednak – wegetarianizm do mnie powraca co jakiś czas. Najchętniej w snach. A ponieważ nie cierpię na nadmiar normalnych, ludzkich, spokojnych snów, tylko zawsze coś (żaliłam się parę dni temu), ostatni sen absolutnie przebił wszystkie dotychczasowe.

Badam genealogię mojej rodziny. Przygotowuję zjazd rodzinny. We śnie wysłałam do moich kuzynów zapytania o ich wymagania żywieniowe (pod kątem zjazdu właśnie). Jeden z nich odpisał mi, że jest bezmięsny. Do maila załączył długą listę produktów, których nie je i – znacznie krótszą – tych, które je. Wniosek: przed zjazdem będę musiała faktycznie porozsyłać wiadomości z prośbą o wyłuszczenie, kto jak i czym się żywi. Bo coś przeczuwam, że taka lista się przyda.

To tak á propos snów, bo już pisałam, że na ogół normalne nie są.

Co poza nie – normalnymi snami?

A poza tym nic na działkach się nie dzieje…