Ha! Robię swoje!

‚Raz Noe wypił wina dzban
I rzekł do synów: Oto
Przecieki z samej Góry mam-
Chłopaki, idzie potop!

Widoki nasze marne są
I dola przesądzona,
Rozdzieram oto szatę swą-
Chłopaki, jest już po nas!

A jeden z synów- zresztą Cham –
Rzekł: Taką tacie radę dam:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Póki jeszcze ciut się chce,
Skromniutko, ot, na własną miarkę
Zmajstrujmy coś, chociażby arkę! Tatusiu:
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Raz króla spotkał Kolumb Krzyś,
A król mu rzekł: Kolumbie,
Pruj do lekarza jeszcze dziś,
Nim legniesz w katakumbie!

Nieciekaw jestem, co kto truć
Na twoim chce pogrzebie,
Palenie rzuć, pływanie rzuć
I zacznij dbać o siebie!

A Kolumb skłonił się jak paź,
Po cichu tak pomyślał zaś:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce!
I zamiast minę mieć ponurą,
Skromniutko, ot, z Ameryk którą- odkryjmy…
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Napotkał Nobla kumpel raz
I tak mu rzekł: Alfredzie,
Powiedzieć to najwyższy czas,
Że marnie ci się wiedzie!

Choć do doświadczeń wciąż cię gna,
Choć starasz się od świtu,
Ty prochu nie wymyślisz, a
Tym bardziej dynamitu!

A Nobel spłonił się jak rak,
Po cichu zaś pomyślał- jak?

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce!

W myśleniu sens, w działaniu racja,
Próbujmy więc, a nuż fundacja- wystrzeli?
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: Kurczę,
Rozsądku krztyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!

Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
Wam w głowie wciąż drobiazgi!

Opinia sroga to, że hej,
Odpowiadając przeto jej:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Bo jeżeli ciut się chce,

Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa- Kochani,
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Rodacy!
Róbmy swoje!
A Ty, Widzu, brawo bij!
Róbmy swoje!
A Ty zdrowie nasze pij!
Niejedną jeszcze paranoję
Przetrzymać przyjdzie- robiąc swoje! Kochani,
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Żeby było na co wyjść!’

Dziś zaczynam – w zasadzie – ostatni tydzień (no dobra, ostatnie półtora tygodnia) pobytu w Kopenhadze i tak się złożyło, że akurat dziś mam wenę. Wprawdzie jak najbardziej planuję iść dzisiaj na lekcję duńskiego (niestety, cały czas ćwiczę jeden aparat!), a wcześniej – podjechać do biblioteki i oddać książki, niemniej jednak większą część dnia spędzę przed ekranem laptopa, pisząc prace zaliczeniowe. Muszę skończyć drugą z kolei i – zacząć następną 😦 Robię swoje, robię swoje i jeszcze raz: robię swoje, czyli po prostu pracuję. Mój entuzjazm jest znacznie osłabiony, ale nawet nie wiem, jak sobie pomóc i co poradzić – cóż, zajmę się tym, jak wrócę do Polski. Tutaj ogromne wsparcie mam w moich Przyjaciółkach (dzięki Ci, Fejsbuku, za to, że istniejesz, gdyż to za Twoją sprawą mogę się z Nimi kontaktować!). Czekam, aż przyjadę do Polski, wpadnę do Konstancina i Grodziska – i Je obydwie serdecznie wyściskam!

‚Róbmy swoje – może to coś da, kto wie?’ – jest strasznie ciężko, nie ukrywam, ale co ja mam zrobić – usiąść i się rozpłakać? Piszę sporo na blogu, ale i tak to zaledwie malutki ułamek tego, co przeżywam… Robię swoje, ale znów chodzi mi po głowie piosenka, niejednokrotnie już tutaj cytowana. I chodzi mi po tej głowie praktycznie codziennie.

‚Ile mam grzechów – 

któż to wie?

A do liczenia nie mam głowy.

Wszystkie darujesz mi i tak,

nie jesteś przecież drobiazgowy.

Dlaczego mnie do raju bram

prowadzisz drogą taką krętą?

I czemu wciąż doświadczasz tak

jak gdybyś chciał uczynić świętą?

(…)

To życie minie jak zły sen,

jak tragifarsa, komediodramat.

Lecz gdy się zbudzę, westchnę: cóż,

to wszystko było chyba … zamiast.

Lecz, póki co, w zamęcie trwam,

liczę na palcach lata szare

i tylko czasem przemknie myśl:

przecież nie jestem tu za karę…’

Ten wpis w założeniu miał być optymistyczny. Ale nie jest. I nic, nic, nic, naprawdę nic – nie umiem temu zaradzić.

WP_20160422_013.jpg

 

Różności. Trochę o egzaminach…

Na początek – optymistycznie! Moja koleżanka z Australii powiedziała mi, że mój angielski jest dobry… Cieszę się, bo dla mnie to wcale nie takie proste jednak mówić w obcym języku! ❤

Zgodnie z zapowiedzią – napiszę trochę o przebiegu sesji egzaminacyjnej na Uniwersytecie Kopenhaskim.

1. Jak pisałam (A co z uczelnią w takim razie?) – studenci są rejestrowani na egzaminy przez odpowiednich koordynatorów – Examination Secretaries. Wszelkie wątpliwości, kłopoty etc., należy załatwiać wyłącznie z tymi koordynatorami.

2. Sesja  trwa miesiąc. Dokładne daty egzaminów zależą od konkretnego wydziału, podobnie zresztą jak daty zakończenia zajęć dydaktycznych (courses).

3. Wykładowcy mają miesiąc na opublikowanie wyników w systemie internetowym. Jeśli w ciągu miesiąca te wyniki nie zostaną opublikowane, jest to znak, że należy skontaktować się  z dziekanatem.

Co poza tym? Słonecznie, choć chłodno; niedziela minęła mi wybitnie ‚naukowo’, choć – przyznaję – że przydarzyło mi się dziś coś, co zdarza mi się bardzo rzadko – mianowicie zmorzył mnie sen w środku dnia. Przespałam dwie godziny. Naprawdę – sama jestem zdziwiona, bo nie położyłam się jakoś wybitnie późno, a przynajmniej nie tak późno, jak zdarza mi się kłaść. Jakby jednak nie było – sen dobrze mi zrobił… na tyle dobrze, że mogłam zasiąść i uczyć się duńskiego.

Co poza tym? Napisałam maila w sprawie aparatu i czekam na odpowiedź. Opisałam w tej wiadomości, na czym polega problem… Niewiele mi to ulżyło – nadal się denerwuję. Ojej, a już któregoś dnia tak się cieszyłam, że jest, jest LEPIEJ! 😦 Chyba ta radość byłą przedwczesna. O aparatach, o swoim problemie zdrowotnym – piszę tu ostatnio często, wiem… ale ta potrzeba pisania stała się w pewnym momencie silniejsza ode mnie. Poza tym – moje doświadczenia mogą okazać się przydatne dla innych osób. Wracając do samych aparatów – ten problem, z którym się teraz zmagam, zaistniał po raz pierwszy, a trochę już przeżyłam. Wszak:

– obustronnie zaaparatowana byłam w latach 1995 – 2005.

– w 2005 roku zostałam jednostronnie zaimplantowana, przy jednoczesnym pozostawieniu ‚klasycznego’ aparatu słuchowego na drugim uchu.

– od 2010 roku należę do – rozszerzającego się w ostatnich latach – grona osób bilateralnych, czyli obustronnie zaimplantowanych.

Może kiedyś – w chwili wolnej – napiszę odrębnego posta o implantach ślimakowych (bo to, co określam w postach jako ‚aparaty’ – to tak naprawdę implanty ślimakowe – czytaj więcej: Cochlear implant), o swoich doświadczeniach z nimi.

A teraz – druga kawa. I jedziemy dalej z nauką!

🙂

20160617_143532

 

 

Co ludzie powiedzą? Ciekawe…

Przeżywając w ostatnich dniach mrożące krew w żyłach przygody z aparatem (a nawet, jeśli nie mrożące krew w żyłach, to z pewnością podnoszące ciśnienie, które mam wybitnie niskie) zaczęłam zastanawiać się nad jedną rzeczą.

Otóż – niejednokrotnie spotkałam się ze zdziwieniem osób, z którymi rozmawiam na temat swoich problemów ze słuchem. Ludzie stawiali oczy w słup i pytali: ‚I Ty tak spokojnie o tym mówisz??‚. Nigdy nie kryłam się z tym, że nie słyszę, jak również nadal się nie kryję, ale też nigdy się z tym ani nie obnosiłam, ani nie obnoszę. Mówię o tym otwarcie, bo uważam, że – jeśli ma się możliwość mówić o problemach ludzi niepełnosprawnych, w moim przypadku – niesłyszących,  trzeba to robić… W rozmowach, kiedy pierwszy szok już minął i wytrzeszczone gałki oczne wróciły do normalnego rozmiaru – zazwyczaj pada: ‚Przepraszam, że Cię spytam…, po czym faktycznie następuje pytanie związane z moją wadą słuchu (noszącą nader skomplikowaną nazwę – obustronny głęboki niedosłuch zmysłowo nerwowy, w języku angielskim  billateral sensorineural profound hearing loss). Rany, tu naprawdę nie ma za co przepraszać! Chcę mówić o tym problemie, bo może komuś taka wiedza się przydać. Osoby słyszące może choć trochę lepiej poznają problemy, które dla nas – niesłyszących – są codziennością. Może znajdą coś, co ich  zainteresuje, zaczną to zgłębiać. Wiem, że dla rodziców wieść o tym, że ich dziecko nie słyszy – jest szokiem. Może ktoś z takich rodziców znajdzie się przypadkiem na moim blogu i – czytając – przekona się, że – nie słysząc – można normalnie funkcjonować (oczywiście, czasem z pewnymi utrudnieniami, ale…)? Przyznam, że mam taką nadzieję. 

‚Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!’

Jak w piosence Wojciecha Młynarskiego. Mimo tego, że inni się dziwią – będę robiła swoje! Będę otwarcie mówić! 🙂 Być może, że kiedyś – w wolnej chwili – przepiszę na komputer tekst o sobie, który napisałam w II klasie liceum, tuż przed dokonaniem drugiego wszczepu. Ale na razie czasu na to nie mam 😉

hearing_aid_styles(Zdjęcie zostało zaczerpnięte z Sieci)

 

 

 

Małe, drobne szaleństwo <3

Nie, wbrew zapewnieniom nie będę pisać o egzaminach. Na tworzenie postów o sesji egzaminacyjnej – nie mam weny – jakoś tak się dzieje :p Wczoraj nie miałam czasu, niestety, by napisać posta na blogu. Pozwoliłam sobie na … odrobinę szaleństwa. I tak bardzo się z tego powodu cieszę! ❤ Małe szaleństwo, naprawdę malutkie, ale napełniło mnie taką radością! Poza tym – wczoraj miałam widać jakiś swój dobry dzień – uskrzydlona tą radością, która mnie wczoraj naszła – poszłam na kawę. I w kawiarni dostałam – zupełnie gratisowo – sernik ❤ Ależ był pyszny!!! Dziś z kolei jeździliśmy z Myszorem po mieście w poszukiwaniu hotelu, w którym mogliby zatrzymać się moi Rodzice, gdy w przyszłym następnym tygodniu przyjadą tutaj po mnie, Myszora i mój pozostały ubogi studencki dobytek. Jeden z hoteli wydaje się być całkiem spoko i dziś przedstawię rodzinie na skajpie jego ofertę. Także trochę kilometrów ja mam w nogach, a mój Mysz – w kołach. Niestety – z aparatem nadal jest coś nie tak 😦 I, nie ukrywam, że mnie to bardzo martwi – tyle wygrać, że zaczął nawalać na sam koniec Erasmusa, a nie na początku, w środku czy jakkolwiek wcześniej, bo wtedy miałabym nie lada problem. Już wiem, że po powrocie do Polski – niezwłocznie odwiedzę Kajetany (więcej w poście: Aparat). Przyznam się szczerze, że ciekawa jestem, jak będzie wyglądał w tym tygodniu mój duński, jeśli miałabym ‚jechać’ tylko na jednym (lewym) aparacie. Najwyżej pojutrzejsze – poniedziałkowe – zajęcia jakoś przeżyję, poinformowawszy lektorkę o zaistniałej sytuacji, a w środę – kiedy mam test końcowy – będę musiała zrobić wszystko, żeby aparat zadziałał. Wczoraj w sumie nie było tak źle – działał bez zarzutu. Dzisiaj znowu mu zupełnie odbiło – stanowczo odmówił dalszej współpracy. Ponieważ nim to nastąpiło – zdążyliśmy z Myszorem dojechać na Christianshavn, a więc – mimo wszystko – kawałek od przeraźliwego syfu zwanego szumnie ‚akademikiem’ – nie miałam już jak zawrócić i go zdjąć. Jest on również sprzętem tak delikatnym, że wkładanie go do torebki (nawet w czymś takim jak etui – przykładowo do okularów) wydawało mi się pomysłem bardzo ryzykownym. Wyłączyłam go więc i pedałowałam, zdając się wyłącznie na drugi, lewy, działający. Na jakiej zasadzie to działa – nie wiem, ale:

  1. Z lewym – starszym, wszczepionym w 2005 – praktycznie problemów nie mam i nie miałam, także szwy po operacji bolą mnie bardzo sporadycznie.
  2. Prawy – nowszy, rocznik 2010 – potrafi mi płatać figle, a szwy – bywa! – ciągną jakże namiętnie.

Cholera! Faktycznie – mam dziś doskonały dzień! Właśnie wykipiała mi kawa. Dziś już po raz trzeci :@

 

20160618_141047

 

Jezioro osobliwości

To może paradoksalnie brzmi, ale są dramaty, które kończą się happy endem’ 

(Krystyna Siesicka ,,Jezioro osobliwości”)

Happy end! Z aparatem już jest znacznie lepiej! 🙂 Profilaktycznie jeszcze leżakuje w osuszaczu, ale założyłam go dziś i – słyszałam, słyszałam, słyszałam! Dla mnie to sprawa życia i śmierci – i to prawie że dosłownie. Nie słysząc, jak nietrudno się domyślić, nie jestem w stanie funkcjonować. Wczoraj – nie chcą przegapić tak pięknej pogody – wyszłam na spacer (Myszora nie ruszałam; boję się jeździć na rowerze, gdy jedno moje ucho jest nieczynne; a nuż czegoś nie usłyszę i coś się wydarzy…brrr! Aż się boję myśleć!). Nie ukrywam, że nie był to zbyt przyjemny spacer, to znaczy błyskawicznie rozbolała mnie głowa (jedno ucho przerabiało wszystkie dźwięki), męczyłam się, bo mimo wszystko musiałam zdecydowanie baczniej się wszystkiemu przyglądać, zdecydowanie bardziej uważać, gdy z kimś rozmawiałam (na przykład w sklepie) – dla mnie to był bardzo duży wysiłek. Liczę, że jutro już będzie wszystko w najlepszym porządku i – zaopatrzona w obydwa aparaty – popedałuję na Myszorze do miasta. To znaczy – do miasta i tak jutro będę musiała pójść, ale to od posiadania aparatu zależy, czy skorzystam z gościnnego grzbietu Myszora, czy może z moich własnych osobistych kończyn dolnych.

Jak wspomniałam wyżej – mój mały ‚dramat’ się zakończył (mam nadzieję!), ale z uwagi na to, że aparatu dziś nie zakładam – nigdzie się dzisiaj nie wybieram. Właśnie powoli kończę kolejną pracę zaliczeniową. Za oknem…

‚o szyby deszcz dzwoni, 

deszcz dzwoni jesienny

i pluszcze jednaki, 

miarowy, 

niezmienny –

dżdżu krople padają

i tłuką w me okno,

jęk szklany, 

płacz szklany,

a szyby w mgle mokną.’

Jak widać – pogoda do wyjścia dokądkolwiek nie zachęca. Także plan na dziś – dokończyć tę pracę. I mieć o jedną już pracę mniej do pisania.

IMG_20160616_152308

Aparat

Muszę to z siebie wyrzucić, bo inaczej zwariuję. Z duńskiego nic dziś nie wyszło. A wszystko przez mój aparat. Dawno, drań jeden, nie napędził mi takiego stracha. Powiem więcej – chyba nigdy dotąd nie napędził mi takiego stracha. A mam go, daj Boże, od sześciu lat.

Wieczorami obydwa aparaty są przeze mnie wkładane do specjalnego osuszacza, coby się ‚wygrzały’ w nocy. Wysuszyły – po prostu. Są bardzo delikatnymi urządzeniami, wymagają specjalnego traktowania. A wiadomo – trzymają się głowy, więc pot, wilgoć et caetera. Jak pada deszcz, to muszę uważać jeszcze bardziej – najczęściej uzbrajam się wówczas w czapkę, kaptur i do tego jeszcze parasol.

Więc dzisiaj wyciągnęłam prawy aparat z osuszacza, włączyłam, założyłam i… zero reakcji. Zero słyszanych dźwięków. Ściągnęłam go, obejrzałam… Działa. A na ekranie nie wyświetla się ŻADEN komunikat o tym, że coś się dzieje nie tak; wyświetla się to, co wyświetlać się powinno, to znaczy na jaki program jest aktualnie ustawiony. Zmiana baterii też nic nie pomogła. Odłączyłam cewkę, czyli to, co w zasadzie trzyma się bezpośrednio miejsca wszczepu, obejrzałam wszystko – żadnych mechanicznych uszkodzeń nie widać. Nie przypominam sobie, bym się ostatnio jakoś uderzyła w tę część głowy, gdzie mam wszczep (jeszcze bardziej uważam na siebie po tym, jak dwa lata temu zaliczyłam niezły hardkor, kiedy to przywaliłam głową w kant – i to idealnie tym miejscem z wszczepem pod skórą – a potem miałam duże problemy). Jeszcze raz założyłam. Nadal nic nie słyszałam.

Tak więc na duński nie miałam po co iść – w jednym aparacie nie słyszę stereofonicznie. Mam nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja aparatu. Jeśli do poniedziałku nie uda mi się z tym uporać – będę chyba musiała myśleć o wcześniejszym powrocie do Polski. I o zawitaniu do Kajetan.

Na zdjęciu poniżej – część wewnętrzna (źródło: Wikipedia).

220px-Cochearimplants

Pierwszy szok minął (chyba)

Trochę się już otrząsnęłam. Dziś już jest znacznie lepiej – świeci piękne słońce, a ja szykuję się na zajęcia z duńskiego! 🙂  Będą to zajęcia ostatnie – na przyszły tydzień zaplanowano testy końcowe. Więc raczej czeka mnie pracowity weekend – nad książkami do duńskiego. Jutro mam w planach napisanie posta dotyczącego egzaminów – jak one tutaj wyglądają, jak się przygotowywać etc. Równo za dwa tygodnie opuszczam Kopenhagę, opuszczam Danię – wracam do Polski. Do Podkowy, za którą się tak stęskniłam. Był czas, kiedy mi się ten pobyt okropnie dłużył. Sam początek rzewnie przepłakałam. Ale wytrzymałam jakoś te pięć miesięcy. I – biorąc pod uwagę to, jak bardzo związana jestem z moją rodziną, a w szczególności z moim ukochanym Dziadkiem – sama jestem pełna podziwu dla siebie.

Lekarstwo na doła? Rozmowa z Mecenasem S. Tata wytłumaczył mi, że to, iż coś mi nie wyszło i pierwszy raz w mojej pięcioletniej karierze studenckiej powinęła mi się gdzieś noga, to nie jest koniec świata. Potem rozmowa z Mamą. Dziadziusia nie chciałam denerwować.

Lekarstwa na doła ciąg dalszy? Przesłuchanie piosenek mojego ulubionego Kabaretu – obejrzenie teledysków, wywiadów. Uwielbiam ich utwory – są bardzo optymistyczne, od razu podnoszą (mnie) na duchu.

No a dziś – jak na dworze jest tak pięknie, popedałuję przed siebie na niezawodnym Myszorze!

Dobry humorze, trwaj!

Kiss me, I am half - Irish

 

Smutny jest kolor blue

Kolejny paskudny i deszczowy dzień. Taki, w który absolutnie nie chce się nic robić. Strasznie mi smutno dzisiaj. Przez całą noc usiłowałam pisać pracę i nic (nic, nic!) mi z tego nie wyszło. Znów jest jak w piosence:

‚Do łezki łezka

aż będę niebieska –

w smutnym

kolorze blue.

Jak chłodny jedwab 

w kolorze nieba 

zaśpiewam

kolor blue…’

Smutny jest dzisiaj ten mój kopenhaski kolor blue. Jest strasznie szaro, nie zanosi się na to, by miało wyjść – choć na chwilę – słońce. W jednym z najwcześniejszych postów na tym blogu – pod tytułem …i zmatowieje ten blask -zastanawiałam się, jak długo będzie trwać euforia związana z pobytem tutaj… trwała rzeczywiście długo. Ale – jak wszystko – powoli blakła, a to, co początkowo zachwycało – powoli stawało się rutyną. Dziś – w zasadzie wszystko tutaj – to dla mnie codzienność. Co nie zmienia faktu, że Kopenhagę nadal uważam za jedno z najpiękniejszych znanych mi miast (wbrew pozorom – zwiedziłam ich sporo: Delhi, Madryt, Amsterdam, Londyn, Berlin, Lwów, Wilno, Santiago de Tenerife i wiele innych mniejszych miast, miasteczek, miejscowości). A język duński, którego się uczę, z każdym dniem nauki jest coraz ciekawszy.

20160608_195915

Tak… Nie mam dzisiaj humoru. Nie mam nastroju. Nie mam weny. A jeszcze wczoraj tak się cieszyłam, słuchając muzyki. Jeszcze wczoraj tak się cieszyłam, ucząc się duńskiego. Jeszcze wczoraj byłam taka szczęśliwa i cała w uśmiechach, słuchając tego:

😦 

A dziś…? Muszę odtajać, dojść do siebie… Może poczytam tę z książek, która jest jedną z moich ulubionych.

IMG_0323

W bezsenną noc

‚Pamięć pamięta o pamięci

i pewnie nigdy nie przestanie.

Więc muszę – Ziemia wciąż się kręci

pożegnać tamto pożegnanie.

Zrobiłaś dłonią mały ruch

i powiedziałaś: usiądź, nie stój.

A to był gest. I tylko gest

i nic nie było oprócz gestu.

 

Wiedziałem już, co mówić chcesz,

i chciałem przerwać Ci w pół słowa,

bo Ciebie więcej niźli mnie

miała kosztować ta rozmowa.

Nie znaleźliśmy swoich ról

wśród powtarzanych słów zbyt wielu.

Bo to był ból. I tylko ból.

I nic nie było oprócz bólu.

 

Gdy nagle rozległ się Twój śmiech

w nieznanym, urywanym rytmie.

I pomyślałem sobie: niech – 

że wszystko jedno, byle szybciej.

Zmartwiałem i błagałem los,

aby zabrakło mi oddechu.

Bo to był śmiech. I tylko śmiech…

i nic nie było oprócz śmiechu.

 

Nagle urwałaś. Został chłód,

który już nie mógł nas zasmucić.

Bezgłośne znaki białych nut,

melodii, której nikt nie nuci.

Już się nie było czego bać.

Baliśmy się każdego dźwięku.

Bo to był lęk. I tylko lęk – 

i nic nie było oprócz lęku.

 

Uspokojony nagle tak

milczałem… tak jak Ty milczałaś.

Nie było nam milczenia brak, 

a cisza jest wyrozumiała.

Zaczęła niknąć Twoja twarz

za gęstniejącą mroku falą.

Bo to był żal. I tylko żal.

I nic nie było – oprócz żalu.

 

I jeszcze gorączkowy zryw,

by wszystko uznać za niebyłe.

Przypominałem sobie sny –

takie nieważne, takie miłe…

I nagle jedna jasna myśl,

że już zatrzymać Cię nie sposób.

Bo to był los. I tylko los.

I nic nie było oprócz losu…’

 

Kolejna bezsenna noc. Liczenie baranów odpada – w pewnym momencie straciłam rachubę, a nie usnęłam…Zioła, które przyjmuję – też niewiele mi pomagają. Nauka uszami zaczęła mi wychodzić, więc nic ani nikt mnie nie zmusi, żebym teraz wzięła książki i zaczęła czytać o neoliberalizmie albo Niemczech faszystowskich. Sięgnęłam po wiersze Jonasza Kofty – i pogrążyłam się w lekturze. Powyższy wiersz to mój zdecydowanie najulubieńszy. Na drugim miejscu plasuje się niezrównana ‚Radość o poranku’.

 

Lubię poranki. Szczególnie latem…. Mają w sobie jakąś magię. Tymczasem… walczę z bezsenną nocą. Kolejną bezsenną nocą.

 

 

Bardzo niedzielnie, choć pracowicie…

Niedziela. Piękne słońce, ale jest w sumie dość chłodno, toteż postanowiłam ograniczyć swoje wyjścia jedynie do Lidla (zakupy jedzeniowe). Dziś całą swoją energię pożytkuję na naukę duńskiego. Jutro czeka mnie pracowity dzień. Niestety. I będzie to jeden z ostatnich poniedziałków w København. Za dwa tygodnie będę już powoli szykować się do wyjazdu. Wczoraj z kolei odpoczywałam, oglądałam filmy (ach… stary, dobry Disney!). Ciesze się, ze dziś naszła mnie ochota do nauki – mniej więcej od ostatniej środy było z tą ochotą marnie.

image

Jak widać – uczymy się o jedzeniu :p Wyprawa do Lidla wynikła więc nie tylko z konieczności zakupu podstawowych produktów spożywczych, ale też z tego, że na myśl o słodkościach ślinka mi pociekła 🙂