Grzywką w cegłę, czyli uwielbiam ten styl

Chętnie bywam na blogu ,,AdiMoovi: grzywką w cegłę”. Bardzo lubię barwny sposób opowiadania Autora. Wywołuje uśmiech. Zawsze.

Jak tam trafiłam?

Zaczęło się od wpisu ,,Wszyscy skończymy u Psychiatry”. To jest wpis, który mówi dokładnie to, co ja myślę. Nie mam własnych dzieci, ale mam dwóch Bratanków. I jak czasami patrzę na to pokolenie, to moje przerażenie sięga absolutnych wyżyn. Pomysły Rodziców (mniej lub bardziej absurdalne), wożenie tylko i wyłącznie z jednych zajęć dodatkowych na drugie i w sumie najlepiej, żeby dziecko uczęszczało na dwa języki obce jeszcze zanim zacznie dobrze mówić po polsku. A w ogóle to jeśli w wieku lat czterech będzie trendsetterem modowym, to już jest szczyt rodzicielskich marzeń. Autor – słusznie – apeluje, by zostawić Dzieciakom jednak trochę normalnego, szczęśliwego dzieciństwa.

Adam – tytułowy Adi – to bardzo baczny obserwator. Swoje obserwacje przelewa – via klawiatura komputera – na bloga. Miło na takie blogi zaglądać: śmiejemy się, ale i pogrążamy w głębszej refleksji nad życiem. Mówi nam: nie pędźcie tak! I o tym staram się pamiętać.

Blog Adama i inne polecane przeze mnie strony można znaleźć tutaj.

Immatrykulacja

Dzisiaj byłam na immatrykulacji, będącej zarazem uroczystością nadania tytułu doktora honoris causa mojej Cioci. Moje myśli skupiły się wokół historii, która połączyła Ją i mojego Tatę. Moje myśli skupiły się wokół T. – mojego Najstarszego Brata, będącego zarazem moim Ojcem Chrzestnym. Człowieka, który żył prawdziwą pełnią życia. Człowieka, który żył tak krótko… i tak intensywnie.

Wyjątkowo rogata dusza. Studiował stosunki międzynarodowe, studiował prawo. No i wybierał się na wojnę do Jugosławii. Wprawdzie kiedy Tata złapał go gdzieś na Węgrzech (telefonicznie, żeby było jasne), T. powiedział, że wraca – i tak też uczynił. Zaczął jeździć na misje. I tak… wkręcił się w pomaganie. Był pierwszą osobą, która zgłosiła się do Cioci (tej, która od dziś jest doktorem honoris causa), gdy organizowała pierwszy transport darów. Fundację powołał do życia razem z Ciocią i moim Tatą. O czym już kiedyś napomknęłam.

T. jeździł w konwojach. W 1994 roku w drodze powrotnej z Sarajewa ulegli z Ciotką poważnemu wypadkowi. Jak bardzo musiało wryć się w moją (wówczas dwuletniego dziecka) pamięć to wydarzenie, skoro mam przed oczami Ciocię, gdy prosto z konwoju przyjechali do nas. Nie była w stanie ani siedzieć, ani stać, ani leżeć. Przyniesiono Ją na rękach i przewieszono (dosłownie) przez oparcie fotela. Bo to była jedyna pozycja, w której mogła wytrzymać – była tak potłuczona, że miejscami aż sina.

T. pełnił w Fundacji różne funkcje – między innymi wiceprezesa. Kiedy odszedł z niej – pracował jako dziennikarz. Żył szybko, łapał każdą chwilę – miał duży dystans do wielu rzeczy. Jego znakami rozpoznawczymi były długie związane w kucyk włosy, okulary w bardzo masywnych oprawkach, swego czasu także kolczyk w uchu. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, mieliśmy świetny kontakt. Miał bardzo dobre relacje z Tatą – połączyło ich to, co wspólnie przyszło im przeżyć. Coś, czego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi. Przez kilka lat mieszkali pod jednym dachem, Tata był Jego prawnym opiekunem.

T. odszedł o wiele za wcześnie. Miał 32 lata, gdy opuścił nas na zawsze. Niebawem minie 14 lat od Jego śmierci. Wspomnienie tych strasznych dni boli. Cholernie boli. Mimo upływu tylu lat.

Walka. Moja…

Z dużą przyjemnością sięgam książki skandynawskich autorów. Ta lekkość pióra (piór?), ten surowy klimat Skandynawii. Bardzo mi to odpowiada. ,,Moja walka” K. O. Knausgårda (więcej o tym Panu tutaj) to powieść autobiograficzna.

Życie. Codzienne. Takie, jakie dotyka każdego z nas.

,,Szara, wielka kamienica,
Pokój, dywan, koń drewniany,
Z okien: wozy, tłum, ulica,
Raj podwórza zakazany.

Jak powyżej u Staffa. To, z czym musimy żyć i to, co zakazane, a w konsekwencji: najbardziej nęcące. Bycie członkiem jakiejś społeczności. Bycie indywidualnością. Jak to wygląda w praktyce? Knausgård pokazuje to wszystko na własnym przykładzie: szczęśliwa rodzina, kilkoro dzieci, ale też własne trudne, bolesne doświadczenia z dzieciństwa. Praca. Szukanie mieszkania.

To brutalny obraz życia. Nie łzawy pamiętnik, nie powieść romantyczna. Knausgård mówi: z wszystkiego da się wyjść obronną ręką. Trzeba tylko tego chcieć.

Nazwijmy to ,,ułomność”

Długo wzbraniałam się przed powiedzeniem o sobie ,,niepełnosprawna”. Doskonale wiedziałam, że niepełnosprawna jestem, ale jakoś samo słowo ,,niepełnosprawność” mnie odstręczało. W sumie dopiero kilka lat temu uświadomiono mi, że od tego słowa nie da się uciec. Do tej pory wolę używać słowa ,,ułomność”. Brzmi jakoś… milej dla ucha.

Jest w sieci blog, na który chętnie zaglądam. Blog Pani Miniaturowej. Podziwiam to z jaką odwagą pisze o ułomności i o codziennym z nią życiu. Dziękuję za tego bloga, za to miejsce. Kiedy czasem wysiadam psychicznie – zaglądam do Pani Miniaturowej. I wychodzę od Niej silniejsza.

Wracam. Chcę wrócić!

O marzeniach nie powinno się mówić… podobno. Bo ponoć gdy wypowiemy je na głos – wówczas nie mają już szansy się spełnić.

A ja…

A ja mam takie marzenie. Powiem je na głos. Trudno. Nieraz już o nim mówiłam.

Chciałabym wrócić do Købehavn. Chętnie bym tam zamieszkała.

Na razie – jestem w Polsce (to wiadomo). Pracuję. Szlifuję języki. Piszę tego bloga. Robię rzeczy bardziej lub mniej szalone (cała ja!).

Czego bym jednak nie robiła – pragnienie powrotu jest. Może nie na Amager, może nie na Krimsvej (chodzi o bardziej cywilizowane warunki), ale jest.

Powyżej – zimowy Strøget. Zdjęcie, niestety, nie mojego autorstwa (magia Internetu).

91!

91! Happy Birthday, Grandpa! :*

91! Wszystkiego Najlepszego, Dziadziusiu! :*

Wczoraj jubileusz obchodziła najważniejsza dla mnie Osoba. Dziadek. W domu mówimy o Nim: Dziadziuś.

Najukochańsza Osoba Na Świecie.

Cudowny Człowiek.

Mój. Po prostu Mój 💜

Zabiorę brata na koniec świata

Jestem dumną Młodszą Siostrą swojego Starszego Brata. Duma mnie rozpiera, gdy widzę, jak On bierze udział w konferencjach, jak aktywnie udziela się w pracach Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie.

Różnica wieku między nami wynosi kilkanaście lat. Relacje siostrzano – braterskie mam z Jego synami, On sam miał – i ma – do mnie podejście… hmmm… ojcowskie. Opiekuńczy, ale i bardzo wymagający.

Stanowi dla mnie Wzór. Pracowitości, odpowiedzialności. Wymaga od innych, ale i od siebie.

Ja wiem, że łatwo się wzruszam, ale widok Jego na zdjęciach z panelu jednej z konferencji, organizowanych przez adwokaturę… no, duma mnie rozpierała. Jak napisałam na swoim facebooku – ,,Fantastycznie mieć takiego Brata”.

Coś już kiedyś tu o Nim pisałam: jeszcze w Kopenhadze i już w Polsce. Właśnie te zdjęcia z konferencji sprawiły, że postanowiłam napisać o Nim więcej.

I znów się wzruszam, niestety.

Kiedy byłam mała, przytulał i ocierał łzy, gdy się wywaliłam, opatrywał porozwalane kolana. Uczył jeździć na nartach (ma uprawnienia instruktorskie). Odbierał z przedszkola i ze szkoły. Dręczył ,,Czarną krową w kropki bordo”.

Teraz – obydwoje jesteśmy dorośli, Jego dzieci mają jedenaście i osiem lat. Wiem, że zawsze mogę z Nim o wszystkim porozmawiać, poradzić się, spytać o coś. Była taka dziecięca piosenka o tym, że ,,Zabiorę brata na koniec świata”. Ja mojego J. zabrałabym na koniec świata. Na pewno!

Odnośnie mema: wyzwisk nie było. Bitwy już tak. Codziennie o siedemnastej. Codziennie o pilota. Ja chciałam telenowele latynoskie. On chciał ,,Allo, allo”.

Gdy chce się wyć

Popadając w czarny dół psychiczny, próbuję zająć myśli czym innym. I ręce. I wszystko. Już swoje w tym dole psychicznym przeżyłam; nie chcę tam wracać.

Teraz – uczę się duńskiego, by zapomnieć o tym, że chce mi się wyć. Pracuję. Jestem teraz tak zajęta, że na ewentualne pójście do specjalisty – nawet nie mam czasu.

I choć wiele rzeczy się u mnie wyprostowało – wiem, że rozmowy ze specjalistami przynosiły mi ulgę. Ci ludzie mnie rozumieli. A ja potrafiłam się przed nimi otworzyć. Oni pracują z takimi ludźmi jak ja. Sprawiali, że po wyjściu od nich – czułam się pewniej.

Nie lubię obciążać swojej rodziny swoimi problemami. Specjaliści wiedzą to, o czym swoim najbliższym nie powiem.

I niech tak zostanie.

Zielono mi

Nie znam lepszych słów niż te, które napisała niezrównana A. O. Jeśli, oczywiście, chcemy słowa ,,zielono mi” przenieść na grunt przyrody. Bo za oknem zieleń jest obłędna. (I niezmiennie na deszczu diabły rosną – to też już wspominałam!) Teoretycznie powinno mi w ogóle być zielono i w ogóle cudownie. Teoretycznie…

A praktycznie jak to wygląda?

Praktycznie kicam na jednej nodze. Prawej nodze. Bo lewą byłam uprzejma z całą siłą postawić na podłodze, przekonana, że przede mną jeszcze jeden schodek. Zalecenie lekarskie: trzymać nogę wysoookoooo. Nie mam wyjścia.

Pracę mam zdalną. Bogu dziękować. Siedzę więc przed ekranem laptopa, trzymając nieszczęsną kończynę dolną lewą wysoookoooo.

A takie zielone było lato…