Wcześniak

Ponad dwa lata temu pisałam o blogu Matki dorosłego autystyka (mój wpis jeszcze z Kopenhagi). Dzisiaj znów na ten blog zajrzałam. I znów moje myśli zwróciły się ku moim Najbliższym.

Dzisiaj jest obchodzony Dzień Wcześniaka. Takie dzieci to często… 600 gramów szczęścia swoich Rodziców. Ja byłam niewiele większym szczęściem swoich. Dzisiaj medycyna poszła bardzo do przodu. Ja jestem z lat dziewięćdziesiątych, gdzie nie była ona aż tak rozwinięta i gdyby nie upór wielu Osób – nie wiadomo nawet, czy bym przeżyła. Jest taka książka Marty Spyrczak zawierająca rozmowy z rodzicami wcześniaków. Moi Rodzice – myślę – mogliby wiele na ten temat powiedzieć. Urodzilam się z paraliżem, rehabilitantki ćwiczyły więc z dzieckiem, które miało wagę torebki cukru. Płakałam strasznie, Mecenas S. wspominał potem, że obydwojgu – Mamie i Jemu – krajały się serca.

Ze skutkami wcześniactwa zmagałam się, zmagam i już będę się zmagać – przez całe życie. Ono też wpłynęło na to, jaka jestem. Bardzo wpłynęło. Może słyszałabym, gdyby nie wcześniactwo.

Przyznaję się, że teraz mam chwilę słabości. Jak staram się nie mieć takich chwil, tak w tym momencie właśnie mnie wzięło. Gdy pisałam pierwszy wpis na ten temat, też starałam się trzymać. Ale jest mimo wszystko jakaś niezgoda na to, co się stało. Ja się nie złoszczę, ja się nie pytam, dlaczego. Widać tak musiało być. O akceptację niby prosto…? Teoretycznie. Bo gdzieś w głębi serducha ten smutek siedzi. Widzę jak my – niepełnosprawni – musimy walczyć o swoje prawa. Jak trudno jest te prawa wywalczyć (,, Widziałam domy o milionach okien”).

Ech. Zaraz mi przejdzie. Zbiorę się w garść. I przestanę już ryczeć.