The Squirrels

Czytelnicy mojego bloga nieraz już pewnie czytali o miłości, jaką darzę moje „Wiewióry”. Niezliczoną ilość razy pisałam, jak ważną osobą była dla mnie Ziemba. Przyszedł czas, bym napisała o szkolnym zespole. Wiewiórczym zespole. Kryjącym się pod wiewiórczą nazwą. Panie i Panowie – przed Państwem ” The Squirrels”!

Grają i śpiewają i nauczyciele, i uczniowie. Założycielem, opiekunem i basistą jest anglista, pan Bartek. Struny gitary klasycznej szarpie matematyczka, pani Agata. Za wokal odpowiadają absolwentka i obecni uczniowie. Także Ci, którzy pobierają nauk w Wiewiórach obecnie – grają na instrumentach.

Nie zapomnę pięknego koncertu kolęd danego na szkolnej Wigilii (mam zamiar kiedyś napisać o szkolnych imprezach, bo to temat na osobny post). Nie zapomnę tej atmosfery, gdy cała szkoła – wraz z zespołem – śpiewała kolędy po polsku, angielsku, francusku, hiszpańsku i rosyjsku.

Poniżej przykład „the – squirrelsowego” grania. Mnie wciągnęło. Miłego słuchania! 🙂

Dystans! Nośmy maseczki

Ja nie mówię, broń Boże, żeby w tym upale smażyć się w maseczce na ulicy czy na świeżym powietrzu w ogóle, bo wiadomo, że możemy się podusić. Ale jak już korzystamy z mniej lub bardziej dyskretnych uroków komunikacji miejskiej bądź przebywamy w zamkniętych pomieszczeniach, to te maseczki zakładajmy. Wirus z koroną nadal buszuje, ludzie! Piszę te słowa w wukadce, wracając z pracy. Coś takiego jak zachowanie dystansu nie istnieje u wielu moich współtowarzyszy podróży. A o maseczkach to, jak widzę, można tu po prostu pomarzyć. Jedynie pomarzyć.

Krótka notka z dziś

Powiem szczerze: strasznie się bałam jak ta cała covidowa sytuacja wpłynie na moją psychikę. Ale chyba nie jest ze mną aż tak źle. Teraz wracam z ukochanej pracy. Może to właśnie dzięki niej czuję się nieźle. Ja – mimo zadań fizycznych i umysłowych – w tej pracy odpoczywam psychicznie. Złapałam jakąś równowagę. A że wczoraj dostałam ukochane groszki, to świat od razu stał się jeszcze piękniejszy!

Kozioł

Jak mi błogo.

Jak mi dobrze.

Oddycham pełną piersią, wystawiając twarz do słońca, choć – przyznaję – leżenie plackiem całymi dniami celem opalenia się (albo raczej: zesmażenia się na brąz) jest bardzo nie dla mnie.

Zmyłam makijaż.

Nie odbieram telefonów.

Jestem.

Zatopiłam się

W fotelu. Z kawą mrożoną w jednej, a z sernikiem pistacjowym – w drugiej ręce. I jest mi tak cudownie, tak błogo, że na myśl o nieuchronnym podniesieniu się i opuszczeniu tego miejsca – aż mi się odechciewa (podnosić się i opuszczać, żebyśmy się zrozumieli). Dziś zaczynam urlop. Krótki, oczywiście. Jutro wyjeżdżam. Więc delektuję się teraz tą kawą i tym sernikiem. I cieszę się na najbliższe trzy dni. A w tle leci francuska muzyka – podoba mi się, choć moim sercem ostatnio bezapelacyjnie władną Wilki 🙂