,,Jeszcze nigdy tak nie było…

żeby jakoś nie było” – jak mawia moja Mama. Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa, co przyniesie mi najbliższy tydzień, a moją ciekawość potęguje fakt, że przyjedzie do mnie Tata i zobaczymy, jak mu się spodoba Kopenhaga (bo że mu się spodoba, to – myślę – nie ulega wątpliwości, ja to miasto zdążyłam… pokochać). Mam nadzieję, że kolejne siedem dni będzie trochę mniej zwariowanych niż te ostatnie – że znajdę chwilę, którą spożytkuję na napisanie nowego posta na blogu. Zaczęłam również przenosić bloga w inne miejsce – z tym tylko, że – z braku czasu – robię to z doskoku i ślamazarzy się to niemiłosiernie.

(Zdjęcie sprzed prawie trzech miesięcy, kiedy o dziewiętnastej było ciemno, a ja stawiałam swoje pierwsze ,,kopenhaskie” kroki)

Tak – z każdym dniem piękna Kopenhaga podoba mi się coraz bardziej. Jeszcze wiele miejsc pozostaje do odkrycia, ale przecież wiem, że stopniowo je odkryję. Mam także świadomość, że niedługo egzaminy i powoli muszę zacząć się do nich przygotowywać. Cóż… istnieje w słowniku każdego studenta magiczne słowo sesja.

Co ma być – będzie. ,,Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było…”

Trochę się nazbierało…

Tydzień miałam tak zwariowany, że nawet – co przyznaję z niejakim wstydem – blog leżał i kwiczał kwikiem rozpaczliwym. Poczynając od tego, że we wtorek miałam pierwszą w swoim życiu całkowicie anglojęzyczną prezentację, gdzie nikt ze słuchaczy nie mówił po polsku. Wróciłam z niej i zasiadłam do nauki duńskiego, który miałam w środę. W czwartek odbyłam kolejną rozmowę – tym razem z drugim wykładowcą i dzięki temu już mam tematy obydwu egzaminów – do których w sumie należałoby już zacząć się uczyć, w końcu odbędą się one dokładnie za miesiąc (!). Czwartkowe popołudnie i wieczór upłynęły mi na przygotowywaniu się z kolei na piątek i piątkowe zajęcia, a w piątek – czyli wczoraj – znowu na nogach byłam od rana: najpierw zajęcia, potem archiwum i praca zaliczeniowa, potem spotkanie i koniec końców po wszystkim byłam o 21.00. na Amager. Dzisiaj odsypiałam – nie piszę, o której wstałam, bo to aż wstyd. Potem poszłam na spacer, który w sumie w planach miałam znacznie dłuższy, ale zatrzymał mnie ulewny deszcz… Słońce wyszło – owszem, ale jak już wracałam do siebie – objuczona zakupami…

(Środa. Vesterbrogade)
Znalazłam jednak – w czwartek – chwilę czasu, by zrobić sobie małą przyjemność. Otóż wzięłam udział w evencie organizowanym przez moją wydziałową bibliotekę. Poniżej – zdjęcie plakatu promującego ten event. Miło było posłuchać kulturalnej rozmowy dwóch wykładowczyń – jeden z Danii, drugiej z Niemiec. Miło było dowiedzieć się czegoś nowego…
Nauka, ciężka nauka…
Wczoraj zahaczyłam o Paludan Bogcafe – coś takiego jak warszawski ,,Czuły Barbarzyńca”, tylko, że jakieś cztery razy większe. Uwielbiam takie zakątki. Generalnie – jestem molem książkowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

Na takie ,,cosie” też się w tym tygodniu natknęłam:

 

(W sklepie Tiger)

 

(Na ścianie gabinetu wykładowcy)
(W Lidlu)
(I na Stroget)
Karteczka na drzwiach sali wykładowej – dzięki niej wiedziałam  w czwartek, gdzie się udać, by znaleźć wykładowcę 🙂

,,Pójdźcie w jasności jasność”. Piosenki ostatnich dziesięciu lat PRL – u

 

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku niewątpliwie obfitowały w wydarzenia historyczne. W roku 1980 podpisano Porozumienia Sierpniowe. W grudniu 1981 wybuchł stan wojenny. Na demokratyczne wybory przyszło Polakom czekać kolejne osiem lat – do czerwca ’89. Autorzy tekstów piosenek  czerpali z tych wydarzeń – jak również z realiów życia w PRL – u – garściami.

 

,,Kolęda Nocka”. Album, który został wydany w roku 1981. Powstał rok wcześniej – po sierpniowych wydarzeniach na Wybrzeżu. Właściwie ,,Kolęda Nocka” była musicalem, śpiewogrą – z librettem Ernesta Brylla i muzyką Wojciecha Trzcińskiego. Prym wiodły w nim dwa silne głosy. Głosy Teresy Haremzy i Krystyny Prońko. Siłę obydwu tych głosów widać w wykonanym wspólnie przez obydwie piosenkarki ,,Psalmie o gwieździe”, ze słowami:

Wszyscy, coście dziś biedni,

co jecie chleb powszedni,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

 

Ci, co gorzko płaczecie,

ci, co drogi nie wiecie,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

 

Ci, co jesteście sami

od bólu obłąkani,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

 

I wy, co bez uśmiechu,

i wy z brudu i grzechu,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

 

I maleńcy, nieważni

i żyjący w bojaźni,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

 

I wy życiem zmęczeni,

otępieni cierpieniem,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

 

Niech to światło ogromne

stanie się naszym domem,

niech w promieniach tej Gwiazdy

ręce ogrzeje każdy.

 

Niech odezwie wolnością,

od jasności – jasnością,

pójdźcie za naszą Gwiazdą,

pójdźcie w jasności jasność.

Jeszcze większy rozgłos ,,Kolęda – Nocka” zyskała za sprawą piosenki ,,Psalm stojących w kolejce”. Tym razem było to solowe wykonanie Krystyny Prońko.

Za czym kolejka ta stoi?

Po szarość,

po szarość,

po szarość.

Na co w kolejce tej czekasz?

Na starość,

na starość,

na starość.

Co kupisz, gdy dojdziesz?

Zmęczenie,

zmęczenie,

zmęczenie.

Co przyniesiesz do domu?

Kamienne zwątpienie.

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj,

kiedyś te kamienie drgną

i polecą jak lawina

przez noc,

przez noc,

przez noc.

,,Kolędę – Nockę” wystawiał między innymi warszawski Teatr Wielki. Obejrzało ją blisko pięćdziesiąt tysięcy osób – przedstawień było około stu. Wydano również płytę z piosenkami z tego oratorium. Po wybuchu stanu wojennego, władze zdjęły spektakl z afisza, a płytę wycofały ze sklepów.

Kilka dni po 13 grudnia Magdalena Czapińska szła przez Żoliborz. Dookoła czołgi, tereny Akademii Wychowania Fizycznego zajęte przez stacjonujące wojsko. Obok niej przeszło kilku żołnierzy. Nagle  ze sklepu z zabawkami wybiegł kilkuletni chłopiec i wymierzył w żołnierzy swój plastikowy karabin. Lufy prawdziwych karabinów błyskawicznie zostały skierowane w jego stronę. Widok ten wstrząsnął Magdaleną Czapińską. I –  pod wpływem opisywanych wydarzeń – przelała swoje uczucia na papier, tworząc tym samym tekst jednej z najpiękniejszych piosenek lat 80.:

Ty, Panie, tyle czasu masz,

mieszkanie w chmurach i błękicie.

A ja na głowie mnóstwo spraw

i na to wszystko jedno życie.

 

A skoro wszystko lepiej wiesz

i patrzysz na nas z lotu ptaka,

to powiedz mi, czemu tak jest,

że czasem tylko siąść i płakać?

 

Ja się nie skarżę na swój los,

potulna jestem jak baranek.

I tylko mam nadzieję, że…

że chyba wiesz, co robisz, Panie.

 

Ile mam grzechów, kto to wie?

A do liczenia nie mam głowy.

Wszystkie darujesz mi i tak –

nie jesteś przecież drobiazgowy.

 

Dlaczego mnie do raju bram

prowadzisz drogą taką krętą

i czemu wciąż doświadczasz tak

jak gdybyś chciał uczynić świętą?

 

Nie chcę się skarżyć na swój los,

nie proszę więcej niż dać możesz.

I ciągle mam nadzieję, że…

że chyba wiesz, co robisz, Boże.

 

To życie minie jak zły sen,

jak tragifarsa, komediodramat.

A gdy się zbudzę, westchnę: ,,Cóż…

to wszystko było chyba… zamiast”.

 

Lecz póki co w zamęcie trwam,

liczę na palcach lata szare

i tylko czasem przemknie myśl –

przecież nie jestem tu za karę.

 

Dziś czuję się jak mrówka, gdy

czyjś but tratuje jej mrowisko.

Czemu mi dałeś wiarę w cud

a potem odebrałeś wszystko?

 

Ja się nie skarżę na swój los,

choć wiem, co będzie jutro rano.

Tyle powiedzieć chciałam Ci

zamiast pacierza na dobranoc.

Muzykę do tekstu Czapińskiej (który to tekst pierwotnie – w zamyśle autorki – miała wykonywać Maryla Rodowicz) skomponował Włodzimierz Korcz. Pięknie wykonała ją Edyta Geppert i wystąpiła z nią na festiwalu w Opolu w 1985 roku, wcześniej zaś – w lutym 1985 – piosenka uplasowała się na czwartym miejscu na liście przebojów. Niestety, cenzura skutecznie blokowała jej wykonania. Najsłynniejszy miejscem, gdzie Geppert śpiewała ,,Zamiast” był kabaret Jana Pietrzaka ,,Pod Egidą”. Śpiewana do dziś, wzrusza i wprawia w głęboką zadumę.

Zespół ,,Lombard” rodem z Poznania, powstały w 1981 roku. W latach osiemdziesiątych znajdował się w czołówce zespołów rockowych. Przez dziesięć lat – do roku 1991 jego wokalistką była Małgorzata Ostrowska. Jedną ze swoich najbardziej znanych piosenek, ,,Lombard” wydał w 1983 roku na płycie ,,Śmierć dyskotece!”. Utwór ,,Przeżyj to sam” napisał Andrzej Sobczak.

Na życie patrzysz bez emocji,

na przekór czasom

 i ludziom wbrew.

Gdziekolwiek jesteś,

w dzień czy w nocy –

oczyma widza oglądasz grę.

 

Ktoś inny zmienia świat

za Ciebie,

nadstawia głowę,

podnosi krzyk.

A Ty z daleka, bo tak lepiej

i w razie czego

nie tracisz nic.

 

Przeżyj to sam,

przeżyj to sam,

nie zamieniaj serca w twardy głaz,

póki jeszcze serce masz.

 

Widziałeś wczoraj znów w dzienniku

zmęczonych ludzi,

wzburzony tłum.

I jeden szczegół wzrok Twój przykuł –

ogromne morze

ludzkich głów.

 

A spiker cedził ostre słowa

od których nagła

wzbierała złość.

I począł w Tobie gniew kiełkować

aż pomyślałeś: ,,Milczenia dość”.

Ponoć piosenka ,,Przeżyj to sam” powstała w miejsce piosenki skierowanej do Albina Siwaka, członka Biura Politycznego KC PZPR, której – jak nietrudno się domyślić – nie przepuściła cenzura. Do słów ułożonych przez Andrzeja Sobczaka, muzykę skomponował Grzegorz Stróżniak – lider ,,Lombardu”. Piosenka szybko stała się bardzo popularna. Oprócz ,,Przeżyj to sam”, Andrzej Sobczak napisał również tekst ,,Dorosłe dzieci” dla zespołu ,,Turbo” i ta piosenka również po dziś dzień jest znana. Był poza tym autorem hymnu Lecha Poznań. Zmarł w 2011 roku w rodzinnym Poznaniu.

,,Proszę państwa, 4 czerwca 1989 skończył się w Polsce komunizm” – poinformowała Polaków aktorka Joanna Szczepkowska. Nieco później, bo 17 czerwca na listach przebojów znalazła się piosenka ,,Jeszcze będzie przepięknie” zespołu Tilt, którego liderem był Tomasz Lipiński. Inspiracją dla napisania tego tekstu stał się dla Lipińskiego pobyt w Moskwie, konkretnie – w moskiewskim domu towarowym, gdzie widział kobiety, które – chcąc zdobyć upragnione produkty – wręcz kładły się na ladzie.

Widziałem domy o milionach okien,

a w każdym oknie czaił się ból.

Widziałem twarze, miliony twarzy,

miliony masek do milionów ról.

Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce
Wciąż było mało i ciągle chciał więcej
I wciąż nie starczało i wciąż było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Strach nie pozwalał głośno o tym mówić
Strach nie pozwalał kochać się i śmiać
Strach nakazywał opuścić w dół oczy
Strach nakazywał cały czas się bać

 

Mieszkańcy miasta i przyjeżdżający,

tacy zmęczeni i tacy cierpiący.

Przeklinający swój codzienny los,

słyszałem ciągle taki głos.

 

Jeszcze będzie przepięknie,

jeszcze będzie normalnie,

jeszcze będzie przepięknie,

jeszcze będzie normalnie.

            Pamiętajmy, że przedstawione wyżej przykłady – to kilka z wielu. Zostały wybrane, ponieważ wiążą się z Polską lat osiemdziesiątych. Polską końca komunizmu; odzwierciedlają uczucia związane z wydarzeniami, jakie wówczas miały miejsce; uczucia związane z ogólną sytuacją w kraju: gospodarczą, ekonomiczną, polityczną. Ja sama – przyznaję – jestem pokoleniem lat dziewięćdziesiątych. Studiuję historię i niniejszy artykuł traktuję jako bardzo nieśmiałą próbę zagłębienia się w tematykę okresu PRL – u, a przynajmniej w tematykę kultury tego okresu (na co dzień specjalizuję się w historii Powstania Warszawskiego). Żyjąc jednak tu i teraz – w 2015 roku, w podwarszawskiej Podkowie Leśnej – myślę, że miał rację Lipiński. Teraz jest – może jeśli niezupełnie przepięknie i idealnie – to z pewnością normalnie. A przynajmniej normalniej niż w okresie PRL – u, w którym przecież przyszło żyć moim dziadkom, rodzicom i starszemu bratu.

 

 

Tyle słońca w Kopenhadze – piechotą do lata

Dzisiaj wyszło takie piękne słońce. Poszłam na spacer – krótki, bo krótki, ale jednak… Dzisiejsze zajęcia z duńskiego mi odwołano, więc dzień spędziłam pracowicie – przygotowując się na jutrzejszy ,,uczelniany” dzień.

Uczę się tutaj cieszyć naprawdę drobiazgami. A to wiosennym słońcem, a to naprawdę dobrą kawą. Przespacerowanie się gdzieś – nawet takie jak moje dzisiaj; półgodzinne – też sprawia, że… człowiek ma lepszy humor. Już jest kwiecień, powoli robi się coraz cieplej i cieplej… jak w piosence ,,Bajmu” – ,,do lata, do lata piechotą będę szła”. 

 
A tak – w dzisiejszym kopenhaskim słońcu – wygląda akademik, w którym mieszkam, i jego najbliższe otoczenie..

 

 

 

 

 

 

(Akademik)
A taka pogoda była wczoraj…

…życie jak słońce się złoci

,,Tak mało na świecie dobroci,
a tyle jej światu potrzeba! 
Nią życie jak słońce się złoci, 
nią Ziemia się zbliża do Nieba!”

Dziś jestem szczęśliwa. Dzień zaczęłam wprawdzie w biegu, ponieważ spod ciepłej pierzynki wystawiłam głowę o dziewiątej, a na dziesiątą pięć byłam umówiona z jednym z wykładowców. Stwierdzając: ,,Cholera, znowu zaspałam!”, ogarnęłam się w trymiga i popędziłam na stację metra (mama mnie zabije; po zamachach w Brukseli solennie przysięgłam jej nie jeździć metrem). Punktualnie o dziesiątej stanęłam pod drzwiami gabinetu i zaczęłam się zastanawiać, po co ja się tak spieszyłam, skoro i tak jeszcze nie wyszła od niego inna ze studentek.

A szczęśliwa jestem, bo spotkanie z wykładowcą było bardzo udane. Człowiek, który na zdjęciu na instytutowej stronie wygląda jakby miał Cię, drogi studencie, zjeść – okazuje się być sympatyczną osobą; taką, z którą da się pogadać. Siedzieliśmy przez godzinę i uzgadnialiśmy szczegóły mojego egzaminu.

Widać było w tym człowieku życzliwość i to, że chce mi pomóc. Rozczulił mnie tym, że gdy powiedziałam mu o tym, iż potrzebuję namiarów na jakąś anglojęzyczną książkę o historii Danii – wziął długopis i zapisał to sobie… na ręce. Potem przysłał mi maila – z tytułami takich książek.

Życzliwość… dobroć. Szacunek dla drugiego człowieka. Zrozumienie, a przynajmniej próba zrozumienia. Dziś – na tym zwariowanym, zagonionym świecie – często o tych wartościach zapominamy. A przecież – jak pisał Lucjan Rydel w cytowanym wierszu pod tytułem ,,Dobroć” – „nią życie jak słońce się złoci, nią Ziemia się zbliża do Nieba!”.

(Mały obrazek ze spotkania 🙂 )
(A takie nam dzisiaj filmy wyświetlali na budynku Saxo Institute 🙂 )

Rudzielec i Wiewiórki

Dziś nie będę pisać o Kopenhadze. Wyjątkowo. Dziś napiszę o miejscu, w którym spędziłam dużą część życia i któremu bardzo wiele zawdzięczam.

,,Wiewióry”. Podkowiańskie Liceum Ogólnokształcące. Ulica Wiewiórek w Podkowie Leśnej. ,,Szkoła w podkowę złożona” – jak powiedziała o niej kiedyś świętej pamięci profesor Anna Ziemba – Michałowska. Miała rację.

W 2006 roku moi rodzice zdecydowali – z przyczyn rozmaitych – o zmianie mojej szkoły. W pogodny wrześniowy poranek stanęłam przed starą willą i zaczęłam się zastanawiać, co to będzie dalej. Do tej pory słowo ,,szkoła” niezmiennie kojarzyło mi się z czymś, co miało niezliczoną ilość korytarzy, wielką salę gimnastyczną (pełniącą, obok swojej podstawowej funkcji, także rolę miejsca wszelakich szkolnych akademii) i najczęściej było otynkowane na biało. A tutaj i teraz? Stary dom, dookoła zieleń, drzewa, jakaś taka cisza, spokój. ,,Cóż… jak nie spróbuję, to się nie dowiem, jak tu jest” – stwierdziłam, przekraczając próg willi.

W szkole panował zupełny luz. Nie było jakiejś pogoni, nerwów, prześladujących się nawzajem uczniów – krótko mówiąc: tego, z czym wiązałam swoje najgorsze wspomnienia z poprzedniej placówki. Nauczyciele, widać było, bardzo chcieli mi pomóc zaaklimatyzować się w ,,Wiewiórach” – jak szkoła po dziś dzień (a w tym roku będzie obchodzić 26 – lecie istnienia) jest nazywana. Początki jednakowoż zawsze bywają trudne i w tym przypadku też przeszłam tak zwany ,,trudny okres”, ale na ten temat jakoś specjalnie się tu rozwijać nie będę, bo to nie jest ani czas, ani miejsce na tego typu dywagacje. Powiem tylko, że… wspólnymi siłami – moimi i w ogóle szkolnej społeczności – udało się te problemy przezwyciężyć.

To ,,Wiewiórkom” zawdzięczam rozwój mojej wielkiej historycznej pasji. Zawsze mogłam liczyć na pomoc i wsparcie, na akceptację moich najbardziej szalonych pomysłów. Pierwsze nieśmiałe kroki w archiwach stawiałam pod opieką obecnego Wicedyrektora. Prace semestralne pomagały mi uczyć się prawidłowego tworzenia wypowiedzi pisemnych na tematy historyczne, co na studiach okazało się być bardzo pomocne… a sławetne ,,pojęcia do wyjaśnienia” – czyli każdorazowa praca domowa z historii – w okresie sesji stanowiły doskonały materiał do powtórki.

Ziembusia. Ziembuś. Czy – jak sama o sobie mówiła bądź jak się podpisywała – Ziemba. Anna Ziemba – Michałowska (1946 – 2014). Świetny historyk sztuki, cudowny człowiek o wielkim poczuciu humoru. I rodzinnie, i – przede wszystkim – sercem – związana z Krakowem. Lekcje historii sztuki stanowiły cudowną podróż przez epoki. Była nauczycielką z powołania i pasjonatką sztuki, można powiedzieć, że miała to w genach, bo historykiem sztuki była jej matka, a nauczycielem – akademickim z UJ bodajże – był jej ojciec. W nauczanie wkładała całe  swoje serce – jeździliśmy z nią do muzeów, odbywaliśmy spacery po Krakowskim Przedmieściu… dziś sala, w której wykładała – nosi Jej imię. Zawsze, gdy tam wchodzę i patrzę na Jej torebki, na jej stosy przeźroczy, książki, widzę Ją – uśmiechniętą, kochaną, NASZĄ ,,wiewiórczą” Ziembę. Łezka mi się w tym momencie kręci w oku, gdy przypominam sobie, jak kiedyś wezwała mnie do siebie i usłyszałam:

– Helka! Mam coś dla Ciebie! Przyniosę Ci na następne zajęcia, ale nie pytaj, co to!

Dostałam od niej…  mały słoiczek. Cały dzień się głowiłam, o co Jej chodzi i co to za dziwaczny prezent. Wieczorem wzięłam ten drobiazg, usiadłam i zaczęłam się dokładniej przyglądać. Okazało się, że to… pamiątka z Opery Wiedeńskiej. Na ściankach słoiczka i na wieczku widniały sceny z ,,Czarodziejskiego Fletu”.

,,Wiewiórom” również zawdzięczam rozwój moich zainteresowań pisarskich. Limeryki, wiersze, artykuły ukazywały się w szkolnej gazecie pod tytułem – nietrudno się domyślić – ,,Wiewióry”. Głęboki ukłon w stronę Pań Polonistek, które podsuwały mi ciekawe książki do czytania – gdyby nie Pani Dyrektor być może nigdy nie sięgnęłabym po ,,Annę Kareninę” (będącą dziś jedną z moich ukochanych książek).

Gdy tylko mogę – wracam do ,,Wiewiór”. Do mojego ,,drugiego domu”. W wolnych chwilach – prowadzę tam lekcje historyczne albo… po prostu wpadam w odwiedziny, porozmawiać. I nie chcę stamtąd wychodzić. Co roku staram się przychodzić na Wystawę Psów Kochanych,
w ubiegłym roku wzięłam udział w wieczorze filmowym.

Mogę o sobie powiedzieć: jestem Rudzielcem, który pokochał Wiewiórki. Każdemu takich wspomnień ze swojej szkoły życzę.

 

(Zdjęcie zaczerpnięte z Internetu)
Link do strony ,,Wiewiórek”

Nauka języka i wariackie papiery

Tak, wiem, długo nie pisałam… dwa i pół dnia :p ale po prostu nie miałam kiedy. Teraz właśnie też odłożyłam na chwilę książkę z której… tak, tak – uczę się duńskiego.

A więc… przedwczoraj zaczęłam naukę. Uznałam, że język duński może mi się w przyszłości przydać – to najważniejsze. A po wtóre – nauka języka obcego to może być niezła zabawa. W tym momencie – jeśli chodzi o moje language skills – bazuję na angielskim. Niemieckiego uczyłam się przez sześć lat, ale po pięciu latach braku kontaktu z językiem ogranicza się on do trzech zwrotów: ,,Ja”, ,,Nein”, ,,Hande hoch”, aczkolwiek przyznaję, że raz – zmuszona sytuacją – zaczęłam wydobywać z otchłani pamięci jakieś resztki tego niemieckiego (cóż poradzić, w pociągu byli sami Niemcy i nikt nie mówił po angielsku!) i – o dziwo – nawet się dogadałam. Przez dwa lata uczyłam się łaciny i lubiłam ten język, ale – jak wiadomo – to język martwy i raczej na ulicy w nim nie pogadasz. W wersji baaardzo podstawowej znam Polski Język Migowy. Cóż… zobaczymy, jak będzie z tym duńskim.

Mam multum roboty i wiele rzeczy się odbywa w tym momencie na takich trochę wariackich papierach. Obiecuję, że jak tylko się troszeczkę ogarnę, to napiszę dłuższego posta.

 

 

 

(Szkoła językowa do której uczęszczam)
(Wrocław ma swojego kota Dantego… Kopenhaga – jak widać, również 🙂 )
(Podkowa ma ,,Filharmonię Dziecięcą”, Kopenhaga – koncerty jazzowe dla dzieci)
(Det Ny Teater)
(Którędy do opery? 🙂 )
Wczoraj – dla relaksu – poszłam na event o nazwie ,,Danish Film Club”. Obejrzeliśmy – w kameralnym gronie – film ,,Klovn” z 2010 roku.

 

 

 

 

 

Limeryków… trochę, ale nie za dużo:)

Limeryk to jeden z moich ulubionych rodzajów wierszy. Krótko, zwięźle i na temat – te właśnie trzy cechy bardzo w nim cenię. Był czas, że tworzyłam limeryki jakże namiętnie. I nie tylko limeryki, bo także inne wiersze oraz – najczęściej – opowiadania, w chwili obecnej z przyczyn różnych zaprzestałam aż tak częstego wyrażania swoich uczuć za pomocą poezji tudzież prozy, jak zwykłam czynić to jeszcze parę lat temu. Fakt pozostaje faktem, że limeryki bardzo lubię i chętnie je i czytam, i tworzę. Oto parę moich ulubionych nie mojego autorstwa (pochodzą z książki Anny Bikont i Joanny Szczęsnej):

,,Dlaczego astrolog w Opocznie

stanowi miejscową wyrocznię?

To proste: gdy zgon

przepowie czyjś on – 

uśmierca osobę niezwłocznie!”

(autor: Antoni Marianowicz)

 

,,Pewna śliczna blondynka z Poznania

przed poznaniem fizyki się wzbrania.

Kiedy słyszy: fizyka

umysł jej się zamyka,

bo dochodzi do przeładowania”

(autorka: Małgorzata Musierowicz)

 

,,Do Krakowa zjechał nie bez wrzawy

sam minister kultury z Warszawy.

I ledwo się przywitał,

prosto z mostu zapytał:

– No i gdzie jest ten kopiec Wisławy?”

(autora nie pamiętam, przykro mi)

 

I kilka moich:

 

,,Na komendę policji w Suwałkach

przywieziono raz trupa w kawałkach.

Gdy policjant popatrzył na ciało,

zwrócić obiad aż mu się zachciało

i pomyślał: -No, była rozwałka!”

 

,,Jestem taka śliczna, mądra, sprytna,

że pikusiem dla mnie nowożytna!

I zdam to wszystko z palcem w de,

nic nie przestraszy jutro mnie,

bo jam Helena jest wybitna!”

 

,,Raz impotent w mieście Jarocinie

tak oświadczał się swojej dziewczynie:

– Na kilogramy potrafię jeść keks,

lecz – wybacz – nie wiem, co to znaczy seks,

mam nadzieję, że kiedyś to minie!”

 

,,Elektryk mieszkający w mieście Nieporęcie

z sąsiadami swoimi kłócił się zawzięcie.

Wszystkim wkoło powtarzał jak strasznie się nudzi

i jak bardzo do kłótni podjudzanie ludzi

sprawia, że nie jest nudno, lecz wzrasta napięcie!”

 

,,Pewna pani mecenas z Załęża

hodowała w mieszkaniu ogromnego węża.

Niedługo to czyniła, bo

musiała oddać go do ZOO,

bowiem wąż ten udusił jej męża!”

 

Zazwyczaj wszelkie ,,porcje” moich limeryków kończę zastrzeżeniem, iż:

 

,,O sobie limeryku pisać nie chcę

i nie zamierzać tego robić… jeszcze.

To wszystko, co tu napisałam,

nie było na poważnie… tylko żartowałam!

Przyszłości wszak nikomu ja nie wieszczę!”

 

🙂

 

 

Osterbro – małych uliczek czar :)

Osterbro – na północ od centrum miasta. Jej powierzchnia wynosi 11 84 km2(dane podaję za Wikipedią). Więc odbyłam dziś dziesięciokilometrowy spacer, by właśnie Osterbro odwiedzić. Najpierw jednak zajrzałam do Studenterhuset, gdzie odbywał się ‚pchli targ’ 🙂 A żeby dojść do Studenterhuset – musiałam tuptać przez Andersens Boulevard i Radhuspladsen 🙂

 

(W Warszawie hotel Marriott jest w centrum miasta. W Kopenhadze również 🙂 )

 

(,,Dzień z historią”? 🙂 )

 

(Zimna woda zdrowia doda!)

 

(Pozdrowienia z pchlego targu!)

 

(Mrożone jogurty – tak bardzo mniam! 🙂 )
(Serial taki ciekawy :p )

Po wyjściu ze Studenterhuset ja – artystka – oczywiście stwierdziłam, że skoro drogę do stacji Norreport znam na pamięć, to dalej może być już tylko łatwiej. Po czym – również oczywiście – pomyliłam drogi. Tym sposobem przeleciałam pół Norrebro, żeby summa summarum stwierdzić, że jednak, cholera, coś tu nie teges… Na Osterbro dotarłam… po błądzeniu, kluczeniu i czort wie, czym jeszcze. Poniżej – parę zdjęć i filmów z tej wyprawy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poniżej – już samo Osterbro:

 

 

 

 

 

 (Kopenhaska… siłownia na świeżym powietrzu 🙂 )

 

 

 

(Osterbrogade)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Małych uliczek czar…

 

 

 

 

 

I droga powrotna…

 

 

 

(Statens Museum for Kunst)

 

 

(Muzeum geologiczne – kiedyś muszę je odwiedzić)

 

 

(Ogród botaniczny)
(Rosenborg – jeden z pałaców królewskich w Kopenhadze)

 

(Skoro to są najlepsze kanapki w mieście, to może kiedyś się skuszę…)

 

(Mapa Wielkiej Kopenhagi)

 

(W Polsce wielkim świętem jest Pierwsza Komunia. Tutaj – bierzmowanie)
I hiciory.

 

(O brownie już wiedziałam. O tym, że jest coś takiego jak blondie – dowiedziałam się dziś)

 

(Perfekcyjny brak perfekcji)
(….)

(Pij mleko… będziesz wielki :p )

Był wyżej Marriott kopenhaski, to teraz trochę… warszawskiego:

 

Ps. I jak miło było usłyszeć język polski na Stroget :p nawet, jeśli w takich słowach:
– O k***a, gdzie my jesteśmy?!
-A to nie tutaj?!
:p

Słodkie, sobotnie nieróbstwo

Sobotę bardzo lubię z kilku powodów.

Po pierwsze – można się wyspać.

Po drugie – można odpocząć.

Po trzecie – można się  na spokojnie spotkać ze znajomymi.

Po czwarte – następnego dnia jest niedziela, czyli w perspektywie ma się kolejne 24 godziny wolnego.

Tak więc – obecnie – sącząc kawę – powoli kończę mój anglojęzyczny artykuł, który od miesiąca leży i kwiczy kwikiem rozpaczliwym. Jakoś w tym momencie wyjątkowo nie chce mi się nigdzie wychodzić. Natomiast mam już poczynione plany wobec jutra i mam nadzieję, że wypalą… a po to, by wypaliły – muszę dziś wieczorem zasiąść do nauki i jutro już mieć wolne. Póki co – celebruję słodkie, sobotnie nieróbstwo. Nieróbstwo, niemyślenie o problemach, niemyślenie o nadchodzącym tygodniu.

🙂

(Wieczorne, tętniące życiem miasto)

Ps. Włączyłam sobie YouTube – i piosenkę, która należy do tych, co to poprawiają mi humor:)

Pożar w Burdelu – Ania z Polski ,,Ryan Gosling” 🙂