Wiatry niosą mnie – wysoko

Dziś wiatry znów zaniosły mnie do biblioteki… nauka tutaj zajmuje mi więcej czasu niż w Polsce, jak również wymaga ode mnie więcej skupienia, ale tak to jest, jak się chciało człowiekowi studiować w obcym języku! Pan Profesor zostawił książkę w wydziałowej bibliotece, a żuczek zwany H. (czyli nie kto inny, tylko ja!) pognał do biblioteki, żeby się z treścią owej książki zapoznać. I tak się zapoznawał – przez bite cztery godziny.

 

 

 

 

 

 

(Napis ,,Bibliotek” nie znajduje się nad moją biblioteką wydziałową, lecz nad biblioteką miejską dzielnicy Islands Brygge. Książka na ilustracji jest kolejną, za którą się wezmę. Białe bannery wiszą w Saxo Institutett)
Później – z racji tego, że musiałam odwiedzić deptak, czyli Stroget, i coś kupić na Kobsmagergade, też popstrykałam trochę zdjęć.
(Dom na Islands Brygge, w drodze na Stroget. Bardzo podoba mi się ta ,,dziura”)

 

 

 

 

 

I dzisiejsze hity.
(Język polski! O, jak miło!)

 

(Super Duper. Chyba zacznę uczyć się duńskiego! Bardzo podobają mi się te napisy :p)

 

(No taaak…)

 

(Odpowiednik polskiego: Red Bull doda Ci skrzyyydeł! :p)
(Sposób na zawieranie znajomości w akademiku)

Walę (w) tynki :p

Kopenhaski 14.02. Małe rozpusty – krówki z Milanówka, kawa, McFlurry. I dużo spacerowania, żeby to wszystko spalić! 🙂

 

I – na koniec – jedna z lubianych przeze mnie piosenek. Dedykowana mojej Przyjaciółce, którą dziś spotkało Wielkie Szczęście :*

Sobota – tym razem pracowita – biblioteczna

Z rana – zaskoczenie, bo  śnieg. Droga do wydziałowej biblioteki – biała.

Uczelnia – pusta.

Zajmuję miejsce wśród książek i biorę się za naukę.

Po wyjściu – stwierdzam, że wypadałoby napić się kawy.
Niedługo potem – śniegu już prawie nie ma. Za to świeci piękne słońce.
Ruszam na zakupy.

 

(,,Tak” to po duńsku ,,dziękuję”)

 

(Cześć, Kopenhago! :p)

 

(Wieczorny Stroget)

 

(Okrągła Wieża. Kobmagergade)

 

(Kobmagergade)

 

(Duński ,,Kubuś Puchatek”)

 

(Tobak og vin. Tytoń i wino?)
(Lidl. Podstawa egzystencji erasmusowców)

Amager Strand. Czy naprawdę już nie ma dzikich plaż?

Kiedyś musi być ten pierwszy raz… Więc dziś zaliczyłam swoje dwa ,,pierwsze razy”.

Po pierwsze – pierwszy raz w Kopenhadze – strasznie zaspałam, więc na uczelnię gnałam niemalże na skrzydłach, co opłaciło się o tyle, że wpadłam na salę wykładową jakieś cztery minuty przed rozpoczęciem zajęć.
Po drugie…. czy kiedykolwiek pisałam na niniejszym blogu, że mieszkam bardzo blisko plaży? Amager jest bowiem jedną z wysp, na których położona jest Kopenhaga, a to, co kryje się pod tytułem tego posta – Amager Strand – to nic innego jak plaża (w) Amager. Rzeczoną plażę mam pod nosem niemalże – wystarczy tylko przejść przez ulicę. Dziś pierwszy raz byłam na plaży – ot tak wybrałam się na spacer. Pływały łabędzie, nawet przez chwilę zaświeciło słońce…
,,Puste plaże Juraty,
zasnęły kosze już.
Tylko facet zawiany
podpiera nosem słup.
Szarą płachtę gazety
unosi w górę wiatr,
dzisiaj nikt nie odczyta,
co nam donosił świat.
 
Serce gryzie nostalgia,
a duszę ścina lód.
W radiu śpiewa Mahalia
swój czarny smętny blues.
 
Hotel wolnych pokoi – 
w recepcji pająk śpi.
W torby wkładam powoli
okruchy tamtych dni…
 
Już nie ma dzikich plaż 
na których zbierałam 
bursztyny,
gdy z psem do Ciebie szłam,
a mewy ósemki kreśliły,
kreśliły.
 
Już nie ma dzikich plaż 
i gwarnej kafejki przy molo,
niejedna znikła twarz
i wielu przegrało swą młodość,
swą młodość. 
 
Wsiadam w pociąg powrotny,
ocieram jedną łzę – 
ludzie są samotni,
czy tego chcą, czy nie. 
 
Patrzę w oczy jesieni,
nad morzem stada chmur.
Pejzaż mojej nadziei
umyka mi spod kół. 
Serce gryzie nostalgia,
a duszę ścina lód.
W radiu śpiewa Mahalia
swój czarny smętny blues.
 
Hotel wolnych pokoi – 
w recepcji pająk śpi.
W torby wkładam powoli
okruchy tamtych dni…
 
Już nie ma dzikich plaż 
na których zbierałam 
bursztyny,
gdy z psem do Ciebie szłam,
a mewy ósemki kreśliły,
kreśliły.
 
Już nie ma dzikich plaż – 
starego sprzedawcy
pamiątek 
i tylko w szumie traw
znajduję ten cichy zakątek,
zakątek. 
 
Już nie ma dzikich plaż 
i gwarnej kafejki 
przy molo. 
Niejedna znikła twarz 
i wielu przegrało swą młodość,
swą młodość…”
 
/K. Logan – Tomaszewski ,,Już nie ma dzikich plaż”/
 

 

 

 

 

 

 


 

Niewidzialna siła

Dziś brałam udział – wraz z niektórymi innymi ,,erasmusowcami” – w spotkaniu organizowanym przez organizację mentorską, która sprawuje tu nad nami opiekę. Obejrzeliśmy duński film, który święcił triumfy bodaj w Cannes w 1998 roku (duński tytuł to Festen, angielski – The Celebration). Oto wiejska posiadłość zacnej rodziny staje się miejscem hucznych obchodów okrągłych – bo sześćdziesiątych – urodzin pana domu. Podczas wielkiej fety wychodzą na jaw rodzinne sekrety – a bynajmniej nie zawsze są wygodne.

(Poranne niebo nad Amager)

 

(Radhuspladsen)

 

 

 

 

 

(Fiolstraede)

 

(To nie te czasy, Arlekinie, nie te czasy…)

 

(Tam, gdzie się kończy horyzont, leży nieznany ląd – 
Ziemia jest trochę garbata, więc go nie widać stąd…)
 

 

(Z pokoju mentorów 🙂 )
,,Prowadzi mnie od lat niewidzialna siła,
która nadaje sens i każe trwać.
Niewiele mam – tak mało, a przecież tyle,
dlatego wiem, co chciał powiedzieć wiatr…”
 
Tak, wiem, znowu będzie poetycko. Ale cóż poradzę na to, że taka właśnie jestem…? Coś faktycznie mnie tu prowadzi w tej Kopenhadze i skądś biorę tę siłę na kolejny dzień przetrwania.  A może to po prostu kwestia przyzwyczajenia? Sama nie wiem. Owszem, chwilami łapie mnie nostalgia, lecz – jest zdecydowanie lepiej niż było te dwa tygodnie temu.
 
 

Norreport Station

Kolejny ciekawy dzień za mną! Spędzony w miłym towarzystwie…

Tradycyjny już – spacer w kierunku uczelni. Przepisowe czterdzieści minut tuptania 🙂

 

 

 

 

(Biurowce – na szczęście nie aż tak naćkane jak warszawski mordor na Domaniewskiej)

Urocza kopenhaska kafejka – kawa cappuccino i ciasto marchewkowe (jedno i drugie bardzo mniam!) – i długa rozmowa. A potem spacer – połączony z zakupami. Wreszcie –  oświetlona, wieczorna stacja Norreport.

 

 

 

 

Na zakończenie dnia – Studenterhuset!

 

 

🙂

Dwa tygodnie minęły…

…jak z bicza strzelił. Coraz bardziej mi się tu podoba! 🙂 Każdy dzień przynosi coś nowego – niekiedy iście duńskiego 🙂

Dzisiaj akurat minął spokojnie – bez większych szaleństw. Głównie – na uczelni.

(Paczka od rodziców – zawsze cieszy! Zwłaszcza słodycze :p)
(Spacer do Saxo Institute)
(Duńczycy na ogół wożą dzieci w specjalnych koszach z przodu roweru)
(Pilnuj swoich rzeczy – kradną! Ostrzeżenie na moim Instytucie)

I am meek like a lamb

,,…potulna jestem jak baranek… i tylko mam nadzieję, że… że chyba wiesz, co robisz, Panie…” – nucę w ten bardzo deszczowy, bury i ponury dzień. Jakiś taki… nijaki. Piosenka Edyty Geppert chodzi dziś za mną krok w krok.

 

(Taki mam deszczowy widok z okna)
Uczelnia. Wykładowca zupełnie mnie rozczulił. Wie, że nie słyszę, więc przysiągł, że będzie pisał na tablicy. Póki co, słowa dotrzymuje, co niekiedy wygląda zabawnie: biega po sali wykładowej, dzierżąc w jednej garści kredę a w drugiej gąbkę do ścierania. Umówiłam się z nim, że w przyszłym tygodniu pójdziemy razem do sekretariatu uczelni, by upewnić się co do formy egzaminów – chodzi o to, by w moim przypadku, jak zapewne nietrudno się domyślić, przeważały pisemne nad ustnymi.
Potem – obiad w stołówce akademickiej, a wreszcie – biblioteka. I nauka. Na jej ,,niedobór” tutaj nie narzekam – jest co robić. Ten, kto powiedział, że Erasmus jest jedną wielką imprezą, chyba nigdy nie był na Erasmusie.
Weszłam do akademika przed półgodziną. A teraz – zabieram się za dalszą robotę.

 

(Plac Szkocki :p mijany codziennie pod drodze z ulicy Krymskiej /dom/ na ulicę Karen Blixen /uczelnia/ :p)
(Vasketeria! Podoba mi się to słowo. Po polsku ,,pralnia” brzmi jakoś… twardo i mało literacko :p)
(A takie kąciki mają studenci, żeby nie robili syfu w każdym najmniejszym zakątku uczelni. Tutaj zostawiają kubki po kawie, wywalają do kontenerów to, co mają wywalić… Generalnie: Ordnung muss sein :p)

 

 

(Wnętrze wydziałowej biblioteki i budynek mojego Instytutu oraz zachmurzone, kopenhaskie niebo – widziane z jej okien)
I dzisiejsze hiciory (ach, jak ja lubię robić te zestawienia!):
(Attention! Oddające kał psy zostaną sfilmowane! :p)
(Potrzebujesz stołka? To go sobie weź!)

Kopenhaski Dom Studenta

Studenterhuset. Tak to się po tutejszemu nazywa. Organizacja non – profit; studenci tworzą ją dla studentów. Mają w niej miejsce rozmaite eventy – dziś odwiedziłam ją przy okazji czegoś, co po duńsku nazywa się Loppemarked, a po angielsku Flea Market. Taki… pchli targ. Używane ciuchy, buty, torebki… I – tłumy studenckiej braci. Takie tłumy, że jak szłam kupić sobie kawę, to myślałam, że się nie przecisnę… Koniec końców dałam radę i przepyszne latte wypiłam 🙂

http://studenterhuset.com/

 

(Kobmagergade – powyżej i poniżej. Tu mieści się Studenterhuset)

 

 

(Mijane po drodze Muzeum Poczty i Telekomunikacji)

 

(Studenterhuset na zewnątrz i od wewnątrz)

 

 

Metro kopenhaskie jest metrem śmiertelnie drogim, toteż wszędzie maszeruję na piechotę. Przy okazji – fotografuję to i owo. Dziś w drodze powrotnej ze Studenterhuset uchwyciłam kościół stojący przy kopenhaskim deptaku Stroget.

Przeszłam również obok Akademii Muzycznej.
…jeszcze parę obrazków z dzisiaj:
(Hundesalon. Zatęskniłam za moją psiarnią… ❤ )
I coś, co mogę określić mianem hitu.
(Niektórzy jeszcze nie uprzątnęli Mikołaja – patrz kilka postów niżej.
A inni już handlują czekoladowymi zajączkami…)