Oślepił go Twych oczu blask

Ewa Demarczyk śpiewała w nieśmiertelnych ,,Groszkach” o nieszczęśliwej miłości. Nie była to jednak miłość, która przerodziła się w… no właśnie, w co? Bo czy w latach 70. (kiedy piosenka powstała) w ogóle używano określenia ,,stalking”?

Nie wiedziałam o istnieniu tego zjawiska do momentu przeczytania książki Olgi Rudnickiej ,,Cichy wielbiciel”.

Julię – dwudziestokilkuletnią mieszkankę Poznania – poznajemy w momencie, kiedy wiedzie spokojne i trochę nudne życie. Studia skończone, praca jest w miarę stabilna, szczęśliwe uczucie jest – czego chcieć więcej? Jej prześladowca poznaje ją, kiedy dziewczyna wsiada do jego taksówki.

Widzimy stopniowe pogłębianie się opętańczego uczucia trzydziestopięcioletniego rozwodnika i popadanie dziewczyny w… psychozę. Jest prześladowana za pomocą nie tylko nachodzenia w pracy, wystawania pod oknem, przysyłania SMS – ów, ale również za pomocą swojej dotychczas ulubionej piosenki Budki Suflera.

Po lekturze ,,Cichego wielbiciela” poczytałam trochę o poruszonym w tej książce problemie. Przerażające jest to, do czego taki stalker, kiedy sobie coś uroi – jest w stanie się posunąć. Powieść Rudnickiej jest bodaj pierwszą polską powieścią, która porusza ten temat. Książka daje do myślenia… i zwraca uwagę na problem stalkingu. Który istnieje naprawdę. Który przybiera rozmaite formy, bo pomysłowość prześladowcy jest duża. Który zmienia życie prześladowanego w istne piekło.

A co to oznacza w codziennym życiu?

– ,,Pani nie słyszy, tak?

– Tak – odpowiedziałam.

– A co to oznacza w codziennym życiu?”

Właśnie. To jest BARDZO dobre pytanie. Co to moje ,,niesłyszenie” oznacza w codziennym funkcjonowaniu? To jest NAPRAWDĘ bardzo dobre pytanie.

To, że musisz zaopatrzyć się w baterie, które bynajmniej do tanich nie należą – to jedno. To, że aparaty lądują właściwie codziennie w osuszaczu, a Ty musisz zadbać, żeby ten osuszacz był pod ręką, no i żeby były zapasowe pastylki osuszające, które pochłaniają wilgoć – to po wtóre.

Niektóre dźwięki są tak nieprzyjemne, że cierpnie Ci skóra, ale to się tyczy wielu osób: i słyszących, i nie. Niekiedy bywają tak głośne, że mimowolnie podskakujesz z krzykiem, bo akurat zajechał z tyłu jakiś motocykl.

Głupkowato się uśmiechasz? Ludzie mają Cię za czubka? Nic z tych rzeczy. Może po prostu masz – jak ja – porażenie nerwu twarzowego.

Z reguły unikasz bardzo głośnych miejsc. Chcesz mieć ten komfort, że jednak coś usłyszysz. Nawet, jeśli część tego czegoś przekręcisz, pomylisz, zgubisz gdzieś po drodze.

Ściągacz Szacowną Aparaturę i… i cisza. ,,Bezmiar ciszy”. Komunikacja jest utrudniona, ale Twoi Najbliżsi wiedzą doskonale, jak się z Tobą porozumieć. Jeszcze kilka lat wstecz mogli Ci mówić do ucha, bo jakieś resztki tego słuchu zostały zachowane. A teraz? Czytasz z ust. Czasem ktoś pisze na kartce.

Gubisz się w takich miejscach, jak przychodnie lekarskie. W ogóle wszędzie tam, gdzie wywołują. Bo zdarza Ci się nie usłyszeć. A mimo wszystko krępujesz się prosić o pomoc, by ktoś powiedział Ci, kiedy przyjdzie Twoja kolej.

Trudno wchodzisz w nowe środowisko. Mimo wszystko boisz się odrzucenia. Bardzo boisz się odrzucenia. Gdy więcej osób dookoła Ciebie gada między sobą – usuwasz się w cień, skupiasz się na sobie i na swoich sprawach. Jest w Tobie ten lęk, że czegoś nie usłyszysz, że Cię wyśmieją.

Przeboje szkolno – uczelniane i nie tylko: hardkorem bywa nauka języków.

Jeżeli zdarza Ci się latać samolotem, to również bywa wesoło.

No i – czasami – gdy masz doła. Zastanawiasz się, jak to jest: słyszeć.

Dyrdymały śnić!

Nie pamiętam tak pięknego dnia w tegorocznym piździerniku jak ten dzisiaj. Piękna pogoda. Piękna jesień. Nic tylko usiąść na ławce i – wśród różnokolorowych liści ,,dyrdymały śnić”. Zakładając, oczywiście, że park i ławka to ,,wyspy bananowe” o których śpiewała Maryla do słów Agnieszki.

Kocham tę złotą polską jesień. (Tak, wiem, pisałam o tym równo rok temu!) Jestem straszną romantyczką, jak się okazuje. I stwierdzam, że niestety, jest coraz gorzej: z wiekiem mi się to pogłębia 😉

Póki co, na bycie romantycznym lekarstwa nie wynaleziono, chociaż nie wydaje mi się to niemożliwym do zrealizowania: jest to choroba jak najbardziej uleczalna, choć – jak pokazuje mój przypadek – długotrwała i postępująca. Kurczę, no niestety, jest ze mną jak jest.

Nieśmiertelnik – żółty październik…

W ramach tego, jak bardzo jestem romantyczna, piłuję jakże namiętnie twórczość takich twórczyń jak Demarczyk czy Dalida. To też mi się pogłębiło. O ukochanych ,,Groszkach” (tekst tutaj) pisałam wielokrotnie. Odnowiła mi się faza na ,,Paroles, paroles”. Aż boję się myśleć, co będzie następne. Obym nie spadła drastycznie do poziomu iście werterycznej egzaltacji!

Stangret, kareta, mój frak i Twój tren

Wieczór panieński. Nie mój, żeby było jasne. Mojej Przyjaciółki.

Mojej M.

Mojej kochanej M., z którą dzieliłyśmy smutki i radości mieszkania we wrocławskim akademiku. Największy moloch z domów studenckich stolicy Dolnego Śląska – i my trzy (M., K., i ja).

Wspólne imprezy. Czasem na korytarzach akademika. Niekiedy wypady do klubów, na piwo, potańczyć…

Kiedy przychodził czas sesji – nauka. W ryjcu zwanym kujownią (inaczej rzecz ujmując: pokoju nauk), który mieścił się na akademikowym ostatnim piętrze.

Pomoc, gdy trzeba było, a innym razem: opieprzenie… też, kiedy trzeba było.

To o M. pisałam w moje kopenhaskie Walentynki, bo wtedy się zaręczyła.

Kochana moja M., dużo szczęścia na tej Nowej Drodze ❤

Mała

Znalazłam taki artykuł.

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22488861,w-cieniu-czarnego-psa-codziennie-z-tego-powodu-umiera-3800.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta

Co jeszcze musi się stać, żeby wreszcie zaczęto zauważać ten problem? On cały czas istnieje, ale mało kto go w ogóle widzi.

Osoba, która choruje na depresję – czuje się… mała. Odrzucona i nikomu niepotrzebna. Nierozumiana. Ktoś kiedyś ładnie określił: ,,mała, smutna mróweczka”.

Depresja nie jest wygodnicką postawą życiową. Jest poważną chorobą. Wychodzi się z niej dniami, miesiącami, czasem latami – to nie jest tak, że weźmiesz Fervex i po sprawie. Specjaliści: psycholog, psychoterapeuta, niekiedy nawet psychiatra – są nieodzowni.

Po cichu liczę, że kiedyś to się zmieni i zaczniemy dostrzegać tę chorobę. Zobaczymy, jak ważne jest wsparcie udzielone chorym. Wsparcie – to nawet próba porozmawiania.

Zdjęcie zaczerpnięte stąd. Takich – jak ja to mówię – mróweczek – małych, bezbronnych, potrzebujących wsparcia psychicznego – jest wśród nas bardzo wiele. Mróweczek, którym but życia rozpieprzył mrowisko.

Óho

Óho. Jestem absolutnie zauroczona owym óhem. Albo – gdyby się upierać i jednak napisać ortograficznie – uchem. A właściwie Uchem. Prezesa.

Wprawdzie nic nie przebije niegdysiejszych ,,Trzech Dni Pontona”, które wyszły spod pióra Klary Weritas, ale ,,Uchu” naprawdę niewiele do ,,Trzech Dni Pontona” brakuje.

Robert Górski – poza celnymi obserwacjami i umiejętnością wykorzystania ich w scenariuszu – ma także mimikę pierwowzoru Prezesa. Serialowy Mariusz zachowuje się dokładnie tak samo jak minister M. B. – te gesty, to roztaczanie ,,opieki” nad Prezesem. Para: Andrzej vel Adrian i Agata prowadzący dialog (no dobra: odbywający kłótnię małżeńską) w ostatnim odcinku sprawili, że ze śmiechu pociekły mi łzy. Wielkie brawa należą się również odtwórcom ról Pani Basi i jej syna.

Genialny jest Michał Czernecki w roli Jacka – Prezesa Telewizji. Jego dyskusja z Prezesem Rady Mediów Narodowych z odcinka o paskach jest, uważam, jedną z lepszych scen w serialu w ogóle.

Jako się rzekło – zmysł obserwacji to jest to, co Robert Górski posiada z całą pewnością. A wielu prawdziwych polityków powinno się od niego tej obserwacji uczyć. Bo z obserwacją u niektórych bardzo krucho.

Przerwana lekcja muzyki

Dziś 10 października – Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego…

BPD. Borderline Personality Disorder. W wielkim skrócie: borderline.

Zainteresowanie powyższym tematem spowodowało, że zechciałam obejrzeć film nakręcony blisko dwadzieścia lat temu.

Koszmar zamknięcia w zakładzie psychiatrycznym. Winona Ryder i Angelina Jolie w rolach pacjentek. Kilka lat temu powstał polski film ,,Ogród Luizy”, gdzie podejmowano temat schizofrenii. On był okrutny, ale nie aż tak. ,,Przerwana lekcja muzyki” to opowieść, gdzie szokują zachowania, słownictwo, przypadki medyczne, z którymi się stykamy jako widzowie.

Przykro patrzeć, kiedy bohaterki, które znalazły się w szpitalu są tak naprawdę pozostawione samymi sobie. Odrzucone przez społeczeństwo, już jakoś napiętnowane, w szpitalu, gdzie (wydawać by się mogło) powinny dostać pomoc – personel medyczny też w sumie ma je w głębokim poważaniu.

Straszny film. Z jednej strony. Z drugiej – potrzebny, żebyśmy zobaczyli, jak straszna jest rzeczywistość osoby zmagającej się z problemami psychicznymi. Lęki. Stany paranoidalne. Samookaleczenia, sznyty na rękach.

Świat nie rozumie depresji, na przykład. Dlaczego? Czy to takie trudne? Dlaczego my tak bardzo chcemy być rozumiani przez wszystkich dookoła, a tych, którzy są chorzy i tego zrozumienia najbardziej potrzebują – nie rozumiemy? I nawet nie próbujemy zrozumieć?

Ja stwarzam mikroklimat

W ramach stwarzania swojego małego własnego mikroklimatu – pozdrawiam znad nauki najpiękniejszego języka na świecie. Ach, ta jego melodia… Coś pięknego.

Musiałam sobie zrobić kilkanaście dni przerwy od duńskiego – zwyczajnie mózg mi parował z nadmiaru duńskich słówek. Mam teraz co nadrabiać.

Gdyby mi ktoś kilka lat temu powiedział, że pokocham duński, nie uwierzyłabym. A teraz, muszę powiedzieć, że sama jestem zaskoczona zapałem z jakim się sama, we własnym zakresie, uczę tego niełatwego (ale pięknego, co zawsze podkreślam!) języka.

Po wakacyjnej przerwie wróciłam też do angielskiego. Poziom advanced. Zoooobaczymy.