Norreport Station

Kolejny ciekawy dzień za mną! Spędzony w miłym towarzystwie…

Tradycyjny już – spacer w kierunku uczelni. Przepisowe czterdzieści minut tuptania 🙂

 

 

 

 

(Biurowce – na szczęście nie aż tak naćkane jak warszawski mordor na Domaniewskiej)

Urocza kopenhaska kafejka – kawa cappuccino i ciasto marchewkowe (jedno i drugie bardzo mniam!) – i długa rozmowa. A potem spacer – połączony z zakupami. Wreszcie –  oświetlona, wieczorna stacja Norreport.

 

 

 

 

Na zakończenie dnia – Studenterhuset!

 

 

🙂

Dwa tygodnie minęły…

…jak z bicza strzelił. Coraz bardziej mi się tu podoba! 🙂 Każdy dzień przynosi coś nowego – niekiedy iście duńskiego 🙂

Dzisiaj akurat minął spokojnie – bez większych szaleństw. Głównie – na uczelni.

(Paczka od rodziców – zawsze cieszy! Zwłaszcza słodycze :p)
(Spacer do Saxo Institute)
(Duńczycy na ogół wożą dzieci w specjalnych koszach z przodu roweru)
(Pilnuj swoich rzeczy – kradną! Ostrzeżenie na moim Instytucie)

I am meek like a lamb

,,…potulna jestem jak baranek… i tylko mam nadzieję, że… że chyba wiesz, co robisz, Panie…” – nucę w ten bardzo deszczowy, bury i ponury dzień. Jakiś taki… nijaki. Piosenka Edyty Geppert chodzi dziś za mną krok w krok.

 

(Taki mam deszczowy widok z okna)
Uczelnia. Wykładowca zupełnie mnie rozczulił. Wie, że nie słyszę, więc przysiągł, że będzie pisał na tablicy. Póki co, słowa dotrzymuje, co niekiedy wygląda zabawnie: biega po sali wykładowej, dzierżąc w jednej garści kredę a w drugiej gąbkę do ścierania. Umówiłam się z nim, że w przyszłym tygodniu pójdziemy razem do sekretariatu uczelni, by upewnić się co do formy egzaminów – chodzi o to, by w moim przypadku, jak zapewne nietrudno się domyślić, przeważały pisemne nad ustnymi.
Potem – obiad w stołówce akademickiej, a wreszcie – biblioteka. I nauka. Na jej ,,niedobór” tutaj nie narzekam – jest co robić. Ten, kto powiedział, że Erasmus jest jedną wielką imprezą, chyba nigdy nie był na Erasmusie.
Weszłam do akademika przed półgodziną. A teraz – zabieram się za dalszą robotę.

 

(Plac Szkocki :p mijany codziennie pod drodze z ulicy Krymskiej /dom/ na ulicę Karen Blixen /uczelnia/ :p)
(Vasketeria! Podoba mi się to słowo. Po polsku ,,pralnia” brzmi jakoś… twardo i mało literacko :p)
(A takie kąciki mają studenci, żeby nie robili syfu w każdym najmniejszym zakątku uczelni. Tutaj zostawiają kubki po kawie, wywalają do kontenerów to, co mają wywalić… Generalnie: Ordnung muss sein :p)

 

 

(Wnętrze wydziałowej biblioteki i budynek mojego Instytutu oraz zachmurzone, kopenhaskie niebo – widziane z jej okien)
I dzisiejsze hiciory (ach, jak ja lubię robić te zestawienia!):
(Attention! Oddające kał psy zostaną sfilmowane! :p)
(Potrzebujesz stołka? To go sobie weź!)

Kopenhaski Dom Studenta

Studenterhuset. Tak to się po tutejszemu nazywa. Organizacja non – profit; studenci tworzą ją dla studentów. Mają w niej miejsce rozmaite eventy – dziś odwiedziłam ją przy okazji czegoś, co po duńsku nazywa się Loppemarked, a po angielsku Flea Market. Taki… pchli targ. Używane ciuchy, buty, torebki… I – tłumy studenckiej braci. Takie tłumy, że jak szłam kupić sobie kawę, to myślałam, że się nie przecisnę… Koniec końców dałam radę i przepyszne latte wypiłam 🙂

http://studenterhuset.com/

 

(Kobmagergade – powyżej i poniżej. Tu mieści się Studenterhuset)

 

 

(Mijane po drodze Muzeum Poczty i Telekomunikacji)

 

(Studenterhuset na zewnątrz i od wewnątrz)

 

 

Metro kopenhaskie jest metrem śmiertelnie drogim, toteż wszędzie maszeruję na piechotę. Przy okazji – fotografuję to i owo. Dziś w drodze powrotnej ze Studenterhuset uchwyciłam kościół stojący przy kopenhaskim deptaku Stroget.

Przeszłam również obok Akademii Muzycznej.
…jeszcze parę obrazków z dzisiaj:
(Hundesalon. Zatęskniłam za moją psiarnią… ❤ )
I coś, co mogę określić mianem hitu.
(Niektórzy jeszcze nie uprzątnęli Mikołaja – patrz kilka postów niżej.
A inni już handlują czekoladowymi zajączkami…)

…i zmatowieje ten blask

Ciekawa jestem, jak długo będzie trwać we mnie ta euforia, którą aktualnie odczuwam…? Wiem, że w pewnym momencie wszystko to, co teraz mnie tak cieszy – stanie się codziennością, skończy się zielony czas i zmatowieje ten blask, jak śpiewała Maryla Rodowicz w jednej z moich ukochanych piosenek. Na razie – jest cudnie. No po prostu cudnie. Dziś się wyspałam (nareszcie!), potem poszłam na spotkanie, które było bardzo udane. A potem – spacer do akademika. Jutro mam plan napięty, ale realny – najpierw Erasmusowy event, a potem… nauka. Niestety, w pewnym momencie trzeba i do niej zasiąść.

,,Za pewien czas,
gdy któreś z nas
odejdzie, zapomni,
zatrzaśnie – 
 
Zaczną się złe 
godziny mdłe.
Znikniemy sobie 
we mgle.
 
Za pewien czas,
gdy któreś z nas
odejdzie, odfrunie,
odpłynie – 
 
skończy się w nas
zielony czas
i zmatowieje ten blask.
 
A na razie fruwają motyle,
tego tego, tamtego też tyle.
A na razie wierzymy w baśnie
i jaśniej… 
i jaśniej…
 
A na razie kołyszą nas noce, 
a na razie kołyszą nas dni.
Choć już życia, psia mać, 
popołudnie – 
jest cudnie,
jest cudnie…
 
Za pewien czas,
gdy któreś z nas
odejdzie, zapomni,
zatrzaśnie – 
 
Zaczną się złe
godziny mdłe,
znikniemy sobie
we mgle.
 
Za pewien czas,
gdy któreś z nas
zawinie do portu
ciemnego.
 
Zaczną się łzy,
lamenty, żal
i zakróluje
zła dal.
 
 
A na razie fruwają motyle,
tego tego, tamtego też tyle.
A na razie wierzymy w baśnie
i jaśniej… 
i jaśniej…
 
A na razie kołyszą nas noce, 
a na razie kołyszą nas dni.
Choć już życia, psia mać, 
popołudnie – 
jest cudnie,
jest cudnie…
(M. Rodowicz ,,Jest cudnie”)
(Norreport)
(Kartka w akademiku pod drzwiami pokoju sąsiadującego z moim)
I hit na dzisiaj.
(W metrze: Twój pies musi mieć bilet dziecięcy. A jak mówię, że pies też człowiek, to mi nikt nie wierzy!)

Mój piątkowy Tłusty Czwartek :)

Wczoraj cała Polska pożerała pączki, a ja – zaaferowana, zajęta, zabiegana (nawiasem mówiąc – trzy ,,z”; niczym znane większości studentów ,,zakuć, zdać, zapomnieć”) – na śmierć o tym zapomniałam. Dziś postanowiłam to odrobić. Przy okazji konsumowania jakże pysznego obiadu w stołówce akademickiej, nabyłam – drogą kupna – poniższe:

 

Było bardzo mniam! 🙂 Wprawdzie to nie pączek, ale zawsze…. zawsze cuś 🙂

Dziś biegałam po mieście – zakładałam konto w Danske Banku, potem musiałam skoczyć na chwilę na Starówkę kopenhaską. ,,Chwila” okazała się być kilkoma godzinami – bardzo tu ładnie i lubię spacerować po Kobenhavn. Wprawdzie padało, ale – wyposażona w kurtkę z kapturem – stwierdziłam, iż istnieją raczej małe szanse na to, że się rozpuszczę.

Pozdrowienia! 🙂 I – na dobranoc – trochę zdjęć:

 

(Deszczowy Radhuspladsen. A na nim – również deszczowy – ratusz)
🙂

Ulica Krymska

No to ogarnęłam, przy jakiej ulicy mieszkam. Przy Krymskiej! Krimsvej to ulica Krymska. Stosunkowo niedaleko są takie jak Mediolańska, na ten przykład, Milanovej. Albo Palermovej. Palermiańska? Przy okazji – jak to jest z Warszawą? Warszawavej? Warsawvej? Akurat tego jeszcze nigdzie nie widziałam, ale… nikt nie powiedział, że się nie dowiem.

Dziś zdecydowaną większość dnia spędziłam na uczelni. Rano grzecznie potuptałam na nią z akademika (wszak czterdzieści minut tuptania z samego rana jeszcze nikomu źle nie zrobiło!). Po dwugodzinnych zajęciach pognałam do biblioteki, załatwić jedną rzecz, odfajkowałam jeden sklep (bynajmniej nie w bibliotece), po czym podrałowałam na spotkanie z dwiema koleżankami. Kawka i ploteczki – tak, to zdecydowanie jest to, co studentki lubią najbardziej! 🙂

Właśnie skończyłam się uczyć, bo przecież jutro czeka mnie kolejny pracowity dzień. I, niestety, z tego powodu nie mogę sobie pozwolić na to, by przebalować całą noc – ciężka nauka wzywa.

Bed, bed, I couldn’t go to bed…
I porcyjka zdjęć z dzisiaj. Mała, bo mała, ale zawsze jest to cuś…
 
(Takie miejsca odpoczynku mamy w Instytucie)
(To? To jest fragment księgozbioru instytutowej biblioteki. Widziany z oddali)
(Stoliczku, nakryj się!)
(Powyżej i poniżej: jedna i ta sama sala wykładowa. Dziś były w niej zajęcia)
I hity. Drugi z hitów przebił chyba wszystkie dotychczasowe.
(Coś się Świętemu nie spieszyło… w lutym do Kobenhavn zawitał :p)
(Hit wszystkich hitów. Spis przedmiotów oferowanych przez jednego z wykładowców. Proszę zwrócić uwagę na cztery pierwsze przedmioty.)

Dziś rano cały świat kupiłam…

Korzystając z przepięknego, słonecznego dnia – wybrałam się na długą wędrówkę po Kopenhadze. Poczułam, że – tak, jak Krzysztof Kamil Baczyński pisał w wierszu o szczęściu – ,,dziś rano cały świat kupiłam”. Ten dzień pozytywnie mnie naładował. Długi spacer (na nogach od 10.00 do 17.00.; z przerwą na obiad) w słońcu – był naprawdę cudowny. Wprawdzie na zdjęciach aż tak bardzo tego słońca nie widać (skubane – chowało się, gdy wyciągałam telefon, by cyknąć fotkę!), to mogę powiedzieć: jestem dziś szczęśliwa.

 

(Szkoła – mijana po drodze)
(Budynki mojego wydziału)
(Akademik. Niestety, nie mój.)
(Jeden z kopenhaskich zaułków)
(Nyhavn)
(Nyhavn)
(DanHostel przy Andersens Boulevard – mój ,,dom” przez pierwszy tydzień pobytu)
(Domy przy Andersens Boulevard)
(Słonecznie…)
I hity – na dzisiaj.
(Wystawa mijana po drodze do miasta. Reklama… dźwignią handlu?)
(PISSOIR)

Pierwszy dzień na uczelni. Jak zostałam obywatelką Danii. Zdjęcia.

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Umierałam ze strachu przed dzisiejszym dniem, a okazało się, że nie taki Erasmus straszny, jakim go sobie wyobrażałam. Budynek mojego wydziału jest bardzo nowoczesny i… przytulny. Sympatyczni wydają się wykładowcy. Uprzedzeni przeze mnie mailowo o moim problemie ze słuchem, nie tylko nie robili mi dziś kłopotów, ale też porozmawiali ze mną o tym – dostali stosowne instrukcje w stylu: nie stajemy tyłem, mówimy wolno i głośno, nie zakrywamy ust, bo czasami posiłkuję się czytaniem z ruchu warg et caetera.  Cóż… powoli zaczyna mi się chyba tu podobać.

Poszłam do księgarni kupić podręcznik i nagle usłyszałam: ,,Cześć”. Okazało się, że kolega z wykładu odrobinę mówi po polsku. Było wesoło. Niewątpliwie plus jest tym większy, że jest on bodaj jedną z niewielu poznanych tu dotąd osób, które są w stanie wymówić moje imię.

Dziś również zostałam duńską obywatelką. Przynajmniej tymczasową 🙂 Odstanie dwóch i pół godziny w kolejce do urzędu – opłaciło się. Wydano mi tzw. CPR – number, przyznano duńskiego lekarza, zapowiedziano, że duński ,,dowód tożsamości” przyjdzie do mnie pocztą w ciągu dwóch tygodni. Cóż… pozostaje czekać.

Poniżej – trochę zdjęć.

 

(Mój kopenhaski pokoik)
(Aneks kuchenny w pokoju)
(Antresola)
(Wnętrze mojego Instytutu – Saxo Institute)
I … dwa moje dotychczasowe hity.
(Toilet – Golf. Umarłam, jak to zobaczyłam)
(No, hej! :p)

Przenosiny do akademika

O dziesiątej wymeldowałam się z hostelu. Jakieś piętnaście minut zajęło mi dojście na stację metra; z przesiadką jechałam jakieś dwadzieścia (minut, rzecz jasna). Wyszłam z metra i o ile samą ulicę Krimsvej znalazłam stosunkowo łatwo, o tyle znalezienie akademika (mieszczącego się pod numerem 29) zajęło mi już więcej czasu – z tego względu, że wśród nowych osiedli, budujących się domów, akademik – sam będący tak naprawdę w budowie – po prostu wtapia się w tło.

Wtaszczyłam walizę do poczekalni, dostałam klucz i… musiałam czekać. Spędziłam tam trzy godziny. W tym czasie osoba, zajmująca pokój przede mną, zdążyła się wyprowadzić, jak również zostało w pokoju posprzątane.
Własna łazienka, aneks kuchenny z lodówką, niewielka antresola… Dziś już nie mam siły zamieszczać zdjęć, tym bardziej, że po wprowadzeniu się do pokoju musiałam gnać po zakupy, a potem wypakować swoje rzeczy.
Oczy mi się kleją…
Dobranoc.