…życie jak słońce się złoci

,,Tak mało na świecie dobroci,
a tyle jej światu potrzeba! 
Nią życie jak słońce się złoci, 
nią Ziemia się zbliża do Nieba!”

Dziś jestem szczęśliwa. Dzień zaczęłam wprawdzie w biegu, ponieważ spod ciepłej pierzynki wystawiłam głowę o dziewiątej, a na dziesiątą pięć byłam umówiona z jednym z wykładowców. Stwierdzając: ,,Cholera, znowu zaspałam!”, ogarnęłam się w trymiga i popędziłam na stację metra (mama mnie zabije; po zamachach w Brukseli solennie przysięgłam jej nie jeździć metrem). Punktualnie o dziesiątej stanęłam pod drzwiami gabinetu i zaczęłam się zastanawiać, po co ja się tak spieszyłam, skoro i tak jeszcze nie wyszła od niego inna ze studentek.

A szczęśliwa jestem, bo spotkanie z wykładowcą było bardzo udane. Człowiek, który na zdjęciu na instytutowej stronie wygląda jakby miał Cię, drogi studencie, zjeść – okazuje się być sympatyczną osobą; taką, z którą da się pogadać. Siedzieliśmy przez godzinę i uzgadnialiśmy szczegóły mojego egzaminu.

Widać było w tym człowieku życzliwość i to, że chce mi pomóc. Rozczulił mnie tym, że gdy powiedziałam mu o tym, iż potrzebuję namiarów na jakąś anglojęzyczną książkę o historii Danii – wziął długopis i zapisał to sobie… na ręce. Potem przysłał mi maila – z tytułami takich książek.

Życzliwość… dobroć. Szacunek dla drugiego człowieka. Zrozumienie, a przynajmniej próba zrozumienia. Dziś – na tym zwariowanym, zagonionym świecie – często o tych wartościach zapominamy. A przecież – jak pisał Lucjan Rydel w cytowanym wierszu pod tytułem ,,Dobroć” – „nią życie jak słońce się złoci, nią Ziemia się zbliża do Nieba!”.

(Mały obrazek ze spotkania 🙂 )
(A takie nam dzisiaj filmy wyświetlali na budynku Saxo Institute 🙂 )

Rudzielec i Wiewiórki

Dziś nie będę pisać o Kopenhadze. Wyjątkowo. Dziś napiszę o miejscu, w którym spędziłam dużą część życia i któremu bardzo wiele zawdzięczam.

,,Wiewióry”. Podkowiańskie Liceum Ogólnokształcące. Ulica Wiewiórek w Podkowie Leśnej. ,,Szkoła w podkowę złożona” – jak powiedziała o niej kiedyś świętej pamięci profesor Anna Ziemba – Michałowska. Miała rację.

W 2006 roku moi rodzice zdecydowali – z przyczyn rozmaitych – o zmianie mojej szkoły. W pogodny wrześniowy poranek stanęłam przed starą willą i zaczęłam się zastanawiać, co to będzie dalej. Do tej pory słowo ,,szkoła” niezmiennie kojarzyło mi się z czymś, co miało niezliczoną ilość korytarzy, wielką salę gimnastyczną (pełniącą, obok swojej podstawowej funkcji, także rolę miejsca wszelakich szkolnych akademii) i najczęściej było otynkowane na biało. A tutaj i teraz? Stary dom, dookoła zieleń, drzewa, jakaś taka cisza, spokój. ,,Cóż… jak nie spróbuję, to się nie dowiem, jak tu jest” – stwierdziłam, przekraczając próg willi.

W szkole panował zupełny luz. Nie było jakiejś pogoni, nerwów, prześladujących się nawzajem uczniów – krótko mówiąc: tego, z czym wiązałam swoje najgorsze wspomnienia z poprzedniej placówki. Nauczyciele, widać było, bardzo chcieli mi pomóc zaaklimatyzować się w ,,Wiewiórach” – jak szkoła po dziś dzień (a w tym roku będzie obchodzić 26 – lecie istnienia) jest nazywana. Początki jednakowoż zawsze bywają trudne i w tym przypadku też przeszłam tak zwany ,,trudny okres”, ale na ten temat jakoś specjalnie się tu rozwijać nie będę, bo to nie jest ani czas, ani miejsce na tego typu dywagacje. Powiem tylko, że… wspólnymi siłami – moimi i w ogóle szkolnej społeczności – udało się te problemy przezwyciężyć.

To ,,Wiewiórkom” zawdzięczam rozwój mojej wielkiej historycznej pasji. Zawsze mogłam liczyć na pomoc i wsparcie, na akceptację moich najbardziej szalonych pomysłów. Pierwsze nieśmiałe kroki w archiwach stawiałam pod opieką obecnego Wicedyrektora. Prace semestralne pomagały mi uczyć się prawidłowego tworzenia wypowiedzi pisemnych na tematy historyczne, co na studiach okazało się być bardzo pomocne… a sławetne ,,pojęcia do wyjaśnienia” – czyli każdorazowa praca domowa z historii – w okresie sesji stanowiły doskonały materiał do powtórki.

Ziembusia. Ziembuś. Czy – jak sama o sobie mówiła bądź jak się podpisywała – Ziemba. Anna Ziemba – Michałowska (1946 – 2014). Świetny historyk sztuki, cudowny człowiek o wielkim poczuciu humoru. I rodzinnie, i – przede wszystkim – sercem – związana z Krakowem. Lekcje historii sztuki stanowiły cudowną podróż przez epoki. Była nauczycielką z powołania i pasjonatką sztuki, można powiedzieć, że miała to w genach, bo historykiem sztuki była jej matka, a nauczycielem – akademickim z UJ bodajże – był jej ojciec. W nauczanie wkładała całe  swoje serce – jeździliśmy z nią do muzeów, odbywaliśmy spacery po Krakowskim Przedmieściu… dziś sala, w której wykładała – nosi Jej imię. Zawsze, gdy tam wchodzę i patrzę na Jej torebki, na jej stosy przeźroczy, książki, widzę Ją – uśmiechniętą, kochaną, NASZĄ ,,wiewiórczą” Ziembę. Łezka mi się w tym momencie kręci w oku, gdy przypominam sobie, jak kiedyś wezwała mnie do siebie i usłyszałam:

– Helka! Mam coś dla Ciebie! Przyniosę Ci na następne zajęcia, ale nie pytaj, co to!

Dostałam od niej…  mały słoiczek. Cały dzień się głowiłam, o co Jej chodzi i co to za dziwaczny prezent. Wieczorem wzięłam ten drobiazg, usiadłam i zaczęłam się dokładniej przyglądać. Okazało się, że to… pamiątka z Opery Wiedeńskiej. Na ściankach słoiczka i na wieczku widniały sceny z ,,Czarodziejskiego Fletu”.

,,Wiewiórom” również zawdzięczam rozwój moich zainteresowań pisarskich. Limeryki, wiersze, artykuły ukazywały się w szkolnej gazecie pod tytułem – nietrudno się domyślić – ,,Wiewióry”. Głęboki ukłon w stronę Pań Polonistek, które podsuwały mi ciekawe książki do czytania – gdyby nie Pani Dyrektor być może nigdy nie sięgnęłabym po ,,Annę Kareninę” (będącą dziś jedną z moich ukochanych książek).

Gdy tylko mogę – wracam do ,,Wiewiór”. Do mojego ,,drugiego domu”. W wolnych chwilach – prowadzę tam lekcje historyczne albo… po prostu wpadam w odwiedziny, porozmawiać. I nie chcę stamtąd wychodzić. Co roku staram się przychodzić na Wystawę Psów Kochanych,
w ubiegłym roku wzięłam udział w wieczorze filmowym.

Mogę o sobie powiedzieć: jestem Rudzielcem, który pokochał Wiewiórki. Każdemu takich wspomnień ze swojej szkoły życzę.

 

(Zdjęcie zaczerpnięte z Internetu)
Link do strony ,,Wiewiórek”

Nauka języka i wariackie papiery

Tak, wiem, długo nie pisałam… dwa i pół dnia :p ale po prostu nie miałam kiedy. Teraz właśnie też odłożyłam na chwilę książkę z której… tak, tak – uczę się duńskiego.

A więc… przedwczoraj zaczęłam naukę. Uznałam, że język duński może mi się w przyszłości przydać – to najważniejsze. A po wtóre – nauka języka obcego to może być niezła zabawa. W tym momencie – jeśli chodzi o moje language skills – bazuję na angielskim. Niemieckiego uczyłam się przez sześć lat, ale po pięciu latach braku kontaktu z językiem ogranicza się on do trzech zwrotów: ,,Ja”, ,,Nein”, ,,Hande hoch”, aczkolwiek przyznaję, że raz – zmuszona sytuacją – zaczęłam wydobywać z otchłani pamięci jakieś resztki tego niemieckiego (cóż poradzić, w pociągu byli sami Niemcy i nikt nie mówił po angielsku!) i – o dziwo – nawet się dogadałam. Przez dwa lata uczyłam się łaciny i lubiłam ten język, ale – jak wiadomo – to język martwy i raczej na ulicy w nim nie pogadasz. W wersji baaardzo podstawowej znam Polski Język Migowy. Cóż… zobaczymy, jak będzie z tym duńskim.

Mam multum roboty i wiele rzeczy się odbywa w tym momencie na takich trochę wariackich papierach. Obiecuję, że jak tylko się troszeczkę ogarnę, to napiszę dłuższego posta.

 

 

 

(Szkoła językowa do której uczęszczam)
(Wrocław ma swojego kota Dantego… Kopenhaga – jak widać, również 🙂 )
(Podkowa ma ,,Filharmonię Dziecięcą”, Kopenhaga – koncerty jazzowe dla dzieci)
(Det Ny Teater)
(Którędy do opery? 🙂 )
Wczoraj – dla relaksu – poszłam na event o nazwie ,,Danish Film Club”. Obejrzeliśmy – w kameralnym gronie – film ,,Klovn” z 2010 roku.

 

 

 

 

 

Osterbro – małych uliczek czar :)

Osterbro – na północ od centrum miasta. Jej powierzchnia wynosi 11 84 km2(dane podaję za Wikipedią). Więc odbyłam dziś dziesięciokilometrowy spacer, by właśnie Osterbro odwiedzić. Najpierw jednak zajrzałam do Studenterhuset, gdzie odbywał się ‚pchli targ’ 🙂 A żeby dojść do Studenterhuset – musiałam tuptać przez Andersens Boulevard i Radhuspladsen 🙂

 

(W Warszawie hotel Marriott jest w centrum miasta. W Kopenhadze również 🙂 )

 

(,,Dzień z historią”? 🙂 )

 

(Zimna woda zdrowia doda!)

 

(Pozdrowienia z pchlego targu!)

 

(Mrożone jogurty – tak bardzo mniam! 🙂 )
(Serial taki ciekawy :p )

Po wyjściu ze Studenterhuset ja – artystka – oczywiście stwierdziłam, że skoro drogę do stacji Norreport znam na pamięć, to dalej może być już tylko łatwiej. Po czym – również oczywiście – pomyliłam drogi. Tym sposobem przeleciałam pół Norrebro, żeby summa summarum stwierdzić, że jednak, cholera, coś tu nie teges… Na Osterbro dotarłam… po błądzeniu, kluczeniu i czort wie, czym jeszcze. Poniżej – parę zdjęć i filmów z tej wyprawy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poniżej – już samo Osterbro:

 

 

 

 

 

 (Kopenhaska… siłownia na świeżym powietrzu 🙂 )

 

 

 

(Osterbrogade)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Małych uliczek czar…

 

 

 

 

 

I droga powrotna…

 

 

 

(Statens Museum for Kunst)

 

 

(Muzeum geologiczne – kiedyś muszę je odwiedzić)

 

 

(Ogród botaniczny)
(Rosenborg – jeden z pałaców królewskich w Kopenhadze)

 

(Skoro to są najlepsze kanapki w mieście, to może kiedyś się skuszę…)

 

(Mapa Wielkiej Kopenhagi)

 

(W Polsce wielkim świętem jest Pierwsza Komunia. Tutaj – bierzmowanie)
I hiciory.

 

(O brownie już wiedziałam. O tym, że jest coś takiego jak blondie – dowiedziałam się dziś)

 

(Perfekcyjny brak perfekcji)
(….)

(Pij mleko… będziesz wielki :p )

Był wyżej Marriott kopenhaski, to teraz trochę… warszawskiego:

 

Ps. I jak miło było usłyszeć język polski na Stroget :p nawet, jeśli w takich słowach:
– O k***a, gdzie my jesteśmy?!
-A to nie tutaj?!
:p

Słodkie, sobotnie nieróbstwo

Sobotę bardzo lubię z kilku powodów.

Po pierwsze – można się wyspać.

Po drugie – można odpocząć.

Po trzecie – można się  na spokojnie spotkać ze znajomymi.

Po czwarte – następnego dnia jest niedziela, czyli w perspektywie ma się kolejne 24 godziny wolnego.

Tak więc – obecnie – sącząc kawę – powoli kończę mój anglojęzyczny artykuł, który od miesiąca leży i kwiczy kwikiem rozpaczliwym. Jakoś w tym momencie wyjątkowo nie chce mi się nigdzie wychodzić. Natomiast mam już poczynione plany wobec jutra i mam nadzieję, że wypalą… a po to, by wypaliły – muszę dziś wieczorem zasiąść do nauki i jutro już mieć wolne. Póki co – celebruję słodkie, sobotnie nieróbstwo. Nieróbstwo, niemyślenie o problemach, niemyślenie o nadchodzącym tygodniu.

🙂

(Wieczorne, tętniące życiem miasto)

Ps. Włączyłam sobie YouTube – i piosenkę, która należy do tych, co to poprawiają mi humor:)

Pożar w Burdelu – Ania z Polski ,,Ryan Gosling” 🙂

Statens Arkiver. Rigsarkivet. Ulica Francuska

Z wykształcenia jestem historykiem – archiwistą i uwielbiam to uczucie ,,zanurzenia” historii, w starych dokumentach, w zagadkach, które często – przy pomocy owych dokumentów bądź za ich sprawą – trzeba rozwiązać.Tym chętniej podjęłam się zadania odnalezienia ,,Poloników” (łac. Polonica) w duńskich archiwach. Wczoraj przystąpiłam do dzieła.

Dostęp do samych archiwaliów uzyskałam w zasadzie bez większego problemu i już wczoraj złożyłam zamówienie na konkretne teczki archiwalne. Schody zaczęły się dzisiaj. Okazało się bowiem, że teksty łacińskie pisane starym, ozdobnym pismem (paleografia pospołu z neografią kłaniają się w pas!) to jeszcze nic. Nieznajomość języka duńskiego – to też nic. Najwięcej spośród tych tekstów (a to jest najczęściej korespondencja dyplomatyczna) jest napisana po francusku i tutaj – jak z początku mi się wydawało – był zupełnie pies pogrzebany, bo aby opanować francuski, trzeba, jak kiedyś wyraził się jeden z moich wykładowców – ,,czuć bluesa” . Na szczęście – zostały one na tyle dobrze opisane przez archiwistów, że – nawet nie znając francuskiego – wiesz, o czym tam jest mowa.

Jestem pod autentycznym wrażeniem tutejszego archiwum – bardzo nowoczesnego, wyposażonego w najnowszej generacji sprzęt, świetnie umeblowanego (bardzo wygodnie się tam pracuje). Mieści się tuż obok Kongelige Bibliothek, więc ta nowoczesność łączy się z surowością majestatycznego budynku. Niestety, nie można było robić zdjęć.

Po wyjściu z archiwum poszłam do biblioteki, by pożyczyć książkę. W bibliotece zawieruszyłam mój duński dowód osobisty (,,żółtą kartę”) i przetrząsnęłam ją całą w poszukiwaniu rzeczonego dowodu, opóźniłam zamknięcie biblioteki o prawie pół godziny, ale ,,żółta karta” szczęśliwie się znalazła, bo była… pod jedną z książek. Ufff… nie ukrywam, że strachu się najadłam.

A teraz… odpoczynek. Uważam, że zasłużony po pracowitym tygodniu…

 

 

(Sala wykładowa i widok z okna uczelni)

 

 

 

 

(Archiwum)
(Podoba mi się ten budynek :p )
(Cukiernia z sernikami! A ja tak kocham serniki…)
(Taki sklepik też minęłam po drodze…)

 

 

 

(Książki, księgarnie – cały mój świat. Dlatego tak chętnie zaglądam do antykwariatów)
(Książki kucharskie w cenie promocyjnej 🙂 )

 

(Wyznanie :p )
(Cukierek z paczki od rodziców. Małe ,,coś”, a cieszy! 🙂 )

 

(I moje dwa hity. Poświąteczne promocje :p )

 

(Warszawa ma ulicę Francuską na Saskiej Kępie.
Kopenhaga ma ulicę Francuską na Amager)

 

(To był maj, pachniała Saska Kępa…)
 
 
(Na Francuskiej…)
 

Reanimacja po duńsku. Bye – bye HTC

Dzisiejsza próba ratowania polskiego smartfona zakończona. Fiasko po całości.

Jak się okazuje – reanimowanie smartfona w Danii chyba raczej się nie opłaca. Duńczycy – jak się okazuje – jeśli mają do wyboru: naprawić telefon i kupić telefon, to zasadniczo czynią to drugie. Kiedy dwa tygodnie temu HTC (następca mojej nieodżałowanej Nokii, jakże zuchwale mi ukradzionej!) zaczął odmawiać współpracy, a ja odkryłam, że to problem z kartą SIM – stwierdziłam, że to żaden problem, że polski telefon mi się tu nie przyda, ale… no właśnie.

Ale:

– wiele osób dawało mi znać, że się niepokoi, że nie może się do mnie dodzwonić i / lub ,,dopisać” esemesowo.

– zaistniało ryzyko, że nieszczęsną kartę SIM zgubię, a wtedy Pan Mecenas (tak, tak, mój kochany Tatuś – kto zna Mecenasa, ten wie, jak bardzo Mecenas jest kochany ❤ kocham Cię, Tatusiu! <3) może być Mecenasem bardzo, bardzo złym (złość byłaby zapewne porównywalna do złości w momencie, kiedy odkryliśmy kradzież Nokii – o ile nie większa).

– moja rodzina jednak woli kontaktować się ze mną z Polski na numer polski.

Dzisiaj – strawiłam cały dzień na poszukiwaniu serwisu, który podjąłby się naprawy rzeczonego HTC. Reasumując (jakże krótko i jakże treściwie): dupa. Wszędzie mówiono, że to strasznie drogo. Myślałam, że zejdę, gdy w czwartym serwisie podano mi konkretne powody. I konkretną cenę.

– Wie Pani, to jest ewidentnie problem w samym środku telefonu. Trzeba byłoby go rozebrać na części. A to HTC, który nie jest telefonem zbytnio popularnym, więc z dostaniem części też nie byłoby prosto. Ma Pani do wyboru: płacić 3 tysiące polskich złotych za naprawę albo kupić nowy telefon – za 500 złotych.

Chyba się pożegnam tym samym z HTC. Mimo wszystko – jakkolwiek do mojej słynnej Nokii żywię duży sentyment – najlepsze wspomnienia mam związane z komórkami marki Motorola. Były chyba najbardziej niezawodne.

Póki co – proszę zapomnieć o moim polskim numerze telefonu. On teraz nie istnieje.

Cóż. Siadam do roboty, wszak trzeba się przygotować na jutrzejsze zajęcia (samo, niestety, się to nie zrobi!). O 21.00. miting z Mecenasem na Skype. Wówczas zostaną podjęte jakieś decyzje.

 

(Radio pod prysznic – w kształcie mikrofonu.
Gazeta o tytule ,,Jedzenie”.)

Wielkanoc w wersji hard

Wojciech Młynarski śpiewał swego czasu, że ,,nie ma jak u mamy”. Dla mnie to pierwsze Święta z dala od domu, więc to też nowe doświadczenie i – przyznam – jeśli powiem, że łatwe, to skłamię. Niewątpliwie jednak – ciekawe. Dziś uczestniczyłam w rodzinnym śniadaniu wielkanocnym w Podkowie – rzecz jasna, za pomocą Skype’a. Dziś również – przez ponad godzinę rozmawiałam na Skype z moją psiapsiółką. ❤

Żeby umilić sobie tu czas – poszłam na kawę. Przyznam, że kawę bardzo lubię 🙂 Zabija większość smutków 🙂 Jest na Amagerbrogade taka kawiarenka, która bardzo przypadła mi do gustu.

Przy okazji – zjadłam muffina. Cytrynowego. Był bardzo smaczny! Rodzinka w Podko wcina mazurki, to ja w Kobenhavn nie mogę być gorsza :p

Paskudna pogoda – deszcz! 😦 – przygnała mnie z powrotem do akademika. Ale wspomnienia pysznej kawy… pozostały 🙂

 

 

 

 

A tak – z tęsknoty za latem – słucham teraz…

….i….

Wesołych Świąt wszystkim 😀

Królestwo czekolady, marmurowy kościół i… Magazyn

 

Dzisiejszy post będzie dotyczył dnia wczorajszego. Powód jest bardzo prosty: przez dwa dni nie było Internetu i to, co pisałam na Facebooku o ograniczeniu swojej aktywności na Fb – dotyczyło właśnie tego; chodziło o to, żeby nie używać Internetu w smartfonie, bo to roaming (po rozmowie z Władzami Wyższymi na temat ostatniego rachunku za telefon – zdecydowanie wolę nie przeginać…).

A wczoraj się działo. Było tak ślicznie i słonecznie, że się naprawdę aż z domu chciało wyjść, no i nie było wiatru (dzisiaj był bardzo silny). Obleciałam kopenhaskie faktorie czekolady (ceny zupełnie zawrotne, więc mogłam tylko – jak to obrazowo mawia mój Tatuś: popatrzeć jak ludzie jedzą lody.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Kolejnym moim przystankiem były ulice Frederiksgade i Bredgade. I kościół Marmurowy – Frederikskirken. Przepiękna budowla z przełomu XVIII i XIX wieku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tuż obok – stoi cerkiew Aleksandra Newskiego. Niestety, nie można było wejść do środka.
I pomnik jednego z władców.
Od kilku dni wręcz śniłam o pizzy, a ponieważ tutejsze pizzerie (a raczej ich widok) nie napawają zbytnim optymizmem – wybrałam się od sieciówki. To znaczy – do Domino’s. I – zajadając margheritę – raczona byłam piosenkami Shakiry.
Ostatni punkt dnia – Magasin du Nord. Jeden z najdroższych – obok Illum – domów towarowych Kopenhagi. Taki tutejszy Harrod’s.

 

 

 

 

 

 

 

Myślami człowiek jest z Belgią… cały czas mówi się o tym, co dwa dni temu się wydarzyło.
………..

 

 

 

Z wizytą u Królowej i Małej Syrenki

Amalienborg, Langelinie Pier i Kastellet – w tych trzech nazwach można zmieścić opowieść o tym, co dziś widziałam.

Zaczynając jednak od początku – rano – jakbym oberwała obuchem w głowę. Wiadomość o Brukseli sprawiła, że chodziłam jak śnięta i w zasadzie na miasto wyszłam późno, bo dopiero około czternastej.

Trasę sobie dziś obrałam ambitną – postawiłam sobie za cal zapoznać się ze słynną the Little Mermaid 🙂  A ode mnie to jednak spory kawałek drogi (a jeszcze – chcąc poznawać miasto, wybrałam okrężną drogę) – to była bodaj najdłuższa z odbytych przeze mnie do tej pory wycieczek. Przeszłam przez przepiękny Amalienborg – rezydencję królewską, de facto składającą się z czterech pałaców – w kierunku Den Lille Havfrue, czyli bodaj najsłynniejszego pomnika w Danii. Mijając Langelinie Pier – miejsce cumowania wielkich statków pasażerskich, a wcześniej – anglikański Saint Alban’s Church (kościół świętego Albana) – dotarłam do syreny – oblężonej, nietrudno się domyślić, przez turystów, spragnionych posiadania z nią – za przeproszeniem – ,,słit foci”.

Kastellet – kopenhaska cytadela. Wszystko opisane wyżej – może poza  znajduje się – de facto – na jej terenie.

Zdjęcia są kiepskiej jakości, ale były robione już pod sam wieczór.

 

 

 

 

(Amalienborg)

 

 

 

(Saint Alban’s Church)
(Langelinie Pier)

 

 

 

 

 

(Den Lille Havfrue)

 

 

 

(Kastellet)
Churchillparken – do 2013 roku mieściło się tam muzeum duńskiego ruchu oporu. W 2013 roku spłonęło.

 

 

 

 

 

 

Hicior – jeszcze z wczoraj – rodem z drogerii (,,Normal” to coś a la polski ,,Rossman”). PERFUMY. Jedne – podkreślam – Z DROŻSZYCH.
A w ramach deseru…

 

 

(Wiosna, ach, to Ty 🙂