Kapryśna piątkowa sobota

Dzień zapowiadał się fatalnie, to znaczy wczoraj po prostu strasznie źle się czułam i gdyby nie koleżanka, która poratowała mnie tabletką, to byłoby jeszcze gorzej. Humor mam od dwóch dni taki sobie. Nawet bardzo taki sobie 😦

Dziś – usiłując ten humor podreperować – poszłam na kawę do – bardzo sympatycznej skądinąd – kawiarenki LeKaff. Później – wycieczka rowerowa. Długa – prawie trzygodzinna. Pojechałam do Kastrup, jak wczoraj, ale tym razem via Amagerbrogade  – summa summarum okrążając lotnisko. W sumie to jestem ciekawa, ile kilometrów zrobiłam. Myślę, że sporo.

Będąc w Kastrup zobaczyłam coś, co wydawało mi się być … dziewiętnastowiecznym parkiem. Wyglądało to tak intrygująco, że przekroczyłam bramę i znalazłam się tym sposobem na cmentarzu. Wyglądał faktycznie jak park. Zdjęcia – wśród zdjęć poniżej.

Le Kaff:

 

 

 

W drodze do Kastrup:
(Taki samochód mogłabym mieć…)

 

 

 

 

 

(Droga prowadząca na lotnisko Kastrup)
Cmentarz w Kastrup:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Droga powrotna:

 

 

 

 

(Fort w Kastrup)
Miłej reszty weekendu życzę.

Latawce, wiatr i plaża

Wraz z moją nieodłączną Myszką Miki postanowiłam / postanowiliśmy?/ wybrać się dziś na wycieczkę wzdłuż Amager Strand. Tak mi / nam się to spodobało, że przejechałam / przejechaliśmy całą ścieżkę rowerową, lądując – summa summarum – tuż przy lotnisku Kastrup i przy Den Bla Planet (Narodowym Duńskim Akwarium). Przy okazji – dowiedziałam się, że Kastrup Lufthavnen to już nie jest Kobenhavns Kommune, a sąsiednie Tarnby Kommune. Pedałując, miło było obserwować kafejki przy plaży, Duńczyków na deskach windsurfingowych. Niewątpliwie, Amager Strandparken ma swój urok 🙂 Jak na dłoni widać było most łączący Danię i Szwecję.

 Niestety, w iPhonie padła bateria. I nie udało mi się zrobić nic więcej niż to, co prezentuję poniżej.

Nie chodzi o to, aby język giętki…

…powiedział wszystko, co pomyśli głowa. 

Język giętki. No właśnie. Jak to jest z tym językiem giętkim i w ogóle z językami obcymi? A przynajmniej – w moim przypadku…? Siedząc dziś w bibliotece nad duńskim, pomyślałam, że może warto byłoby napisać coś na ten temat.

Angielskiego uczę się nieprzerwanie od 1999 roku. Bardzo lubię ten język, jest on taki… melodyjny. Z drugiej zaś strony wiem, że ani angielski, ani żaden inny język nie będą u mnie tak bardzo biegłe, jak chciałabym, żeby były – a wszystko ze względu na mój słuch.

Co nie zmienia faktu, że naukę języków bardzo lubię i tym chętniej zabrałam się za naukę duńskiego. Myślę, że powoli, powoli – da się dojść do wyznaczonego sobie celu… w tym przypadku do dogadania się z Duńczykami.

Myślę, że najważniejsze, to przynajmniej próbować się dogadać. Pamiętam, że jakieś sto lat temu, gdy jeszcze mój niemiecki (który uparcie wałkowałam przez bite sześć lat) nie ograniczał się do trzech podstawowych wyrażeń (‚Ja’, ‚Nein’ , ‚Hande hoch’), kiedy wsiadłam w pociągu do przedziału, w którym byli sami Niemcy (z Hamburga do Krakowa przez Wrocław) – musiałam wyszperać z pamięci szczątki tego mojego niemieckiego i – o dziwo – zostałam zrozumiana. Niestety, po pięciu latach nieużywania zupełnie zapomniałam tego języka i – mimo corocznych obietnic, że do niego wrócę – jak na razie nie udało mi się tego dokonać. Aczkolwiek możliwe, że w jakiejś super – podbramkowej sytuacji, jakbym poszperała, to bym się po niemiecku wysłowiła.

Uczyłam się również języka migowego. Podstaw języka migowego. I sporo znaków używanych w tym języku jeszcze pamiętam. Szczerze powiedziawszy (napisawszy?) z tych języków, których do tej pory się uczyłam – migowy był najtrudniejszy. Musisz wszystko pokazywać, bardzo ważna jest mimika, jak również koordynacja ruchów (bardzo podobne znaki mogą oznaczać diametralnie co innego).

Łacina – też była. Najpierw na pierwszym roku studiów – bo tak jest w programie. Potem – już czysto hobbystycznie, dla własnej – że tak się wyrażę – ‚gimnastyki’.

Teraz duński. Na razie to początki. Ale – jestem uparta. I wiem, że będę się uczyć 🙂

 

Nauka jazdy … rowerem

Nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że początki bywają trudne. Trudność owych początków odczułam, ucząc się poruszania po Kopenhadze – na rowerze.

Mój stalowy rumak – znany również z racji fantazyjnej kierownicy jako Myszka Miki – przeżył ze mną wiele. Poczynając od spektakularnego zaliczenia gleby w wakacje Roku Pańskiego 2009, kiedy to w drugi dzień obozu rowerowego (sic!) wyłożyłam się jak długa na jednej z dróg województwa zachodniopomorskiego (ściślej: dwa kilometry przed Trzebiatowem), tracąc parę zębów, tudzież skórę na łokciach i kolanach. Potem przez kilka lat jeździliśmy po Wrocławiu i można śmiało powiedzieć, że zjeździliśmy większość miasta. Teraz – od kilku dni, to znaczy od momentu przyjazdu z Polski – Myszka Miki dzielnie wozi mnie po Kobenhavn.
Ścieżki rowerowe w Kobenhavn są w zasadzie wszędzie, bo też i rowerów tu jest od groma. Stalowe rumaki stoją sobie spokojnie w każdym zakątku i zaułku i w większości przypadków niczym nie są przypięte. Ja jednakowoż przypinam Myszkę – wszak przezorny zawsze ubezpieczony.
 
Nauka jazdy. No właśnie… Są tu odrębne cykle świateł i odrębne znaki drogowe dla rowerzystów i teraz w zasadzie największa sztuka polega na tym, żeby się  w tym wszystkim połapać. Powoli się tego uczę i – przypuszczam – jeszcze kilka dni mi ta nauka zajmie, ale pierwszy dzień to był jakiś kosmos. Pomijam fakt parokrotnej ucieczki przed samochodami (dosłownie w ostatniej chwili) – jechałam jak potłuczona, mruczałam pod nosem słowa powszechnie uznawane za nieprzystające przedstawicielce płci ładniejszej i autentycznie gubiłam się w miejscach, które – wydawać by się mogło – zdążyłam już poznać. Teraz jest troszeczkę lepiej, ale do ideału droga jeszcze daleka.
A co porabiam teraz? Piszę pracę – i słucham muzyki. Aktualnie w tle lecą słowa:
,,Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie,
ono rozproszy złej nocy cienie.
Niechaj nadziei skrzydła białe
z powrotem niosą Cię
jak ptak.”
 
 

Ogrody Tivoli. Christiania. Holmen. Operaen

Zwiedziliśmy dziś z Tatusiem słynne Tivoli. Wydaliśmy krocie. I… nie jesteśmy zachwyceni. Strasznie to jest jarmarczne. Przede wszystkim to są sklepiki, kafejki, kafejeczki. Owszem – diabelskie młyny i rollercoastery też się znajdą, ale strasznie to wszystko jest naćkane na stosunkowo niewielkiej powierzchni – jedno stoi na drugim i to niemalże dosłownie. Za sam wstęp dużo płacisz, a potem za każde skorzystanie z jakiejś atrakcji każą dodatkowo płacić. To jest w zasadzie miejsce dla rodzin z dziećmi, które są zapewnić dzieciakom sobotnio – niedzielną rozrywkę. Aczkolwiek szczerze wątpię w to, czy niektóre diabelskie młyny rzeczywiście są przeznaczone dla dzieci 🙂

To, co nam się z pewnością podobało to kawa – bardzo dobra, włoska 🙂 No i kwiaty – były piękne!

 

 

 

Kilka fotek z Tivoli.

 

 

 

 

(Tivoli Koncertsal – jedna z ważniejszych sal widowiskowych w Danii)

 

Później przejechaliśmy przez Christianię – niestety, nie mogłam zrobić zdjęć. Wycieczkę zakończyliśmy na nowym gmachu opery (Operaen w części miasta zwanej Holmen /Wyspy/).

Miasto kwitnącej wiśni

Wczoraj przyjechał Tata. Bardzo się ucieszyłam! Po trzech miesiącach niewidzenia się…  stęskniłam się bardzo. Więc zwiedzamy. Wczoraj – moja uczelnia, Stroget, Norreport. Dzisiaj – Kongens Nytorv, Amalienborg, Langelinie Pier i Den Lille Havfrue, Kastellet, Norrebro, Ostebro… jutrzejsze zwiedzanie opiszę jutro 🙂

Tak pięknie było dziś w Kastellet! Dlatego ten post zatytułowałam ,,Miasto kwitnącej wiśni” 🙂

 

 

 

 

Środowe parszywe samopoczucie

Jak w tytule. Nie dość, że miałam noc z głowy – to jak już usnęłam – czyli około szóstej rano – to przespałam tak ze 3/4 dnia, a jak już się zwlokłam z wyrka, to pognałam do najbliższej apteki (,,najbliższej” to znaczy jakieś 20 minut tuptania). Na duński nie poszłam, bo dwugodzinny spacer w tę i dwugodzinny z powrotem – to było ponad moje siły, co nie zmienia faktu, że dziś tę część dnia, która jeszcze mi została – poświęciłam duńskiemu. (Hvad med dig? 🙂 Jak długo uczyłeś/aś się dziś duńskiego? :))  Od rana żrę Panodil – czyli duńską wersję Panadolu / Apapu / Ibupromu. I to byłoby tyle na dzisiaj.

Z pozdrowieniami i nadzieją na lepsze jutro

wasza źle – się – czująca

H.

 

(Paryski akcent w Kopenhadze)

 

(Rower moich marzeń 🙂 )

 

(Kawa… królestwo za kawę!)

 

(Dzisiejsza pogoda)
(Winogrona. Uwielbiam!)

,,Jeszcze nigdy tak nie było…

żeby jakoś nie było” – jak mawia moja Mama. Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa, co przyniesie mi najbliższy tydzień, a moją ciekawość potęguje fakt, że przyjedzie do mnie Tata i zobaczymy, jak mu się spodoba Kopenhaga (bo że mu się spodoba, to – myślę – nie ulega wątpliwości, ja to miasto zdążyłam… pokochać). Mam nadzieję, że kolejne siedem dni będzie trochę mniej zwariowanych niż te ostatnie – że znajdę chwilę, którą spożytkuję na napisanie nowego posta na blogu. Zaczęłam również przenosić bloga w inne miejsce – z tym tylko, że – z braku czasu – robię to z doskoku i ślamazarzy się to niemiłosiernie.

(Zdjęcie sprzed prawie trzech miesięcy, kiedy o dziewiętnastej było ciemno, a ja stawiałam swoje pierwsze ,,kopenhaskie” kroki)

Tak – z każdym dniem piękna Kopenhaga podoba mi się coraz bardziej. Jeszcze wiele miejsc pozostaje do odkrycia, ale przecież wiem, że stopniowo je odkryję. Mam także świadomość, że niedługo egzaminy i powoli muszę zacząć się do nich przygotowywać. Cóż… istnieje w słowniku każdego studenta magiczne słowo sesja.

Co ma być – będzie. ,,Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było…”

Trochę się nazbierało…

Tydzień miałam tak zwariowany, że nawet – co przyznaję z niejakim wstydem – blog leżał i kwiczał kwikiem rozpaczliwym. Poczynając od tego, że we wtorek miałam pierwszą w swoim życiu całkowicie anglojęzyczną prezentację, gdzie nikt ze słuchaczy nie mówił po polsku. Wróciłam z niej i zasiadłam do nauki duńskiego, który miałam w środę. W czwartek odbyłam kolejną rozmowę – tym razem z drugim wykładowcą i dzięki temu już mam tematy obydwu egzaminów – do których w sumie należałoby już zacząć się uczyć, w końcu odbędą się one dokładnie za miesiąc (!). Czwartkowe popołudnie i wieczór upłynęły mi na przygotowywaniu się z kolei na piątek i piątkowe zajęcia, a w piątek – czyli wczoraj – znowu na nogach byłam od rana: najpierw zajęcia, potem archiwum i praca zaliczeniowa, potem spotkanie i koniec końców po wszystkim byłam o 21.00. na Amager. Dzisiaj odsypiałam – nie piszę, o której wstałam, bo to aż wstyd. Potem poszłam na spacer, który w sumie w planach miałam znacznie dłuższy, ale zatrzymał mnie ulewny deszcz… Słońce wyszło – owszem, ale jak już wracałam do siebie – objuczona zakupami…

(Środa. Vesterbrogade)
Znalazłam jednak – w czwartek – chwilę czasu, by zrobić sobie małą przyjemność. Otóż wzięłam udział w evencie organizowanym przez moją wydziałową bibliotekę. Poniżej – zdjęcie plakatu promującego ten event. Miło było posłuchać kulturalnej rozmowy dwóch wykładowczyń – jeden z Danii, drugiej z Niemiec. Miło było dowiedzieć się czegoś nowego…
Nauka, ciężka nauka…
Wczoraj zahaczyłam o Paludan Bogcafe – coś takiego jak warszawski ,,Czuły Barbarzyńca”, tylko, że jakieś cztery razy większe. Uwielbiam takie zakątki. Generalnie – jestem molem książkowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

Na takie ,,cosie” też się w tym tygodniu natknęłam:

 

(W sklepie Tiger)

 

(Na ścianie gabinetu wykładowcy)
(W Lidlu)
(I na Stroget)
Karteczka na drzwiach sali wykładowej – dzięki niej wiedziałam  w czwartek, gdzie się udać, by znaleźć wykładowcę 🙂

Tyle słońca w Kopenhadze – piechotą do lata

Dzisiaj wyszło takie piękne słońce. Poszłam na spacer – krótki, bo krótki, ale jednak… Dzisiejsze zajęcia z duńskiego mi odwołano, więc dzień spędziłam pracowicie – przygotowując się na jutrzejszy ,,uczelniany” dzień.

Uczę się tutaj cieszyć naprawdę drobiazgami. A to wiosennym słońcem, a to naprawdę dobrą kawą. Przespacerowanie się gdzieś – nawet takie jak moje dzisiaj; półgodzinne – też sprawia, że… człowiek ma lepszy humor. Już jest kwiecień, powoli robi się coraz cieplej i cieplej… jak w piosence ,,Bajmu” – ,,do lata, do lata piechotą będę szła”. 

 
A tak – w dzisiejszym kopenhaskim słońcu – wygląda akademik, w którym mieszkam, i jego najbliższe otoczenie..

 

 

 

 

 

 

(Akademik)
A taka pogoda była wczoraj…