Kiedyś musi być ten pierwszy raz… Więc dziś zaliczyłam swoje dwa ,,pierwsze razy”.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz… Więc dziś zaliczyłam swoje dwa ,,pierwsze razy”.
Dziś brałam udział – wraz z niektórymi innymi ,,erasmusowcami” – w spotkaniu organizowanym przez organizację mentorską, która sprawuje tu nad nami opiekę. Obejrzeliśmy duński film, który święcił triumfy bodaj w Cannes w 1998 roku (duński tytuł to Festen, angielski – The Celebration). Oto wiejska posiadłość zacnej rodziny staje się miejscem hucznych obchodów okrągłych – bo sześćdziesiątych – urodzin pana domu. Podczas wielkiej fety wychodzą na jaw rodzinne sekrety – a bynajmniej nie zawsze są wygodne.
Kolejny ciekawy dzień za mną! Spędzony w miłym towarzystwie…
Tradycyjny już – spacer w kierunku uczelni. Przepisowe czterdzieści minut tuptania 🙂
Urocza kopenhaska kafejka – kawa cappuccino i ciasto marchewkowe (jedno i drugie bardzo mniam!) – i długa rozmowa. A potem spacer – połączony z zakupami. Wreszcie – oświetlona, wieczorna stacja Norreport.
Na zakończenie dnia – Studenterhuset!
…jak z bicza strzelił. Coraz bardziej mi się tu podoba! 🙂 Każdy dzień przynosi coś nowego – niekiedy iście duńskiego 🙂
Dzisiaj akurat minął spokojnie – bez większych szaleństw. Głównie – na uczelni.
,,…potulna jestem jak baranek… i tylko mam nadzieję, że… że chyba wiesz, co robisz, Panie…” – nucę w ten bardzo deszczowy, bury i ponury dzień. Jakiś taki… nijaki. Piosenka Edyty Geppert chodzi dziś za mną krok w krok.
Studenterhuset. Tak to się po tutejszemu nazywa. Organizacja non – profit; studenci tworzą ją dla studentów. Mają w niej miejsce rozmaite eventy – dziś odwiedziłam ją przy okazji czegoś, co po duńsku nazywa się Loppemarked, a po angielsku Flea Market. Taki… pchli targ. Używane ciuchy, buty, torebki… I – tłumy studenckiej braci. Takie tłumy, że jak szłam kupić sobie kawę, to myślałam, że się nie przecisnę… Koniec końców dałam radę i przepyszne latte wypiłam 🙂
Metro kopenhaskie jest metrem śmiertelnie drogim, toteż wszędzie maszeruję na piechotę. Przy okazji – fotografuję to i owo. Dziś w drodze powrotnej ze Studenterhuset uchwyciłam kościół stojący przy kopenhaskim deptaku Stroget.
Ciekawa jestem, jak długo będzie trwać we mnie ta euforia, którą aktualnie odczuwam…? Wiem, że w pewnym momencie wszystko to, co teraz mnie tak cieszy – stanie się codziennością, skończy się zielony czas i zmatowieje ten blask, jak śpiewała Maryla Rodowicz w jednej z moich ukochanych piosenek. Na razie – jest cudnie. No po prostu cudnie. Dziś się wyspałam (nareszcie!), potem poszłam na spotkanie, które było bardzo udane. A potem – spacer do akademika. Jutro mam plan napięty, ale realny – najpierw Erasmusowy event, a potem… nauka. Niestety, w pewnym momencie trzeba i do niej zasiąść.
Wczoraj cała Polska pożerała pączki, a ja – zaaferowana, zajęta, zabiegana (nawiasem mówiąc – trzy ,,z”; niczym znane większości studentów ,,zakuć, zdać, zapomnieć”) – na śmierć o tym zapomniałam. Dziś postanowiłam to odrobić. Przy okazji konsumowania jakże pysznego obiadu w stołówce akademickiej, nabyłam – drogą kupna – poniższe:
Było bardzo mniam! 🙂 Wprawdzie to nie pączek, ale zawsze…. zawsze cuś 🙂
Dziś biegałam po mieście – zakładałam konto w Danske Banku, potem musiałam skoczyć na chwilę na Starówkę kopenhaską. ,,Chwila” okazała się być kilkoma godzinami – bardzo tu ładnie i lubię spacerować po Kobenhavn. Wprawdzie padało, ale – wyposażona w kurtkę z kapturem – stwierdziłam, iż istnieją raczej małe szanse na to, że się rozpuszczę.
Pozdrowienia! 🙂 I – na dobranoc – trochę zdjęć:
No to ogarnęłam, przy jakiej ulicy mieszkam. Przy Krymskiej! Krimsvej to ulica Krymska. Stosunkowo niedaleko są takie jak Mediolańska, na ten przykład, Milanovej. Albo Palermovej. Palermiańska? Przy okazji – jak to jest z Warszawą? Warszawavej? Warsawvej? Akurat tego jeszcze nigdzie nie widziałam, ale… nikt nie powiedział, że się nie dowiem.
Dziś zdecydowaną większość dnia spędziłam na uczelni. Rano grzecznie potuptałam na nią z akademika (wszak czterdzieści minut tuptania z samego rana jeszcze nikomu źle nie zrobiło!). Po dwugodzinnych zajęciach pognałam do biblioteki, załatwić jedną rzecz, odfajkowałam jeden sklep (bynajmniej nie w bibliotece), po czym podrałowałam na spotkanie z dwiema koleżankami. Kawka i ploteczki – tak, to zdecydowanie jest to, co studentki lubią najbardziej! 🙂
Właśnie skończyłam się uczyć, bo przecież jutro czeka mnie kolejny pracowity dzień. I, niestety, z tego powodu nie mogę sobie pozwolić na to, by przebalować całą noc – ciężka nauka wzywa.
Korzystając z przepięknego, słonecznego dnia – wybrałam się na długą wędrówkę po Kopenhadze. Poczułam, że – tak, jak Krzysztof Kamil Baczyński pisał w wierszu o szczęściu – ,,dziś rano cały świat kupiłam”. Ten dzień pozytywnie mnie naładował. Długi spacer (na nogach od 10.00 do 17.00.; z przerwą na obiad) w słońcu – był naprawdę cudowny. Wprawdzie na zdjęciach aż tak bardzo tego słońca nie widać (skubane – chowało się, gdy wyciągałam telefon, by cyknąć fotkę!), to mogę powiedzieć: jestem dziś szczęśliwa.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.