Ale to już było…

Ojej, to już we wtorek opuszczam moją piękną Kobenhavn??!! Dziś sobie to uświadomiłam… Bolesna to świadomość.

Bywało, że beczałam do poduszki. Bywało, że ryczałam rodzicom na skajpie, że chcę do domu. Bywało, że chciałam rzucać wszystko, pakować manatki i… zaliczać coming back do Podkowy. Ale – czuję, że będę za Kobenhavn tęsknić ❤ Czuję? Ja już tęsknię.

‚Czasem trafił się wielki raut

albo feta proletariatu. 

Czasem podróż w najlepszym z aut,

częściej szare drogi powiatu.

Ale to już było

i nie wróci więcej…’

20160624_141328

Poznałam świetnych ludzi.

Zobaczyłam piękne miejsca w pięknym mieście ❤

Liznęłam trochę języka duńskiego i tak bardzo się z tego cieszę.

Byłam studentką świetnych wykładowców i jestem z tego naprawdę dumna – to zaszczyt uczyć się od ludzi o tak wielkiej wiedzy i ogromnej pasji.

Odrobinę podszkoliłam swój angielski.

Dzisiaj oficjalnie rozpoczęłam wakacje. Wprawdzie muszę jeszcze pozdawać egzaminy i poddawać prace, ale jest na to mimo wszystko trochę czasu.

Ojej, aż się wzruszyłam… Nie przypuszczałam, że aż tak się wzruszę.

O pobycie w Kobenhavn przypominać mi będzie moje Małe, drobne szaleństwo ❤I e – mail, który dziś dostałam od jednego z wykładowców… Od tego wykładowcy, o którym pisałam: …życie jak słońce się złoci.

Wypiłam dziś w mojej ulubionej kafejce Nutid mrożoną chai latte.

IMG_20160624_145059

Dziś – po raz ostatni byłam w Statens Arkiver. Po raz ostatni zajrzałam do Kongelige Bibliothek…

Norrebro. Superkilen. Assistens.

Daliśmy sobie dziś z Myszem w d***. Uparłam się zobaczyć obchodzący dziś czwarte urodziny park Superkilen, położony przy Norrebrogade, a więc w dzielnicy Norrebro. Oczywiście, do głowy mi nie przyszło, żeby sprawdzić gdzie dokładnie ten park jest. Zdałam się – jak to ja – na żywioł. ‚Żywioł’ to dziś było 10 kilometrów w jedną i 10 kilometrów w drugą stronę. Nie czuję nóg, tyłka, niczego.

Dokładny adres Superkilen to Norrebrogade 210. Pod tym linkiem znajdziecie zdjęcia i opis obiektu. Powiem szczerze, że na mnie Superkilen zrobiło wielkie wrażenie – najlepiej jest jednak – tak – jak widać na stronie do której prowadzi link – przyjrzeć się mu ‚z powietrza’, bo wtedy widać jak na dłoni tę różnorodność, tę mozaikę.

20160623_14502220160623_14533220160623_14534320160623_14534820160623_14565320160623_14570020160623_150539

VI ELSKER NORREBRO KOCHAMY NORREBRO

Wracając – zahaczyłam o Assistens Kirkegard (Assistens Cemetery), stary kopenhaski cmentarz. Spoczywają tam między innymi Hans Christian Andersen i Soren Aabye Kierkegaard. Grób Andersena znalazłam. Grobu Kierkegaarda nie udało mi się odnaleźć. Przy okazji – natrafiłam na duńskie tłumaczenie wiersza ‚Do not stand at my grave and weep’ (po polsku: ‚Nie stój nad mym grobem [i nie roń łez]’, Mary Elizabeth Frye). Zamieszczam je poniżej:

‚Stå ikke ved min grav og græd.

Jeg er der ikke, kig ikke ned.

Jeg er de vinde, som ingen kan se.

Jeg er diamantens glimt i sne.

Jeg er solen på marker og hegn.

Jeg er den blide efterårsregn.

Når du vågner op ved morgengry,

er jeg den glade flok bag sky

af stille fugle over tage og tinder.

Jeg er de stjerner der funkler og skinner.

Stå ikke ved graven i sorg og nød.

Jeg er der ikke. Jeg er ikke død.’

 

 

Ostatni dzień nauki duńskiego :(

Wszystko, co dobre, ZBYT szybko się kończy! Tak było i z moim kursem języka duńskiego w Kobenhavns Sprogcenter. Dziś zakończyłam tę świetną przygodę. Poza tym – wysłałam do Polski kolejną pracę zaliczeniową i tym samym – Bogu dziękować! – zostały mi już tylko trzy prace plus magisterium. Nie ukrywam, że troszeczkę zazdroszczę tym koleżankom i kolegom, którzy już są magistrami. Że już wszystko, wszystko, wszystko – mają za sobą… Lecz – póki co – marzę o wakacjach. Jestem zmęczona, naprawdę. Ale dziś się cieszę. Mam lepszy humor.

Czekając na duński, zostawiliśmy z moim niemieckim kolegą poczęstowani… krówkami ❤ Powiedziałam mu, że krówki to nie tylko cukierki z Polski, ale i z Milanówka, który jest położony niedaleko mojej Podkowy Leśnej. Kiedy wziął do ust ten cukierek, skrzywił się i stwierdził:

– Cholera, strasznie to – to słodkie!

🙂

20160622_201203

SYF zwany AKADEMIKIEM

Nadszedł czas, by napisać coś więcej o syfie, w którym nie tylko ja, ale i inni studenci programu Erasmus wytrzymaliśmy pół roku, a niektórzy nawet dłużej (tych to wręcz podziwiam!). Syfie zwanym akademikiem. 

Miało być pięknie – kawiarnia, sala fitness, ‚pokój wspólny’, pralnia et caetera. Jak było? Było jednym wielkim placem budowy. Owszem, uprzedzano nas, że będą prowadzone prace, ale miały się one skończyć w lutym. Żeby była pełna jasność – trwają nadal w najlepsze. A jedyny plus tego syfu? Bliskość plaży!

– młoty pneumatyczne o godzinie 6.00. w dzień powszedni, a o 8.00. w weekendy (tak w soboty, jak w niedziele) – podłogi w pokojach nam tańczyły, dosłownie. Pomijam już fakt, że duńskie prawo mówi o tym, iż nie wolno zaczynać jakichkolwiek prac budowlanych przed godziną 7.00. rano w dni powszednie. Od kilku dni nadbudowują kolejne piętro. Kiedy zwróciliśmy się do administracji z informacją, iż przeszkadzają nam te młoty, dostaliśmy grzecznego maila, że mamy to nagrać (tak. NAGRAĆ), a może im uda się namierzyć, kto wali tym młotem.

– kawiarnia – było coś a la kawiarnia przez – uwaga – miesiąc, ale było dość drogie i jeśli w ogóle się tam chodziło, to wyłącznie po to, by się napić kawy, bo na jedzenie (które i tak odgrzewano w mikrofali, ale nieznacznie, bo ponoć było strasznie zimne; nie wiem, nie jadłam) w zasadzie nikogo nie było stać.

– drzwi wejściowe otwarte 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu – myślałam, że się przewrócę, jak któregoś razu wróciłam do rzeczonego syfu około godziny pierwszej w nocy i zastałam drzwi wejściowe otwarte; mógł wejść każdy…

…i – jak się okazało – wchodził– ponieważ w zasadzie nie było dnia, by na ścianach nie pojawiło się nowe graffiti. Było tego od cholery i trochę –  do wyboru, do koloru, fioletowe, wściekle czerwone itepe, itede. Na ścianach, na podłodze, wszędzie.

– alarmy pożarowe – zaliczyliśmy chyba z dziesięć, wszystkie fałszywe. Po kilka w ciągu dnia, czasem nawet późnym wieczorem, wręcz nocą. Teraz – w lato – stanie na dworze nie było aż tak uciążliwe, ale w marcu na przykład marzliśmy. Ktoś z nas w końcu przytomnie zauważył, że jeśli w końcu rzeczywiście coś się stanie, to zwyczajnie nikt nie zareaguje, bo wszyscy będą myśleli, że to kolejny fałszywy alarm. 

– byliśmy tak naprawdę pozostawieni sami sobie – recepcja czynna w dni powszednie od 9.00. do 15.00.  Niby jakiś telefon kontaktowy był, ale praktycznie nigdy nie działał. A było naprawdę kilka takich sytuacji, w których aż się prosiło, by ktoś nam pomógł. Oto przykłady:

  • leniwy wieczór piątkowy, kolega z Brazylii prosi na facebooku o pomoc, bo z miejsca, gdzie były ‚schowane’ wszelkie instalacje (na przykład prąd) wycieka woda.
  • godzina 23.00 w którąś sobotę – moja koleżanka rodem z Sydney słyszy walenie do drzwi swojego pokoju; za drzwiami stoi kolega i prosi o pomoc, bo zatrzasnęły mu się drzwi do pokoju. Na pytanie, czy karta (‚klucz’) została w środku, pada odpowiedź, że nie, że on ją ma, ale nie działają drzwiTen chłopak przez dwie noce musiał spać w kuchni (szumnie zwanej ‚pokojem wspólnym’), aż w poniedziałek udało się drzwi odblokować.

– zatrzaskujące się drzwi – jak komuś się zatrzasnęły, miał przerąbane. Zasadniczo technicy nie mieli w zwyczaju zjawiać się wcześniej niż o godzinie 21.00. Więc do wyboru się miało kuchnię względnie przebywanie kątem u znajomych. Za otwarcie drzwi potrącano 1000 DKK (500 zł).

– światło na korytarzach – najczęściej paliło się dzień i noc. Jednak koleżanka z USA opowiadała nam coś, co nas zmroziło. Otóż w ubiegłym semestrze wracała do syfu bardzo późną nocą i nie było żadnego światła. Na swoje trzecie piętro szła po omacku, po ścianie. Balustrady przy schodach do tej pory kończą się na drugim piętrze, dalej masz normalne, regularne haki wystające ze ściany. I weź się na to nadziej ręką…

– zakwaterowanie razem z – uwaga – robotnikami wykonującymi tę budowę. Palili papierosy w budynku, na przykład. Mimo zakazu palenia. Urządzili z trzeciego piętra skład materiałów budowlanych. Dosłownie. Koleżanka to nagrała telefonem komórkowym.

– któregoś pięknego dnia wracamy z Myszorem z uczelni i co widzę: wszystkie rowery stojące pod akademikiem leżą rozrzucone na ziemi dookoła stojaków. Komuś widocznie zawadzały, więc je – uwaga – przepchnął. Część bicykli została uszkodzona. Właściciele nie usłyszeli nawet słowa ‚przepraszam’.

– fetor nieziemski po prostu – brak wentylacji na korytarzach. Perfuma, że daj Panie Boże. ‚Ożywczy powiew kanalików’ – jakby to powiedziała jedna z osób z mojego najbliższego otoczenia.

Jestem zdenerwowana, zmęczona, wykończona… nikomu nie życzę mieszkania w czymś takim! Jedna z koleżanek mówiła, że po pierwszym semestrze część nieszczęśników stąd uciekła. Ona została, bo obiecywano, że ma być dobrze, już dobrze. Akurat!

 

 

 

 

 

 

Helka! Szalej dalej!

‚Ewo, szalej dalej’ to piosenka z filmu ‚Szaleństwa panny Ewy’, znowuż made by wspomniany już na tym blogu Wojciech Młynarski. A ja – skończywszy pisać kolejną pracę zaliczeniową przywiezioną z mojego pięknego Kraju Ojczystego – będąc pod wpływem pożegnanych wczoraj dwóch koleżanek – Heidi i Clare – które wróciły dziś do swojej Australii (studiują w Sydney; Clare jest rodowitą Nowozelandką) już wiem, że chcę – w niedalekiej przyszłości – pozwiedzać trochę świata. Póki co – ograniczę się do Europy (Sztokholm, ale wcześniej Londyn). Nie wykluczam jednak wypadów – że tak powiem – gdzieś dalej. (Helka! Szalej dalej! – powtarzam sobie.)  Trochę zaszalałam, będąc tutaj… nie ukrywam. To szaleństwo, które cieszy mnie najbardziej, wspominałam w poście Małe, drobne szaleństwo ❤.

Co mi dał ten wyjazd? Czyli krok ku podsumowaniu, bo takie większe podsumowanie mam zamiar wysmażyć w przyszłym tygodniu – najprawdopodobniej już z PL:

  • trochę większą pewność siebie, jednakowoż, aczkolwiek nie stałam się jakąś bardzo śmiałą osobą.
  • mój angielski – nawet jeśli tylko odrobinę lepszy, to jednak lepszy – z tego względu, że cały czas tak naprawdę musiałam się dogadywać tutaj po angielsku, a nic tak nie poprawia zdolności posługiwania się danym językiem, jak praktyka.
  • podstawy duńskiego – to mnie cieszy najbardziej.
  • nowe znajomości – Dania, Austria, Włochy, Hongkong, Szwecja, Niemcy, Australia, Stany Zjednoczone, Kanada, Wielka Brytania.

Minusy:

  • użeranie się z syfem zwanym górnolotnie ‚akademikiem’ (to jest wręcz temat na oddzielnego posta).
  • drogo, drogo, bardzo drogo.

Resztę plusów i minusów opublikuję w przyszłotygodniowym podsumowaniu.

WP_20160423_028.jpg

 

 

Urywek z Szymborskiej

Wyszperałam dziś – przypadkiem – tekst jednego z wierszy naszej noblistki, a w nim – słowa:

‚Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.’

Nawiązując do mojego poprzedniego posta (tak, dzisiejszego). Ja mam nadzieję, że to złe samopoczucie – minie.

Ha! Robię swoje!

‚Raz Noe wypił wina dzban
I rzekł do synów: Oto
Przecieki z samej Góry mam-
Chłopaki, idzie potop!

Widoki nasze marne są
I dola przesądzona,
Rozdzieram oto szatę swą-
Chłopaki, jest już po nas!

A jeden z synów- zresztą Cham –
Rzekł: Taką tacie radę dam:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Póki jeszcze ciut się chce,
Skromniutko, ot, na własną miarkę
Zmajstrujmy coś, chociażby arkę! Tatusiu:
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Raz króla spotkał Kolumb Krzyś,
A król mu rzekł: Kolumbie,
Pruj do lekarza jeszcze dziś,
Nim legniesz w katakumbie!

Nieciekaw jestem, co kto truć
Na twoim chce pogrzebie,
Palenie rzuć, pływanie rzuć
I zacznij dbać o siebie!

A Kolumb skłonił się jak paź,
Po cichu tak pomyślał zaś:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce!
I zamiast minę mieć ponurą,
Skromniutko, ot, z Ameryk którą- odkryjmy…
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Napotkał Nobla kumpel raz
I tak mu rzekł: Alfredzie,
Powiedzieć to najwyższy czas,
Że marnie ci się wiedzie!

Choć do doświadczeń wciąż cię gna,
Choć starasz się od świtu,
Ty prochu nie wymyślisz, a
Tym bardziej dynamitu!

A Nobel spłonił się jak rak,
Po cichu zaś pomyślał- jak?

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
póki jeszcze ciut się chce!

W myśleniu sens, w działaniu racja,
Próbujmy więc, a nuż fundacja- wystrzeli?
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Ukształtowała nam się raz
Opinia, mówiąc: Kurczę,
Rozsądku krztyny nie ma w was,
Inteligenty twórcze!

Na łeb wam wali się ten kram,
Aż sypią się zeń drzazgi,
O skórze myśleć czas, a wam?
Wam w głowie wciąż drobiazgi!

Opinia sroga to, że hej,
Odpowiadając przeto jej:

Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!
Bo jeżeli ciut się chce,

Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa- Kochani,
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Może to coś da- kto wie?

Rodacy!
Róbmy swoje!
A Ty, Widzu, brawo bij!
Róbmy swoje!
A Ty zdrowie nasze pij!
Niejedną jeszcze paranoję
Przetrzymać przyjdzie- robiąc swoje! Kochani,
Róbmy swoje! Róbmy swoje!
Żeby było na co wyjść!’

Dziś zaczynam – w zasadzie – ostatni tydzień (no dobra, ostatnie półtora tygodnia) pobytu w Kopenhadze i tak się złożyło, że akurat dziś mam wenę. Wprawdzie jak najbardziej planuję iść dzisiaj na lekcję duńskiego (niestety, cały czas ćwiczę jeden aparat!), a wcześniej – podjechać do biblioteki i oddać książki, niemniej jednak większą część dnia spędzę przed ekranem laptopa, pisząc prace zaliczeniowe. Muszę skończyć drugą z kolei i – zacząć następną 😦 Robię swoje, robię swoje i jeszcze raz: robię swoje, czyli po prostu pracuję. Mój entuzjazm jest znacznie osłabiony, ale nawet nie wiem, jak sobie pomóc i co poradzić – cóż, zajmę się tym, jak wrócę do Polski. Tutaj ogromne wsparcie mam w moich Przyjaciółkach (dzięki Ci, Fejsbuku, za to, że istniejesz, gdyż to za Twoją sprawą mogę się z Nimi kontaktować!). Czekam, aż przyjadę do Polski, wpadnę do Konstancina i Grodziska – i Je obydwie serdecznie wyściskam!

‚Róbmy swoje – może to coś da, kto wie?’ – jest strasznie ciężko, nie ukrywam, ale co ja mam zrobić – usiąść i się rozpłakać? Piszę sporo na blogu, ale i tak to zaledwie malutki ułamek tego, co przeżywam… Robię swoje, ale znów chodzi mi po głowie piosenka, niejednokrotnie już tutaj cytowana. I chodzi mi po tej głowie praktycznie codziennie.

‚Ile mam grzechów – 

któż to wie?

A do liczenia nie mam głowy.

Wszystkie darujesz mi i tak,

nie jesteś przecież drobiazgowy.

Dlaczego mnie do raju bram

prowadzisz drogą taką krętą?

I czemu wciąż doświadczasz tak

jak gdybyś chciał uczynić świętą?

(…)

To życie minie jak zły sen,

jak tragifarsa, komediodramat.

Lecz gdy się zbudzę, westchnę: cóż,

to wszystko było chyba … zamiast.

Lecz, póki co, w zamęcie trwam,

liczę na palcach lata szare

i tylko czasem przemknie myśl:

przecież nie jestem tu za karę…’

Ten wpis w założeniu miał być optymistyczny. Ale nie jest. I nic, nic, nic, naprawdę nic – nie umiem temu zaradzić.

WP_20160422_013.jpg

 

Różności. Trochę o egzaminach…

Na początek – optymistycznie! Moja koleżanka z Australii powiedziała mi, że mój angielski jest dobry… Cieszę się, bo dla mnie to wcale nie takie proste jednak mówić w obcym języku! ❤

Zgodnie z zapowiedzią – napiszę trochę o przebiegu sesji egzaminacyjnej na Uniwersytecie Kopenhaskim.

1. Jak pisałam (A co z uczelnią w takim razie?) – studenci są rejestrowani na egzaminy przez odpowiednich koordynatorów – Examination Secretaries. Wszelkie wątpliwości, kłopoty etc., należy załatwiać wyłącznie z tymi koordynatorami.

2. Sesja  trwa miesiąc. Dokładne daty egzaminów zależą od konkretnego wydziału, podobnie zresztą jak daty zakończenia zajęć dydaktycznych (courses).

3. Wykładowcy mają miesiąc na opublikowanie wyników w systemie internetowym. Jeśli w ciągu miesiąca te wyniki nie zostaną opublikowane, jest to znak, że należy skontaktować się  z dziekanatem.

Co poza tym? Słonecznie, choć chłodno; niedziela minęła mi wybitnie ‚naukowo’, choć – przyznaję – że przydarzyło mi się dziś coś, co zdarza mi się bardzo rzadko – mianowicie zmorzył mnie sen w środku dnia. Przespałam dwie godziny. Naprawdę – sama jestem zdziwiona, bo nie położyłam się jakoś wybitnie późno, a przynajmniej nie tak późno, jak zdarza mi się kłaść. Jakby jednak nie było – sen dobrze mi zrobił… na tyle dobrze, że mogłam zasiąść i uczyć się duńskiego.

Co poza tym? Napisałam maila w sprawie aparatu i czekam na odpowiedź. Opisałam w tej wiadomości, na czym polega problem… Niewiele mi to ulżyło – nadal się denerwuję. Ojej, a już któregoś dnia tak się cieszyłam, że jest, jest LEPIEJ! 😦 Chyba ta radość byłą przedwczesna. O aparatach, o swoim problemie zdrowotnym – piszę tu ostatnio często, wiem… ale ta potrzeba pisania stała się w pewnym momencie silniejsza ode mnie. Poza tym – moje doświadczenia mogą okazać się przydatne dla innych osób. Wracając do samych aparatów – ten problem, z którym się teraz zmagam, zaistniał po raz pierwszy, a trochę już przeżyłam. Wszak:

– obustronnie zaaparatowana byłam w latach 1995 – 2005.

– w 2005 roku zostałam jednostronnie zaimplantowana, przy jednoczesnym pozostawieniu ‚klasycznego’ aparatu słuchowego na drugim uchu.

– od 2010 roku należę do – rozszerzającego się w ostatnich latach – grona osób bilateralnych, czyli obustronnie zaimplantowanych.

Może kiedyś – w chwili wolnej – napiszę odrębnego posta o implantach ślimakowych (bo to, co określam w postach jako ‚aparaty’ – to tak naprawdę implanty ślimakowe – czytaj więcej: Cochlear implant), o swoich doświadczeniach z nimi.

A teraz – druga kawa. I jedziemy dalej z nauką!

🙂

20160617_143532

 

 

Co ludzie powiedzą? Ciekawe…

Przeżywając w ostatnich dniach mrożące krew w żyłach przygody z aparatem (a nawet, jeśli nie mrożące krew w żyłach, to z pewnością podnoszące ciśnienie, które mam wybitnie niskie) zaczęłam zastanawiać się nad jedną rzeczą.

Otóż – niejednokrotnie spotkałam się ze zdziwieniem osób, z którymi rozmawiam na temat swoich problemów ze słuchem. Ludzie stawiali oczy w słup i pytali: ‚I Ty tak spokojnie o tym mówisz??‚. Nigdy nie kryłam się z tym, że nie słyszę, jak również nadal się nie kryję, ale też nigdy się z tym ani nie obnosiłam, ani nie obnoszę. Mówię o tym otwarcie, bo uważam, że – jeśli ma się możliwość mówić o problemach ludzi niepełnosprawnych, w moim przypadku – niesłyszących,  trzeba to robić… W rozmowach, kiedy pierwszy szok już minął i wytrzeszczone gałki oczne wróciły do normalnego rozmiaru – zazwyczaj pada: ‚Przepraszam, że Cię spytam…, po czym faktycznie następuje pytanie związane z moją wadą słuchu (noszącą nader skomplikowaną nazwę – obustronny głęboki niedosłuch zmysłowo nerwowy, w języku angielskim  billateral sensorineural profound hearing loss). Rany, tu naprawdę nie ma za co przepraszać! Chcę mówić o tym problemie, bo może komuś taka wiedza się przydać. Osoby słyszące może choć trochę lepiej poznają problemy, które dla nas – niesłyszących – są codziennością. Może znajdą coś, co ich  zainteresuje, zaczną to zgłębiać. Wiem, że dla rodziców wieść o tym, że ich dziecko nie słyszy – jest szokiem. Może ktoś z takich rodziców znajdzie się przypadkiem na moim blogu i – czytając – przekona się, że – nie słysząc – można normalnie funkcjonować (oczywiście, czasem z pewnymi utrudnieniami, ale…)? Przyznam, że mam taką nadzieję. 

‚Róbmy swoje!
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje!’

Jak w piosence Wojciecha Młynarskiego. Mimo tego, że inni się dziwią – będę robiła swoje! Będę otwarcie mówić! 🙂 Być może, że kiedyś – w wolnej chwili – przepiszę na komputer tekst o sobie, który napisałam w II klasie liceum, tuż przed dokonaniem drugiego wszczepu. Ale na razie czasu na to nie mam 😉

hearing_aid_styles(Zdjęcie zostało zaczerpnięte z Sieci)

 

 

 

Małe, drobne szaleństwo <3

Nie, wbrew zapewnieniom nie będę pisać o egzaminach. Na tworzenie postów o sesji egzaminacyjnej – nie mam weny – jakoś tak się dzieje :p Wczoraj nie miałam czasu, niestety, by napisać posta na blogu. Pozwoliłam sobie na … odrobinę szaleństwa. I tak bardzo się z tego powodu cieszę! ❤ Małe szaleństwo, naprawdę malutkie, ale napełniło mnie taką radością! Poza tym – wczoraj miałam widać jakiś swój dobry dzień – uskrzydlona tą radością, która mnie wczoraj naszła – poszłam na kawę. I w kawiarni dostałam – zupełnie gratisowo – sernik ❤ Ależ był pyszny!!! Dziś z kolei jeździliśmy z Myszorem po mieście w poszukiwaniu hotelu, w którym mogliby zatrzymać się moi Rodzice, gdy w przyszłym następnym tygodniu przyjadą tutaj po mnie, Myszora i mój pozostały ubogi studencki dobytek. Jeden z hoteli wydaje się być całkiem spoko i dziś przedstawię rodzinie na skajpie jego ofertę. Także trochę kilometrów ja mam w nogach, a mój Mysz – w kołach. Niestety – z aparatem nadal jest coś nie tak 😦 I, nie ukrywam, że mnie to bardzo martwi – tyle wygrać, że zaczął nawalać na sam koniec Erasmusa, a nie na początku, w środku czy jakkolwiek wcześniej, bo wtedy miałabym nie lada problem. Już wiem, że po powrocie do Polski – niezwłocznie odwiedzę Kajetany (więcej w poście: Aparat). Przyznam się szczerze, że ciekawa jestem, jak będzie wyglądał w tym tygodniu mój duński, jeśli miałabym ‚jechać’ tylko na jednym (lewym) aparacie. Najwyżej pojutrzejsze – poniedziałkowe – zajęcia jakoś przeżyję, poinformowawszy lektorkę o zaistniałej sytuacji, a w środę – kiedy mam test końcowy – będę musiała zrobić wszystko, żeby aparat zadziałał. Wczoraj w sumie nie było tak źle – działał bez zarzutu. Dzisiaj znowu mu zupełnie odbiło – stanowczo odmówił dalszej współpracy. Ponieważ nim to nastąpiło – zdążyliśmy z Myszorem dojechać na Christianshavn, a więc – mimo wszystko – kawałek od przeraźliwego syfu zwanego szumnie ‚akademikiem’ – nie miałam już jak zawrócić i go zdjąć. Jest on również sprzętem tak delikatnym, że wkładanie go do torebki (nawet w czymś takim jak etui – przykładowo do okularów) wydawało mi się pomysłem bardzo ryzykownym. Wyłączyłam go więc i pedałowałam, zdając się wyłącznie na drugi, lewy, działający. Na jakiej zasadzie to działa – nie wiem, ale:

  1. Z lewym – starszym, wszczepionym w 2005 – praktycznie problemów nie mam i nie miałam, także szwy po operacji bolą mnie bardzo sporadycznie.
  2. Prawy – nowszy, rocznik 2010 – potrafi mi płatać figle, a szwy – bywa! – ciągną jakże namiętnie.

Cholera! Faktycznie – mam dziś doskonały dzień! Właśnie wykipiała mi kawa. Dziś już po raz trzeci :@

 

20160618_141047