,,Co dzień szczęście zdarza się ludziom…"

,,… i trwa chwilę, dwie, 
albo wiek…”

Dzisiejszy dzień – był jak najbardziej udany. Spędzony w dwóch bibliotekach – najpierw instytutowej, później – miejskiej. Powrót na Amager przez wieczorną Kopenhagę – znów magicznie oświetlony Sondre Kampus… Tak, jak nocą wygląda miasto, wyobrażałam sobie ilustrację (teledysk?) do cytowanej tak w tytule niniejszego posta, jak i w treści powyżej, piosenki Zdzisławy Sośnickiej.

Każdy dzień tutaj – przynosi coś nowego. Czasem coś bardziej, czasem mniej przyjemnego, ale… świadomość, że jestem tu sama, że moi najbliżsi są w Polsce, sprawia, że, choćby nie wiem co – muszę sobie dawać radę. Tak, łatwo powiedzieć, że ,,staram się”, wszak ,,dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”, lecz przecież nie usiądę i się jakże efektownie nie rozpłaczę. We wszystkim, co mnie spotyka, staram się widzieć choćby mgiełkę optymizmu.

Filozofuję? Wiem. Ale między innymi po to założyłam tego bloga, żeby dać czasem upust mojemu ,,filozofowaniu”.  Żeby czasem móc się ,,oczyścić”, wyrzucić z siebie pewne myśli – czasem bardziej, a czasem mniej potrzebne, przydatne…

 

(Egzemplarz wydziałowego organu prasowego. Dziś próbowałam czytać po duńsku)

 

(Takie cudo wisi w Saxo Institute)

 

(Dwa z trzech poziomów biblioteki instytutowej)

 

(Tablica ogłoszeń na wydziale)

 

(Wieczorny Skotland Plads)

 

(Wieczorne domy na Krimsvej)
(Wspomnienie Walentynek! McFlurry <3)
I hity.

 

(Śmiejące się lustro. Chyba bałabym się w to inwestować)
(Wielkanocnych jajek – niespodzianek widziałam, wydawać by się mogło, całkiem sporo.
Ale jajko – niespodziankę rodem z Gwiezdnych Wojen widzę chyba po raz pierwszy)