I do przodu… I trochę zdjęć:)

Kolejny ,,kopenhaski” dzień za mną. Muszę przyznać, że bardzo odpowiada mi nauka w instytutowej bibliotece. W ogóle odpowiada mi mój Saxo Institute. Jest bardzo kolorowo w moim instytucie – tu czerwień, tu żółć, tu zieleń 🙂  Przygotowując się na wtorkowe (tak, wtorkowe; poniedziałki mam wolne!) zajęcia – popijam kawę i cieszę się, że mogę tu być:)

Dziś po zajęciach byłam na Stroget – sytuacja życiowa zmusiła mnie do kupna torebki :p Tak, wiem, jestem pod tym względem typową przedstawicielką płci ładniejszej.A tak na serio – chciałam po prostu mieć co niewielkiego, w co wsadzę tylko klucz do pokoju – i ruszę na podbój miasta! I – tutaj napiszę: dzień jak co dzień, bowiem z powrotem tradycyjnie przytuptałam na Krimsvej na piechotę 🙂

Dziś, niestety, nie będzie hitów, na które pewnie część z czytelników bloga czekała. Po prostu nie zawsze uda mi się jakieś hity ,,złapać”.

(Zdjęcia powyżej – wnętrze Saxo Institute)

 

(Amager nocą)
(Najbliższa mojego miejsca zamieszkania stacja metra by night)

 

Pod niebem biało – czarnym

,,Świat mój – tak zwyczajny… Pod niebem biało – czarnym…” – śpiewała Edyta Górniak w piosence ,,To nie ja”.  Właśnie… Jaki jest tutaj, w Kopenhadze, mój świat?

Wiem już jedno: ten, kto mówi, że Erasmus jest jedną wielką imprezą, sam chyba nigdy nie był na Erasmusie. A nawet jeśli był – to na pewno nie tu, gdzie ja jestem aktualnie. Imprezy mają miejsce, owszem, ale – dużą, a wręcz bardzo dużą, wagę przykłada się do nauki. Sporo czasu spędza się w bibliotekach – i w zasadzie robią to wszyscy. Inna rzecz, że zajęcia (a przynajmniej moje; broń Boże nie generalizuję, bo nie wiem, jak jest z pozostałymi!) są prowadzone przez pasjonatów. Widać, że moi wykładowcy kochają to, co robią… i chcą się swoją wiedzą dzielić.
Kopenhaga – jako miasto – jest śliczna. Nie wiem, może ja się nazbyt nią zachwycam, ale ona wydaje mi się taka…  intymna. Wiem, że przede mną jeszcze sezon letni – no, a wraz z sezonem letnim: turyści, turyści, turyści – ale – póki co – miło jest spacerować kopenhaskimi uliczkami … i marzyć, dużo marzyć 🙂 nawet przy mało sprzyjającej pogodzie – zimnej, śnieżnej. Nawet, gdy niebo jest niemal rzeczywiście biało – czarne, gdy pada deszcz…
Jak więc widać – niby to zwyczajny świat studentki, która spędza czas na stypendium. Jednak – myślę, że jest to taki piękny czas, kiedy jeszcze się studiuje… i jest jeszcze trochę tej beztroski.
Jeszcze jedno. Dziś otrzymałam duńską kartę bankomatową i duński ,,dowód osobisty”. Mogę uznawać się za prawdziwą Dunkę :p
I – niemal codzienne – hity.

 

(,,Koszyk” to po duńsku kurv. Dobrze wiedzieć!)

 

(Moja następna lektura :p Danish version of ,,Don Kichote” :p)
(Tak, tak! Bez wątpienia Ekstra Bladet!)

,,Co dzień szczęście zdarza się ludziom…"

,,… i trwa chwilę, dwie, 
albo wiek…”

Dzisiejszy dzień – był jak najbardziej udany. Spędzony w dwóch bibliotekach – najpierw instytutowej, później – miejskiej. Powrót na Amager przez wieczorną Kopenhagę – znów magicznie oświetlony Sondre Kampus… Tak, jak nocą wygląda miasto, wyobrażałam sobie ilustrację (teledysk?) do cytowanej tak w tytule niniejszego posta, jak i w treści powyżej, piosenki Zdzisławy Sośnickiej.

Każdy dzień tutaj – przynosi coś nowego. Czasem coś bardziej, czasem mniej przyjemnego, ale… świadomość, że jestem tu sama, że moi najbliżsi są w Polsce, sprawia, że, choćby nie wiem co – muszę sobie dawać radę. Tak, łatwo powiedzieć, że ,,staram się”, wszak ,,dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”, lecz przecież nie usiądę i się jakże efektownie nie rozpłaczę. We wszystkim, co mnie spotyka, staram się widzieć choćby mgiełkę optymizmu.

Filozofuję? Wiem. Ale między innymi po to założyłam tego bloga, żeby dać czasem upust mojemu ,,filozofowaniu”.  Żeby czasem móc się ,,oczyścić”, wyrzucić z siebie pewne myśli – czasem bardziej, a czasem mniej potrzebne, przydatne…

 

(Egzemplarz wydziałowego organu prasowego. Dziś próbowałam czytać po duńsku)

 

(Takie cudo wisi w Saxo Institute)

 

(Dwa z trzech poziomów biblioteki instytutowej)

 

(Tablica ogłoszeń na wydziale)

 

(Wieczorny Skotland Plads)

 

(Wieczorne domy na Krimsvej)
(Wspomnienie Walentynek! McFlurry <3)
I hity.

 

(Śmiejące się lustro. Chyba bałabym się w to inwestować)
(Wielkanocnych jajek – niespodzianek widziałam, wydawać by się mogło, całkiem sporo.
Ale jajko – niespodziankę rodem z Gwiezdnych Wojen widzę chyba po raz pierwszy)

Dzisiejszy wieczór… tak bardzo magiczny

Jeśli napiszę, że znaczną część dnia spędziłam na uczelni, to pewnie nikt się nie zdziwi, bo robię to codziennie – i nietrudno się domyślić, że jutrzejszy dzień znów będzie dniem jakże owocnym, spędzonym – w bibliotece.

Dziś przyjrzałam się wieczornemu kampusowi uniwersyteckiemu – północnemu kampusowi Uniwersytetu Kopenhaskiego. Tak, słynny Saxo Institutett (Saxo Institute) wchodzi w skład kampusu północnego (Sondre Kampus, Kobenhavns Universitet). Wieczorem – oświetlony, wyglądał bajecznie…

Spacerując po wieczornym Amager – zobaczyłam na jednym z domów… iluminację świetlną? W każdym bądź razie – coś a la iluminacja.
I – oczywiście – hity.

(Odkrycie! Czeska książka o historii gospodarczej Polski – w zasobach Biblioteki Uniwersytetu Kopenhaskiego!)

(I niech mi ktoś teraz powie, że język duński nie jest piękny…)

(Zadanie – odbudować WTC)

Wiatry niosą mnie – wysoko

Dziś wiatry znów zaniosły mnie do biblioteki… nauka tutaj zajmuje mi więcej czasu niż w Polsce, jak również wymaga ode mnie więcej skupienia, ale tak to jest, jak się chciało człowiekowi studiować w obcym języku! Pan Profesor zostawił książkę w wydziałowej bibliotece, a żuczek zwany H. (czyli nie kto inny, tylko ja!) pognał do biblioteki, żeby się z treścią owej książki zapoznać. I tak się zapoznawał – przez bite cztery godziny.

 

 

 

 

 

 

(Napis ,,Bibliotek” nie znajduje się nad moją biblioteką wydziałową, lecz nad biblioteką miejską dzielnicy Islands Brygge. Książka na ilustracji jest kolejną, za którą się wezmę. Białe bannery wiszą w Saxo Institutett)
Później – z racji tego, że musiałam odwiedzić deptak, czyli Stroget, i coś kupić na Kobsmagergade, też popstrykałam trochę zdjęć.
(Dom na Islands Brygge, w drodze na Stroget. Bardzo podoba mi się ta ,,dziura”)

 

 

 

 

 

I dzisiejsze hity.
(Język polski! O, jak miło!)

 

(Super Duper. Chyba zacznę uczyć się duńskiego! Bardzo podobają mi się te napisy :p)

 

(No taaak…)

 

(Odpowiednik polskiego: Red Bull doda Ci skrzyyydeł! :p)
(Sposób na zawieranie znajomości w akademiku)

Walę (w) tynki :p

Kopenhaski 14.02. Małe rozpusty – krówki z Milanówka, kawa, McFlurry. I dużo spacerowania, żeby to wszystko spalić! 🙂

 

I – na koniec – jedna z lubianych przeze mnie piosenek. Dedykowana mojej Przyjaciółce, którą dziś spotkało Wielkie Szczęście :*

Sobota – tym razem pracowita – biblioteczna

Z rana – zaskoczenie, bo  śnieg. Droga do wydziałowej biblioteki – biała.

Uczelnia – pusta.

Zajmuję miejsce wśród książek i biorę się za naukę.

Po wyjściu – stwierdzam, że wypadałoby napić się kawy.
Niedługo potem – śniegu już prawie nie ma. Za to świeci piękne słońce.
Ruszam na zakupy.

 

(,,Tak” to po duńsku ,,dziękuję”)

 

(Cześć, Kopenhago! :p)

 

(Wieczorny Stroget)

 

(Okrągła Wieża. Kobmagergade)

 

(Kobmagergade)

 

(Duński ,,Kubuś Puchatek”)

 

(Tobak og vin. Tytoń i wino?)
(Lidl. Podstawa egzystencji erasmusowców)

Amager Strand. Czy naprawdę już nie ma dzikich plaż?

Kiedyś musi być ten pierwszy raz… Więc dziś zaliczyłam swoje dwa ,,pierwsze razy”.

Po pierwsze – pierwszy raz w Kopenhadze – strasznie zaspałam, więc na uczelnię gnałam niemalże na skrzydłach, co opłaciło się o tyle, że wpadłam na salę wykładową jakieś cztery minuty przed rozpoczęciem zajęć.
Po drugie…. czy kiedykolwiek pisałam na niniejszym blogu, że mieszkam bardzo blisko plaży? Amager jest bowiem jedną z wysp, na których położona jest Kopenhaga, a to, co kryje się pod tytułem tego posta – Amager Strand – to nic innego jak plaża (w) Amager. Rzeczoną plażę mam pod nosem niemalże – wystarczy tylko przejść przez ulicę. Dziś pierwszy raz byłam na plaży – ot tak wybrałam się na spacer. Pływały łabędzie, nawet przez chwilę zaświeciło słońce…
,,Puste plaże Juraty,
zasnęły kosze już.
Tylko facet zawiany
podpiera nosem słup.
Szarą płachtę gazety
unosi w górę wiatr,
dzisiaj nikt nie odczyta,
co nam donosił świat.
 
Serce gryzie nostalgia,
a duszę ścina lód.
W radiu śpiewa Mahalia
swój czarny smętny blues.
 
Hotel wolnych pokoi – 
w recepcji pająk śpi.
W torby wkładam powoli
okruchy tamtych dni…
 
Już nie ma dzikich plaż 
na których zbierałam 
bursztyny,
gdy z psem do Ciebie szłam,
a mewy ósemki kreśliły,
kreśliły.
 
Już nie ma dzikich plaż 
i gwarnej kafejki przy molo,
niejedna znikła twarz
i wielu przegrało swą młodość,
swą młodość. 
 
Wsiadam w pociąg powrotny,
ocieram jedną łzę – 
ludzie są samotni,
czy tego chcą, czy nie. 
 
Patrzę w oczy jesieni,
nad morzem stada chmur.
Pejzaż mojej nadziei
umyka mi spod kół. 
Serce gryzie nostalgia,
a duszę ścina lód.
W radiu śpiewa Mahalia
swój czarny smętny blues.
 
Hotel wolnych pokoi – 
w recepcji pająk śpi.
W torby wkładam powoli
okruchy tamtych dni…
 
Już nie ma dzikich plaż 
na których zbierałam 
bursztyny,
gdy z psem do Ciebie szłam,
a mewy ósemki kreśliły,
kreśliły.
 
Już nie ma dzikich plaż – 
starego sprzedawcy
pamiątek 
i tylko w szumie traw
znajduję ten cichy zakątek,
zakątek. 
 
Już nie ma dzikich plaż 
i gwarnej kafejki 
przy molo. 
Niejedna znikła twarz 
i wielu przegrało swą młodość,
swą młodość…”
 
/K. Logan – Tomaszewski ,,Już nie ma dzikich plaż”/
 

 

 

 

 

 

 


 

Niewidzialna siła

Dziś brałam udział – wraz z niektórymi innymi ,,erasmusowcami” – w spotkaniu organizowanym przez organizację mentorską, która sprawuje tu nad nami opiekę. Obejrzeliśmy duński film, który święcił triumfy bodaj w Cannes w 1998 roku (duński tytuł to Festen, angielski – The Celebration). Oto wiejska posiadłość zacnej rodziny staje się miejscem hucznych obchodów okrągłych – bo sześćdziesiątych – urodzin pana domu. Podczas wielkiej fety wychodzą na jaw rodzinne sekrety – a bynajmniej nie zawsze są wygodne.

(Poranne niebo nad Amager)

 

(Radhuspladsen)

 

 

 

 

 

(Fiolstraede)

 

(To nie te czasy, Arlekinie, nie te czasy…)

 

(Tam, gdzie się kończy horyzont, leży nieznany ląd – 
Ziemia jest trochę garbata, więc go nie widać stąd…)
 

 

(Z pokoju mentorów 🙂 )
,,Prowadzi mnie od lat niewidzialna siła,
która nadaje sens i każe trwać.
Niewiele mam – tak mało, a przecież tyle,
dlatego wiem, co chciał powiedzieć wiatr…”
 
Tak, wiem, znowu będzie poetycko. Ale cóż poradzę na to, że taka właśnie jestem…? Coś faktycznie mnie tu prowadzi w tej Kopenhadze i skądś biorę tę siłę na kolejny dzień przetrwania.  A może to po prostu kwestia przyzwyczajenia? Sama nie wiem. Owszem, chwilami łapie mnie nostalgia, lecz – jest zdecydowanie lepiej niż było te dwa tygodnie temu.