Gdzie ja zgubiłam swoje łóżko?

,,Gdzie zgubiłaś swoje łóżko?” – chciała wiedzieć moja Przyjaciółka na widok mojego wczorajszego selfie. Selfie – powiedzmy sobie szczerze – wyjątkowo nieudanego. Dobra, już nie narzekam – odeśpię podczas urlopu. Czy kiedyśtam. Generalnie, narzekać to – w moim przynajmniej przypadku – grzech. Jednak jest coś, co – stwierdzam z przeprażeniem – totalnie nie wchodzi mi ostatnio do głowy.

Języki. Tak, języki. Które przecież tak lubię! Nie ogarniam ich. Uczę się słówek, wkuwam zasady gramatyki – po czym szybko to wszystko ulatuje. Ulatuje, niestety, znacznie szybciej niż weszło. A ja mam pełną świadomość, że stać mnie na więcej. Czasem nawet na ZNACZNIE więcej. Przeraża mnie świadomość zbliżającego się kolejnego testu. Przeraża – jak dawno nie przerażała. Nie mam pojęcia, jak sobie pomóc. Zastanawiam się – prawdę powiedziawszy – po prostu nad jakąś przerwą w nauce. A nuż pomoże.

pexels-photo-531636.jpeg

 

A na razie fruwają motyle

Mam nadzieję, że na zjazd rodzinny (tak, to już za trzy tygodnie!) będzie równie pięknie, jak jest teraz. Przede mną jeszcze wiele pracy związanej ze zjazdem, ale przynajmniej będę już miała mniej – pisania. (Bo to, co miałam napisać – już finiszuję.) A to oznacza, że po prostu będę miała więcej czasu na ,,podopinanie” wszystkiego. W najbliższym tygodniu zamierzam ogarnąć menu. Mam zamiar również popełnić dłuższy tekst na bloga (o ile pozwoli mi na to czas).

Na razie – tyle nowości. Słodkich snów!:)

pexels-photo-133170.jpeg

Za innych śladem iść tą samą drogą

Szczęście! Moja Ulubiona Pisarka napisała dla mnie dedykację w moim egzemplarzu Mojej Ukochanej z Jej Książek. Nawiązała w niej do mojego… kolczyka w pępku.

Właśnie. Mam skłonność do chodzenia swoimi ścieżkami. Oryginał ze mnie duży (najczęściej ubrany na czarno). Nie, nie zawsze taka byłam. Po prostu dwa lata temu (w wieku lat dwudziestu z hakiem) stwierdziłam, że nie mam zamiaru ani sekundy dłużej być dziecięciem tak słodkim, że aż przesłodzonym. Autentycznie. Mój okres dojrzewania – na tle innych dojrzewających – minął relatywnie gładko i bez większych wyskoków. Serio. Nosiłam włosy do pasa (co istotne: z równiutko przyciętą grzywką), chodziłam w długich i rozkloszowanych spódnicach (Mecenas S. nazywa ten styl ,,pielgrzymkowym”), a imprez unikałam jak ognia (Mecenas sam wziął sprawę w swoje ręce w pewnym momencie i zagroził, że jeżeli nie pójdę na… /i tu padła nazwa imprezy/, to on mnie zapisze do kółka różańcowego. Co tu dużo  mówić: wolałam pójść. Mecenas jest znany z konsekwencji, więc jestem w stu procentach pewna, że byłby mnie do tego kółka zapisał). Kolczyk w pępku jest rzeczą o tyle istotną, że to była pierwsza rzecz, którą zrobiłam za plecami rodziców. A potem… to już dalej poszło. I nawet nie będę pisać, ile miałam lat w momencie tego buntu – bo to aż wstyd, że wyłamałam się tak późno.

Dzisiaj – kroczę krokami wprawdzie małymi, ale – z pewnością – własnymi ścieżkami. Są wzloty, są upadki, jest uśmiech, są łzy – ale czuję, że jestem. Powoli przestaję być kimś, kto dziarsko maszeruje utartymi drogami. Bo mam swoje własne ścieżki – to nie jest takie proste je wydeptywać. A wydeptuję. A może: próbuję je wydeptywać. Niczym w słowach jednego z utworów, w który często się wsłuchuję):

,,Znam te drogi przez układy planetarne,

w chmury, bzdury i marzenia: w nieskończoność.

Trzeba znaleźć, tu na Ziemi, swoją prawdę –

nawet gorzką, 

nawet słoną…”

Wydeptuję. Wytrwale. Szukam tej swojej prawdy. A czy piszę zbyt osobiste rzeczy…? Proszę mi wierzyć – nie. Panuję nad tym, co na mrowisku zamieszczam.

pexels-photo-531321.jpeg

Chcę powiedzieć Wam: dziękuję!

Już dawno chciałam to napisać. Ale jakoś zawsze brakło odwagi.

Trzynaście lat temu zaczęło się dla mnie nowe życie. Trzynaście lat temu moi Rodzice podjęli starania o wszczepienie mi pierwszego implantu ślimakowego. Tak się składa, że dziś… jest trzynasty dzień protestu osób niepełnosprawnych w Sejmie, na Wiejskiej.

Chylę czoła przed moimi Rodzicami. Gdyby nie ich upór, gdyby nie trud włożony w moją rehabilitację – w sumie nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co by było. Początek lat dziewięćdziesiątych, pojawiam się na tym Zwariowanym Świecie jako skrajny wcześniak (1040 gramów żywej wagi, 1 punkt w skali APGAR, zamartwica, w dwusłowy: siedem nieszczęść). Paraliż jednej strony ciała. Rehabilitantki, pracujące z dzieckiem ważącym właściwie tyle co torebka cukru, i mój rozpaczliwy płacz, który jak przyznał kiedyś Mecenas S. – długo dzwonił Mu potem w uszach. Po kilku miesiącach – nie reaguję na dźwięki, zaczynają się badania (warszawski szpital na Niekłańskiej). Dopiero po kilku latach – diagnoza: wada słuchu.

Podziwiam moich Rodziców. Rodziców osoby niepełnosprawnej. Nie poddawali się – otwierali kolejne drzwi, szukali pomocy, szukali rozwiązań. Walczyli z absurdami polskiej edukacji, z absurdami polskich przepisów, często ze zwyczajną ludzką niechęcią, niewiedzą, niekiedy aż z głupotą i zaściankowością. Wyważali drzwi w sytuacjach i miejscach, w których niejeden po prostu by się poddał.

Podziwiam Krysię Zielińską, moją cudowną Logopedę. Dwadzieścia dwa lata temu (tak, Krysieńko, to był ’96!), kiedy miałam iść do przedszkola i sepleniłam, mój Dziadziuś zobaczył na Puławskiej plakietkę z napisem: ,,Krystyna Zielińska – psycholog – logopeda”. Wspólna praca – przerodziła się w przyjaźń. Małymi kroczkami, żmudną pracą (czasem polały się łzy) – dochodziłyśmy do celu. To Krysia nauczyła mnie mówić. I nie tylko mówić, bo pamiętne lekcje polskiej gramatyki też miały miejsce. Kurczę, a ja się znowu wzruszam. Krysieńko, nie wiem, jak mam Ci dziękować. Po prostu nie ma takich słów, którymi mogłabym wyrazić moją wdzięczność.

Moi Rodzice. Rodzice Osoby Niepełnosprawnej.

Krysia. Kobieta, która nie bała się pomóc takiej Osobie. To dzięki Niej mówię. (I to całkiem poprawnie).

Czapki z głów. Z francuska: chapeau bas.

pexels-photo-255441.jpeg

Nauczyciel,uczący dziecko z wadą słuchu, powinien…

Będąc użytkowniczką aparatów słuchowych, nie kształciłam się ani w szkole specjalnej, ani w szkole integracyjnej. Studia też zaczęłam w trybie dziennym i skończyłam w trybie dziennym. Więc często miałam styczność z nauczycielami, którzy nigdy wcześniej nie zetknęli się z niesłyszącym uczniem. Mam dla nich parę sugestii:

1) Postawa:

stoimy przodem do ucznia. Nie lewym bokiem, nie prawym bokiem, a już broń Boże NIE TYŁEM I NIE ZA PLECAMI. Uczniowie z uszkodzonym narządem słuchu często posiłkują się czytaniem z ruchu warg. Ja sama kiedyś – kiedyś bardzo dobrze czytałam z ust. Ale potem się rozleniwiłam…

2) Gestykulacja:

nadmierna gestykulacja rozprasza. Szczególnie, kiedy uczeń czyta z ust. Po prostu w pewnym momencie sam już nie wie, na czym skupić wzrok i w sumie z lekcji wypełnionej gestykulacją niewiele wynosi. Nie chodzi o to, żeby stać na baczność / jak słup soli / żona Lota / jak zwał tak zwał/ – chodzi o to, żeby nie gestykulować zanadto.

3) Dobór słów i składnia:

Bardzo istotna rzecz – w szczególności, jeśli uczeń jest osobą migającą. Jak pisałam w ubiegłym roku – język migowy ma swoją specyficzną skladnię. Migający często usuwają ze swoich wypowiedzi zaimki. Przykład:

,,Jak [Ty] się nazywasz” = ,,Ty nazywasz?”

Stąd też, zamiast kombinować, produkując się w zdaniu:

,,Jak masz na imię?”

lepiej spytać:

,,Jak się nazywasz?”

Dodatkowo: niektóre słowa z języka werbalnego w języku migowym po prostu nie istnieją (tyczy się to w szczególności pojęć abstrakcyjnych; ale uwaga: język migowy też ma swoje wyrażenia, których nie ma mówiony). Jeśli używamy słowa / wyrażenia, co do którego mamy wątpliwości, czy zostaną zrozumiane – powinniśmy postarać się je wytłumaczyć (najlepiej uprzednio spytać, czy nas zrozumiano). Nie silmy się na bardzo wyszukane określenia (jeśli, oczywiście, sytuacja tego od nas nie wymaga – wiadomo, że jak omawiamy ,,Treny” Kochanowskiego, to mamy tam do czynienia z archaizmami, które musimy wytłumaczyć).

4) Zapis fonetyczny:

To się może przydać w nauce języków (angielskiego na przykład), ja sama nad wyrazem zapisuję sobie niekiedy jego fonetyczne brzmienie. Nad wyrazem.

5) Pisanie ze słuchu:

Ach, dyktanda. Dyktandusia. Dyktandziątka. Ja je bardzo lubiłam. Serio. Zostałam swego czasu mistrzynią ortografii miasta stołecznego Warszawy (taak, zostałam, chociaż to było lata świetlne temu). Mam jednak gdzieś z tyłu głowy, że obecnie uczeń, który nie słyszy, jest albo zwolniony z dyktand, albo jest zwiększona tolerancja na jego błędy. Tu sugeruję zwrócić się do kuratorium.

6) Klasa:

Ooo, temat – rzeka tak zwany. Relacje z klasą. Proszę mi wierzyć, ja naprawdę wiele przeszłam i uważam, że najrozsądniej jest zebrać całą klasę, wytłumaczyć, że taka to a taka osoba nosi aparaty i te aparaty po prostu pokazać (najlepiej na uchu). Tak zrobiła profesor Elżbieta Sygowska, moja wychowawczyni w klasach I – III. Klasa – po jakimś czasie – ten fakt zaakceptowała. Potem już swoje przechodziłam, niestety, ale to już w innej szkole (i nikomu takich przejść nie życzę), a potem trafiłam do Najlepszej Szkoły Na Świecie i We Wszechświecie. Trafiłam do ,,Wiewiór”. (W których poznałam moją Ziembusię.)

7) Aparaty:

Warto poznać podstawy obsługi aparatów słuchowych (pamiętajmy, że procesory mowy związane z implantami ślimakowymi to też aparaty). Włączyć / wyłączyć / założyć / zdjąć aparat/ wymienić baterię / oczyścić wkładkę douszną (jeśli jest) / założyć / zdjąć stopkę od systemu FM (jeśli jest). Ze wstydem się przyznaję, że ja sama ten temat zaczęłam ogarniać późno. Przez dłuższy czas jak coś się działo, to alarmowani byli domownicy, którzy gnali do szkoły na skrzydełkach niemalże. No więc teraz wyobraźmy sobie, że jedziemy na wycieczkę szkolną i musimy zaopiekować się dzieckiem, które nosi aparaty i konieczna jest wymiana baterii na przykład.

Tyle ode mnie. Miłej nauki. (Z której właśnie przypomniał mi się fragment gombrowiczowskiego ,,Ferdydurke”:

,,Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? (…) Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był!„)

Miłego nauczania:)

I wierz we mnie jak ja w Ciebie, Boże, wierzę

W samochodzie – dyskusja. Dogmat. Czymże jest dogmat? Na tego typu trudne filozoficzne pytania szukaliśmy odpowiedzi.

Wiara – sprawa bardzo indywidualna. Ja wiem, że moje podejście do wiary nie każdemu może się podobać. Ale – jest moje. I moje pozostanie.

,,Pozwól mi się, Boże, błąkać
Po gęstwinach i po łąkach,
W niepewności wydeptywać tysiąc ścieżek.
Wydeptywać tysiąc ścieżek.
Nie bój się, że gdzieś przepadnę,
Dokąd iść mam – nie odgadnę…
Uwierz we mnie, jak ja w ciebie, Boże, wierzę!

Spełnij, proszę, o czym marzę!
Niech pod tęczy twej ołtarzem
Wyspowiadam gorzkie żale, słodkie grzechy!
I niech sercu siły doda
Darowana mi swoboda,
Co nie szczędzi mi ni smutku, ni pociechy!

„Getto warszawskie. Rozmowa Matki z Synem”

Antoni Słonimski

Matka:
Tam za murem jest droga i szosa,
Która prosto prowadzi w niebiosa,
A przez niebo płynie wielka rzeka,
A tą rzeką, pamiętasz z daleka,
Płyną białe ogromne okręta…

Syn:
Pamiętam.

Matka:
Tam za murem jest ogród irysów,
Liście srebrne a płatki z jaspisu.
Biały tytoń, co pachnie o zmierzchu,
Gdy się idzie wieczorem tą ścieżką,
A w dzień trawa tam pachnie i mięta…

Syn:
Pamiętam.

Matka:
A pod drzewem wśród kwiatów jabłoni
Stoją: Zofia, Tadeusz, Antoni.
Mają białe niedzielne ubrania,
A na bryczce Jarosław i Hania,
A wśród nich ja stoję uśmiechnięta,
Czy pamiętasz synu?

Syn:
Nie pamiętam.
Chociaż czasem ze snu mnie obudzi
Cień i obraz osłabły jak echo,
Nie pamiętam już twarzy i ludzi,
Nie pamiętam twojego uśmiechu.
Mów mi matko o drzewach i krzakach,
Tam za murem szumiących, za bramą,
Mów o gwiazdach, kamieniach i ptakach
Lecz o ludziach już nie mów mamo.

Siedemdziesiąt pięć lat temu

ROZMOWA Z DZIECKIEM

,,Dziewięćset czterdziesty drugi rok.

Matka i dziecko. Warsztat – blok…

Dziecko twarz ma liliową,

matka włosy jak mlecko,

powiedz mi matko – pyta malec –

co to znaczy: DALEKO…

Daleko to znacy za górami,

za lasami i za rzekami…

Daleko to znaczy szyny,

Daleko to morskie podróże,

okręty i przestwór siny

i góry w słońca purpurze…

Daleko to wyspy złote

i wonne wiartu podmuchy

to jakaś soczysta zieloność

i piasek miękki i suchy.

Lecz jak wytłumaczyć dziecku,

co znaczy: DALEKO…

Daleko – kochane dziecko

(a łza się chybocze na rzęsach)

daleko to z bloku naszego

aż do bloku Többensa…

A powiedz mi mamo kochana,

co to znaczy: DAWNO…

Dawno to wieczór miejski,

płonące lampy, neony…

to cichy spokój w mieszkaniu

i dobrze piec napalony…

Dawno – to ciastko z Ziemiańskiej,

dawniej – to obiad przy radiu

dawno – to rano „Nasz Przegląd”,

i wieczór w kino Paladium.

Dawno – to miesiąc nad morzem,

dawno – to zdjęcia z wycieczki

i ślubne zdjęcie z welonem

i biały chlebek bez sieczki…

Lecz jak wytłumaczyć dziecku

tę przeszłość jasną i sławna,

gdy nic… nic przecież nie wie…

jak wytłumaczyć: DAWNO…

Widzisz, kochane dziecko

stare i smutne za młodu

dawno – to znaczy gdy dawno…

nie przydzielano nam miodu…

A powiedz mi mamo, powiedz,

co to, co słyszę nocą…

świstt taki długi… daleki

co to tak świszcze i po co…

Jak wytłumaczyć dziecku

jaki wziąć przykład i motyw,

by wytłumaczyć nocny,

daleki świst lokomotyw…

Jak wytłumaczyć szyny

i długą drogę w bezkresy,

radość mknięcia w sleepingu

i oszałałe eksresy.

Dworce, sygnały, zwrotnice,

nowe miasta, ulice,

bilety, przesiadki, bagaż,

kurier, bufet i tragarz.

Migot światełek nocą,

i dymów liliowy ślad.

Jak wytłumaczyć… i po co,

że gdzieś jeszcze w dali jest świat…

Ten świat znaczy – chłopcze maleńki

coś rączki żałośnie tak splótł,

że może być dalej niż Töbens – –

i jeszcze dalej niż miód…”

Władysław Szlengel – autor powyższego wiersza – urodził się w 1914 roku. Zginął w czasie walk powstania w warszawskim getcie.

Dziś – mamy w ręce żonkile.

Niech nasze myśli będą z Nimi.

Dwa lata temu w Kopenhadze pisałam pracę zaliczeniową na temat powstania… ,,Shielding the flame” (polski tytuł to ,,Zdążyć przed Panem Bogiem”), ,,Conversations with an executioner” (,,Rozmowy z katem”) – czytałam po wielokroć.