Amager Strand. Czy naprawdę już nie ma dzikich plaż?

Kiedyś musi być ten pierwszy raz… Więc dziś zaliczyłam swoje dwa ,,pierwsze razy”.

Po pierwsze – pierwszy raz w Kopenhadze – strasznie zaspałam, więc na uczelnię gnałam niemalże na skrzydłach, co opłaciło się o tyle, że wpadłam na salę wykładową jakieś cztery minuty przed rozpoczęciem zajęć.
Po drugie…. czy kiedykolwiek pisałam na niniejszym blogu, że mieszkam bardzo blisko plaży? Amager jest bowiem jedną z wysp, na których położona jest Kopenhaga, a to, co kryje się pod tytułem tego posta – Amager Strand – to nic innego jak plaża (w) Amager. Rzeczoną plażę mam pod nosem niemalże – wystarczy tylko przejść przez ulicę. Dziś pierwszy raz byłam na plaży – ot tak wybrałam się na spacer. Pływały łabędzie, nawet przez chwilę zaświeciło słońce…
,,Puste plaże Juraty,
zasnęły kosze już.
Tylko facet zawiany
podpiera nosem słup.
Szarą płachtę gazety
unosi w górę wiatr,
dzisiaj nikt nie odczyta,
co nam donosił świat.
 
Serce gryzie nostalgia,
a duszę ścina lód.
W radiu śpiewa Mahalia
swój czarny smętny blues.
 
Hotel wolnych pokoi – 
w recepcji pająk śpi.
W torby wkładam powoli
okruchy tamtych dni…
 
Już nie ma dzikich plaż 
na których zbierałam 
bursztyny,
gdy z psem do Ciebie szłam,
a mewy ósemki kreśliły,
kreśliły.
 
Już nie ma dzikich plaż 
i gwarnej kafejki przy molo,
niejedna znikła twarz
i wielu przegrało swą młodość,
swą młodość. 
 
Wsiadam w pociąg powrotny,
ocieram jedną łzę – 
ludzie są samotni,
czy tego chcą, czy nie. 
 
Patrzę w oczy jesieni,
nad morzem stada chmur.
Pejzaż mojej nadziei
umyka mi spod kół. 
Serce gryzie nostalgia,
a duszę ścina lód.
W radiu śpiewa Mahalia
swój czarny smętny blues.
 
Hotel wolnych pokoi – 
w recepcji pająk śpi.
W torby wkładam powoli
okruchy tamtych dni…
 
Już nie ma dzikich plaż 
na których zbierałam 
bursztyny,
gdy z psem do Ciebie szłam,
a mewy ósemki kreśliły,
kreśliły.
 
Już nie ma dzikich plaż – 
starego sprzedawcy
pamiątek 
i tylko w szumie traw
znajduję ten cichy zakątek,
zakątek. 
 
Już nie ma dzikich plaż 
i gwarnej kafejki 
przy molo. 
Niejedna znikła twarz 
i wielu przegrało swą młodość,
swą młodość…”
 
/K. Logan – Tomaszewski ,,Już nie ma dzikich plaż”/
 

 

 

 

 

 

 


 

Niewidzialna siła

Dziś brałam udział – wraz z niektórymi innymi ,,erasmusowcami” – w spotkaniu organizowanym przez organizację mentorską, która sprawuje tu nad nami opiekę. Obejrzeliśmy duński film, który święcił triumfy bodaj w Cannes w 1998 roku (duński tytuł to Festen, angielski – The Celebration). Oto wiejska posiadłość zacnej rodziny staje się miejscem hucznych obchodów okrągłych – bo sześćdziesiątych – urodzin pana domu. Podczas wielkiej fety wychodzą na jaw rodzinne sekrety – a bynajmniej nie zawsze są wygodne.

(Poranne niebo nad Amager)

 

(Radhuspladsen)

 

 

 

 

 

(Fiolstraede)

 

(To nie te czasy, Arlekinie, nie te czasy…)

 

(Tam, gdzie się kończy horyzont, leży nieznany ląd – 
Ziemia jest trochę garbata, więc go nie widać stąd…)
 

 

(Z pokoju mentorów 🙂 )
,,Prowadzi mnie od lat niewidzialna siła,
która nadaje sens i każe trwać.
Niewiele mam – tak mało, a przecież tyle,
dlatego wiem, co chciał powiedzieć wiatr…”
 
Tak, wiem, znowu będzie poetycko. Ale cóż poradzę na to, że taka właśnie jestem…? Coś faktycznie mnie tu prowadzi w tej Kopenhadze i skądś biorę tę siłę na kolejny dzień przetrwania.  A może to po prostu kwestia przyzwyczajenia? Sama nie wiem. Owszem, chwilami łapie mnie nostalgia, lecz – jest zdecydowanie lepiej niż było te dwa tygodnie temu.
 
 

Norreport Station

Kolejny ciekawy dzień za mną! Spędzony w miłym towarzystwie…

Tradycyjny już – spacer w kierunku uczelni. Przepisowe czterdzieści minut tuptania 🙂

 

 

 

 

(Biurowce – na szczęście nie aż tak naćkane jak warszawski mordor na Domaniewskiej)

Urocza kopenhaska kafejka – kawa cappuccino i ciasto marchewkowe (jedno i drugie bardzo mniam!) – i długa rozmowa. A potem spacer – połączony z zakupami. Wreszcie –  oświetlona, wieczorna stacja Norreport.

 

 

 

 

Na zakończenie dnia – Studenterhuset!

 

 

🙂

Dwa tygodnie minęły…

…jak z bicza strzelił. Coraz bardziej mi się tu podoba! 🙂 Każdy dzień przynosi coś nowego – niekiedy iście duńskiego 🙂

Dzisiaj akurat minął spokojnie – bez większych szaleństw. Głównie – na uczelni.

(Paczka od rodziców – zawsze cieszy! Zwłaszcza słodycze :p)
(Spacer do Saxo Institute)
(Duńczycy na ogół wożą dzieci w specjalnych koszach z przodu roweru)
(Pilnuj swoich rzeczy – kradną! Ostrzeżenie na moim Instytucie)

I am meek like a lamb

,,…potulna jestem jak baranek… i tylko mam nadzieję, że… że chyba wiesz, co robisz, Panie…” – nucę w ten bardzo deszczowy, bury i ponury dzień. Jakiś taki… nijaki. Piosenka Edyty Geppert chodzi dziś za mną krok w krok.

 

(Taki mam deszczowy widok z okna)
Uczelnia. Wykładowca zupełnie mnie rozczulił. Wie, że nie słyszę, więc przysiągł, że będzie pisał na tablicy. Póki co, słowa dotrzymuje, co niekiedy wygląda zabawnie: biega po sali wykładowej, dzierżąc w jednej garści kredę a w drugiej gąbkę do ścierania. Umówiłam się z nim, że w przyszłym tygodniu pójdziemy razem do sekretariatu uczelni, by upewnić się co do formy egzaminów – chodzi o to, by w moim przypadku, jak zapewne nietrudno się domyślić, przeważały pisemne nad ustnymi.
Potem – obiad w stołówce akademickiej, a wreszcie – biblioteka. I nauka. Na jej ,,niedobór” tutaj nie narzekam – jest co robić. Ten, kto powiedział, że Erasmus jest jedną wielką imprezą, chyba nigdy nie był na Erasmusie.
Weszłam do akademika przed półgodziną. A teraz – zabieram się za dalszą robotę.

 

(Plac Szkocki :p mijany codziennie pod drodze z ulicy Krymskiej /dom/ na ulicę Karen Blixen /uczelnia/ :p)
(Vasketeria! Podoba mi się to słowo. Po polsku ,,pralnia” brzmi jakoś… twardo i mało literacko :p)
(A takie kąciki mają studenci, żeby nie robili syfu w każdym najmniejszym zakątku uczelni. Tutaj zostawiają kubki po kawie, wywalają do kontenerów to, co mają wywalić… Generalnie: Ordnung muss sein :p)

 

 

(Wnętrze wydziałowej biblioteki i budynek mojego Instytutu oraz zachmurzone, kopenhaskie niebo – widziane z jej okien)
I dzisiejsze hiciory (ach, jak ja lubię robić te zestawienia!):
(Attention! Oddające kał psy zostaną sfilmowane! :p)
(Potrzebujesz stołka? To go sobie weź!)

Kopenhaski Dom Studenta

Studenterhuset. Tak to się po tutejszemu nazywa. Organizacja non – profit; studenci tworzą ją dla studentów. Mają w niej miejsce rozmaite eventy – dziś odwiedziłam ją przy okazji czegoś, co po duńsku nazywa się Loppemarked, a po angielsku Flea Market. Taki… pchli targ. Używane ciuchy, buty, torebki… I – tłumy studenckiej braci. Takie tłumy, że jak szłam kupić sobie kawę, to myślałam, że się nie przecisnę… Koniec końców dałam radę i przepyszne latte wypiłam 🙂

http://studenterhuset.com/

 

(Kobmagergade – powyżej i poniżej. Tu mieści się Studenterhuset)

 

 

(Mijane po drodze Muzeum Poczty i Telekomunikacji)

 

(Studenterhuset na zewnątrz i od wewnątrz)

 

 

Metro kopenhaskie jest metrem śmiertelnie drogim, toteż wszędzie maszeruję na piechotę. Przy okazji – fotografuję to i owo. Dziś w drodze powrotnej ze Studenterhuset uchwyciłam kościół stojący przy kopenhaskim deptaku Stroget.

Przeszłam również obok Akademii Muzycznej.
…jeszcze parę obrazków z dzisiaj:
(Hundesalon. Zatęskniłam za moją psiarnią… ❤ )
I coś, co mogę określić mianem hitu.
(Niektórzy jeszcze nie uprzątnęli Mikołaja – patrz kilka postów niżej.
A inni już handlują czekoladowymi zajączkami…)

…i zmatowieje ten blask

Ciekawa jestem, jak długo będzie trwać we mnie ta euforia, którą aktualnie odczuwam…? Wiem, że w pewnym momencie wszystko to, co teraz mnie tak cieszy – stanie się codziennością, skończy się zielony czas i zmatowieje ten blask, jak śpiewała Maryla Rodowicz w jednej z moich ukochanych piosenek. Na razie – jest cudnie. No po prostu cudnie. Dziś się wyspałam (nareszcie!), potem poszłam na spotkanie, które było bardzo udane. A potem – spacer do akademika. Jutro mam plan napięty, ale realny – najpierw Erasmusowy event, a potem… nauka. Niestety, w pewnym momencie trzeba i do niej zasiąść.

,,Za pewien czas,
gdy któreś z nas
odejdzie, zapomni,
zatrzaśnie – 
 
Zaczną się złe 
godziny mdłe.
Znikniemy sobie 
we mgle.
 
Za pewien czas,
gdy któreś z nas
odejdzie, odfrunie,
odpłynie – 
 
skończy się w nas
zielony czas
i zmatowieje ten blask.
 
A na razie fruwają motyle,
tego tego, tamtego też tyle.
A na razie wierzymy w baśnie
i jaśniej… 
i jaśniej…
 
A na razie kołyszą nas noce, 
a na razie kołyszą nas dni.
Choć już życia, psia mać, 
popołudnie – 
jest cudnie,
jest cudnie…
 
Za pewien czas,
gdy któreś z nas
odejdzie, zapomni,
zatrzaśnie – 
 
Zaczną się złe
godziny mdłe,
znikniemy sobie
we mgle.
 
Za pewien czas,
gdy któreś z nas
zawinie do portu
ciemnego.
 
Zaczną się łzy,
lamenty, żal
i zakróluje
zła dal.
 
 
A na razie fruwają motyle,
tego tego, tamtego też tyle.
A na razie wierzymy w baśnie
i jaśniej… 
i jaśniej…
 
A na razie kołyszą nas noce, 
a na razie kołyszą nas dni.
Choć już życia, psia mać, 
popołudnie – 
jest cudnie,
jest cudnie…
(M. Rodowicz ,,Jest cudnie”)
(Norreport)
(Kartka w akademiku pod drzwiami pokoju sąsiadującego z moim)
I hit na dzisiaj.
(W metrze: Twój pies musi mieć bilet dziecięcy. A jak mówię, że pies też człowiek, to mi nikt nie wierzy!)

Mój piątkowy Tłusty Czwartek :)

Wczoraj cała Polska pożerała pączki, a ja – zaaferowana, zajęta, zabiegana (nawiasem mówiąc – trzy ,,z”; niczym znane większości studentów ,,zakuć, zdać, zapomnieć”) – na śmierć o tym zapomniałam. Dziś postanowiłam to odrobić. Przy okazji konsumowania jakże pysznego obiadu w stołówce akademickiej, nabyłam – drogą kupna – poniższe:

 

Było bardzo mniam! 🙂 Wprawdzie to nie pączek, ale zawsze…. zawsze cuś 🙂

Dziś biegałam po mieście – zakładałam konto w Danske Banku, potem musiałam skoczyć na chwilę na Starówkę kopenhaską. ,,Chwila” okazała się być kilkoma godzinami – bardzo tu ładnie i lubię spacerować po Kobenhavn. Wprawdzie padało, ale – wyposażona w kurtkę z kapturem – stwierdziłam, iż istnieją raczej małe szanse na to, że się rozpuszczę.

Pozdrowienia! 🙂 I – na dobranoc – trochę zdjęć:

 

(Deszczowy Radhuspladsen. A na nim – również deszczowy – ratusz)
🙂

Ulica Krymska

No to ogarnęłam, przy jakiej ulicy mieszkam. Przy Krymskiej! Krimsvej to ulica Krymska. Stosunkowo niedaleko są takie jak Mediolańska, na ten przykład, Milanovej. Albo Palermovej. Palermiańska? Przy okazji – jak to jest z Warszawą? Warszawavej? Warsawvej? Akurat tego jeszcze nigdzie nie widziałam, ale… nikt nie powiedział, że się nie dowiem.

Dziś zdecydowaną większość dnia spędziłam na uczelni. Rano grzecznie potuptałam na nią z akademika (wszak czterdzieści minut tuptania z samego rana jeszcze nikomu źle nie zrobiło!). Po dwugodzinnych zajęciach pognałam do biblioteki, załatwić jedną rzecz, odfajkowałam jeden sklep (bynajmniej nie w bibliotece), po czym podrałowałam na spotkanie z dwiema koleżankami. Kawka i ploteczki – tak, to zdecydowanie jest to, co studentki lubią najbardziej! 🙂

Właśnie skończyłam się uczyć, bo przecież jutro czeka mnie kolejny pracowity dzień. I, niestety, z tego powodu nie mogę sobie pozwolić na to, by przebalować całą noc – ciężka nauka wzywa.

Bed, bed, I couldn’t go to bed…
I porcyjka zdjęć z dzisiaj. Mała, bo mała, ale zawsze jest to cuś…
 
(Takie miejsca odpoczynku mamy w Instytucie)
(To? To jest fragment księgozbioru instytutowej biblioteki. Widziany z oddali)
(Stoliczku, nakryj się!)
(Powyżej i poniżej: jedna i ta sama sala wykładowa. Dziś były w niej zajęcia)
I hity. Drugi z hitów przebił chyba wszystkie dotychczasowe.
(Coś się Świętemu nie spieszyło… w lutym do Kobenhavn zawitał :p)
(Hit wszystkich hitów. Spis przedmiotów oferowanych przez jednego z wykładowców. Proszę zwrócić uwagę na cztery pierwsze przedmioty.)

Dziś rano cały świat kupiłam…

Korzystając z przepięknego, słonecznego dnia – wybrałam się na długą wędrówkę po Kopenhadze. Poczułam, że – tak, jak Krzysztof Kamil Baczyński pisał w wierszu o szczęściu – ,,dziś rano cały świat kupiłam”. Ten dzień pozytywnie mnie naładował. Długi spacer (na nogach od 10.00 do 17.00.; z przerwą na obiad) w słońcu – był naprawdę cudowny. Wprawdzie na zdjęciach aż tak bardzo tego słońca nie widać (skubane – chowało się, gdy wyciągałam telefon, by cyknąć fotkę!), to mogę powiedzieć: jestem dziś szczęśliwa.

 

(Szkoła – mijana po drodze)
(Budynki mojego wydziału)
(Akademik. Niestety, nie mój.)
(Jeden z kopenhaskich zaułków)
(Nyhavn)
(Nyhavn)
(DanHostel przy Andersens Boulevard – mój ,,dom” przez pierwszy tydzień pobytu)
(Domy przy Andersens Boulevard)
(Słonecznie…)
I hity – na dzisiaj.
(Wystawa mijana po drodze do miasta. Reklama… dźwignią handlu?)
(PISSOIR)