Szmaragd prosto z Sukiennic

Poranna kawa bynajmniej nie postawiła mnie – mnie, kawoszki! – na nogi. Wczoraj cały dzień walczyłam z potężnym bólem głowy, ale takim, co to pojawił się nagle, bez żadnego ostrzeżenia, dodam, że przez cały wtorek to ja mogłam uchodzić za najszczęśliwszą osobę na świecie – taką miałam energię. Wczoraj nie spałam od 3.30 – ból głowy, dziś z kolei zaspałam i nadal bardzo źle się czuję. Pech. No, pech, po prostu. Już dopiję tylko tę kawę i siądę do roboty.

Śniłam, że napisałam książkę. Szmaragd prosto z Sukiennic to jej tytuł. Może kiedyś…?

Odjazd

Planuję. Wsiąść do pociągu bylejakiego… Chciałabym! I tak ruszyć w nieznane. Na dzień dzisiejszy jest to pomysł zupełnie nierealny. Ale planuję taką eskapadę w przyszłości. Czy w bliższej, czy w dalszej – wszystko jedno. Gdzieś mi kiedyś taka idea zakiełkowała. A że cały czas szukam tego swojego miejsca, nie mówię nie. (Jak we wpisie sprzed dwóch lat.) Trzeba znaleźć, tu na Ziemi, swoją prawdę. Nawet gorzką, nawet słoną. Mocno wierzę, że i ja ją kiedyś znajdę. Że gdzieś się zakotwiczę. Już tak na stałe. Na razie szukam, błądzę, szperam. Przez ostatnie dni intensywnie przysiadłam do nauki Najpiękniejszego Języka Świata. Bo niewykluczone, że kiedyś gdzieś to się przyda. Znów: nie mówię nie.

Nie potrafię rozstać się z mrowiskiem. Choć może powinnam? Może już za długo piszę? Chyba i tak będę pisać dalej. Za bardzo moje mrowisko kocham. Za bardzo…

A resztę mieć głęboko w nosie

Kiedy prawie trzy lata temu zakładałam tego bloga, byłam święcie przekonana, że to będzie przygoda na pół roku. Na pół roku, bo tyle miał trwać mój pobyt na stypendium.

Stało się jednak inaczej – Mrowisko to dla mnie jedna z odskoczni od codzienności. Piszę, bo to lubię, bo tego potrzebuję. Natomiast zdecydowanie nie potrzebuję opisywania, kim dokładnie jestem, co właśnie robię i czym się zajmuję. Pilnuję, by nie uzewnętrzniać się zanadto – nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie łorld łajd łebu. Nie wrzucam tu moich prywatnych zdjęć. Nie podaję mojego prywatnego maila. W trudnych dla mnie chwilach piszę, owszem, ale nie na blogu, którego teraz czytacie – mam inne miejsce.

Pisałam przede wszystkim dla siebie. I nadal robię to przede wszystkim dla siebie. Z potrzeby serducha. Po prostu. Pisanie odstresowuje. ALE.

… ale mam wrażenie, że część blogerów – niestety – trochę zapomina, że łorld łajb łeb to jest jednak łorld łajd łeb i jak coś w nim raz zamieścisz, to jednak gdzieś to coś zostanie. Apeluję o trochę większy rozsądek i nieujawnianie najintymniejszych szczegółów swojego życia prywatnego.

Nie zmieniajcie jednak swojego podejścia do pisania. Piszcie. Bądźcie sobą. A resztą – i innymi ludźmi – się aż tak bardzo nie przejmujcie.

Bo najważniejsze to – dobrze się czuć ze sobą. Być sobą. Pisać tak, jak się czuje. Taka mała rada. I – jak w książce pod tytułem Berżeretka bez przepisu:

,,…Tańczyć z motylem na ramieniu,

a resztę mieć głęboko w nosie.”

Jeg studerer igen

Na powrót stałam się studentką. Znów zasiadłam w szkolnej ławie. Znów się pochylam nad notatkami, znów, znów, znów. Ale ponoć człowiek uczy się przez całe życie. Znów piję kawę, usiłując zrozumieć pewne mechanizmy. Tak jak wtedy, gdy uczyłam się do sesji. Gdy przychodził czas egzaminów, nauka trwała dzień i noc. I we Wrocławiu, i Warszawie, i w Kopenhadze. Tak donosiłam z Københavns Universitet. Tak też 🙂

Dobrze jest. Walczę. Pogoda ducha mnie nie opuszcza 🙂 mimo typowo jesiennej aury 🙂

Oswajanie odchodzenia

Znałam Kogoś. Ten Ktoś odszedł trzy lata temu, w wieku czterdziestu lat – po długiej i ciężkiej chorobie. Do końca – walcząc. Nie poddając się. Nie słyszałam od Niej słowa skargi. Nigdy. Była niesłychanie silna. Raz jeden jedyny w życiu powiedziała mi:

– Wiesz… ja już nawet zęby myję na raty, bo nie jestem w stanie ustać przy umywalce…

W dalszym ciągu nie mogę pogodzić się z tym, że Jej nie ma.

Wiersz, który już zawsze będzie mi się z Nią kojarzył:

,, Chciałem nauczyć Cię latać,

byś sens odnalazła w tłumie,

lecz Ty po wertepach świata

nawet stąpać nie umiesz.

Ale się nie martw, nie trzeba,

nim smutek w sercu się lęgnie.

Jeszcze dosięgniesz Ty nieba

nim niebo Ciebie dosięgnie.

Bo dam Ci przewodnik po chmurach

ze wszystkich dokładny najbardziej –

jeśli kiedyś zapragniesz, to w chmurach

z pewnością mnie znajdziesz.

Dziś wracać na Ziemię mi nie każ,

choć Ziemia z błękitów mnie woła,

bo tego nie zmienisz w Człowieka,

kto raz się przemienił w Anioła.

Posłuchaj, dopóki żyjesz,

co mądrość pod nosem mruczy.

Że czasem do lotu się wzbijesz

zanim się stąpać nauczysz… „

(K. Buszman, Przewodnik po chmurach)

Back to black

Jako wielbicielka czarnego koloru (czarność nad czarnościami i wszystko czarność!) z radochą wcisnęłam się w ukochane, jesienne, czarne ciuchy. Humoru aż tak czarnego jeszcze nie mam (aczkolwiek zazwyczaj humor też mam czarny). Literatura, którą polecam na krótkie jesienne wieczory to z kolei – za przeproszeniem – „odmóżdżacze”, a więc takie książki przy których można się pośmiać. Mój jesienny „napój Bogów” to kawa. Choć to ostatnie jest dla mnie „napojem Bogów” nie tylko jesienią. Aaa – i z mlekiem! Małą czarną piję rzadko!