Glade Jul, dejlige Jul

Kiermasz świąteczny w Szkole Francuskiej w Warszawie. Rodzice. Dziadkowie. Jedna Ciotka. Ciotką jestem ja.

Glade jul, dejlige jul,
engle daler ned i skjul!
Hid de flyver med paradisgrønt,
hvor de ser, hvad for Gud er kønt,
lønlig iblandt os de går,
– lønlig iblandt os de går!

Julefryd, evige fryd,
hellig sang med himmelsk lyd!
Det er englene, hyrderne så,
dengang Herren i krybben lå,
evig er englenes sang,
– evig er englenes sang.

Fred på jord, fryd på jord,
Jesusbarnet blandt os bor!
Engle sjunger om barnet så smukt,
han har Himmerigs dør oplukt,
salig er englenes sang,
– salig er englenes sang.

Salig fred, himmelsk fred
toner julenat herned!
Engle bringer til store og små
bud om ham, som i krybben lå;
fryd dig, hver sjæl, han har frelst,
– fryd dig, hver sjæl, han har frelst!


Rozśmieszanie Pana Boga

,,Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz Mu o swoich planach’’ – głosi powiedzenie. Ja Go rozśmieszyłam. I chyba śmieszę do tej pory.

I odtąd pod oknem Twoim

i groszki kwitną, i róże –

na modłę wiotkich powoi

pną się i pną… po murze.

(Ewa Demarczyk ,,Groszki i róże’’)

Kolejna próba pisania. Poprzedni pamiętnik zniszczyłam w przypływie bynajmniej nie złości, tylko takiej… takiej totalnej bezsilności. W momencie, w którym chciało mi się wyć do księżyca. Czasem są takie momenty, wówczas – jeśli nie mogę się uspokoić – sięgam po leki. Mam jednak tę świadomość, że od jednego z tych leków można się łatwo i szybko uzależnić – korzystam więc z niego bardzo ostrożnie.

 

  1. 2016

 

Pisanie bloga muszę na razie odwiesić na kołek. Przedwczoraj – po dziewięciu miesiącach srania się wszystkiego, a jednocześnie kłamliwego zapewniania siebie samej, że ,,kto jak kto, ale ja dam radę’’ – spasowałam (dużo za późno, jak się okazało), lądując tym samym na kozetce u psychoterapeuty. Ryczałam babce przez bitą godzinę. Kobita natychmiast skierowała mnie do psychiatry – jutro wizyta. Mam już chyba wyrąbane na wszystko, na co można mieć wyrąbane. Niech się dzieje wola nieba!

 

Powyższe słowa pisałam we wrześniu, mamy już grudzień. Stany depresyjno – lękowe ciągną się u mnie kolejny miesiąc. Jednego dnia jest lepiej, drugiego – gorzej. Taka sinusoida. Są gigantyczne doły (wprawdzie), ale w zasadzie nie ma euforii. Ktoś próbował dopytywać mnie, czy to aby na pewno nie jest – jak odeń usłyszałam – ,,wygodnicka postawa życiowa’’. Szczerze w to wątpię…

 

  1. 2016

 

Jestem osobą wierzącą. Wierzę, że istnieje Bóg. Jednocześnie w Kościele wiele rzeczy mi się nie podoba – uważam, że w Polsce jest on zbyt zależny od polityki. Nienawidzę PiS – u. Jak również Ojca Dyktatora i jemu podobnych. Radio Maryja byłoby dla mnie medium katolickim i możliwe, że bym go słuchała, gdyby nie rzeczony Ojciec właśnie.

 

,,Jak trwoga to do Boga’’? Chyba niekoniecznie. To znaczy: to nie jest tak, że: o, nagle zaczynam wierzyć i biegać do Kościoła, bo coś mi w życiu poszło nie tak. Moją modlitwą – słowami, którymi najczęściej się modlę – są słowa Magdaleny Czapińskiej…

 

 

…mistrzowsko wykonane przez Edytę Geppert.

 

Ty, Panie, tyle czasu masz,

mieszkanie w chmurach i błękicie.

A ja na głowie mnóstwo spraw

i na to wszystko jedno życie.

A skoro wszystko lepiej wiesz,

bo patrzysz na nas z lotu ptaka –

to powiedz mi, czemu tak jest,

że czasem tylko siąść i płakać?

 

Ja się nie skarżę na swój los,

potulna jestem jak baranek.

I tylko mam nadzieję, że…

że chyba wiesz, co robisz, Panie.

 

Ile mam grzechów – któż to wie?

A do liczenia nie mam głowy…

Wszystkie darujesz mi i tak,

nie jesteś przecież drobiazgowy.

Dlaczego mnie do raju bram

prowadzisz drogą taką krętą?

I czemu wciąż doświadczasz tak

jak gdybyś chciał uczynić świętą?

Nie chcę się skarżyć na swój los,

nie proszę więcej niż dać możesz.

I ciągle mam nadzieję, że…

że chyba wiesz, co robisz, Boże.

 

To życie minie jak zły sen,

jak tragifarsa, komediodramat.

A gdy się zbudzę, westchnę: ,,Cóż…

to wszystko było chyba… zamiast’’.

Lecz, póki co, w zamęcie trwam,

liczę na palcach lata szare.

I tylko czasem przemknie myśl:

przecież nie jestem tu za karę…

 

Dziś czuję się jak mrówka, gdy

czyjś but tratuje jej mrowisko.

Czemu mi dałeś wiarę w cud,

a potem odebrałeś wszystko?

 

Nie chcę się skarżyć na swój los,

choć wiem, jak będzie jutro rano.

Tyle powiedzieć chciałam Ci

zamiast… pacierza na dobranoc.

 

Leki (,,Lorafen’’ i ,,Elicea’’) stały się nieodłącznymi elementami mojego codziennego funkcjonowania. To o pierwszym z nich pisałam, że łatwo jest od niego się uzależnić.

 

  1. 2016

Przesiedziałam ponad godzinę.

Wypłakałam wszystkie łzy.

Było miło.

Konkretnie.

Rzeczowo.

Zapisano antydepresanty.

Zalecono odpoczynek.

Mam zespół lękowy – to już wiemy.

Następna wizyta za miesiąc.

 

Po kilku dniach dodawałam:

  1. 2016

Chyba wiem, jak czują się narkomani po zażyciu działki. Możliwe, że czują się tak jak ja teraz. Jestem ospała i zobojętniała na wszystko, co mnie otacza. Mama coś do mnie mówi, a ja ,,odpływam’’. Dosłownie. Jestem nieprzytomna. Nawet napisanie paru zdań – tak, tych teraz – to dla mnie mega duży wysiłek. Osłabienie. Zniechęcenie. Strach. Jest ch*jowo.

Ch*jowo, ale stabilnie.

 

Natrętne myśli samobójcze. Zażywanie lekarstw, by te myśli zagłuszyć. A co za tym idzie – odpływ level hard. Potykanie się o własne nogi, podwójne widzenie – w dwu słowy: jakiś kosmos. Płacz w najmniej nieoczekiwanym momencie. Siedzę, gadam z mamą – i nagle zaczynam ryczeć. A jesteśmy w kawiarni – dookoła siedzi mnóstwo ludzi. Sklep… przystanek… wszystko mi jedno. Płaczę. I trudno jest mi nad tym zapanować. Gdzie podziałam się dawna ja z moją radością życia?

Świat nie rozumie depresji. Nie rozumie. Im dłużej w tym cholerstwie tkwię, tym bardziej przekonuję się o słuszności tych słów. O słuszności? O prawdziwości.

Ech, złudzenia

jak na skrzydłach

prosto w jutro niosły.

Chcieliśmy za wszelką cenę

wkroczyć w świat dorosłych.

Dzisiaj tylko sny zostały…

ale kto je kupi?

Jak przysłowia się sprawdzają –

młody to i głupi…

(Edyta Geppert ,,Czy pamiętasz jak to było?”)

,,To są tylko głupie studia’’ – powiedziano mi kiedyś. Straciłam do nich serce. Już ich nie kocham. Zraziłam się. A tak się na nie cieszyłam. Mówiłam sobie, że będę historykiem. Kochałam historię. Jako naukę. Studia też mi się podobały. Dziś ich nienawidzę. Nie chcę. Jestem zmęczona. Wykończona. Ja nie mam siły! A tak chciałam wkroczyć w świat dorosłych. Świat, w którym nie mogę się odnaleźć. Kiedy sama się odnajdę?

Na chwilę przed odlotem

wśród ptasich stad,

w zawiłym horoskopie

na tysiąc lat –

w otwartym nagle oknie

w cieniu za firanką,

wśród ludzi na przystanku,

w słońcu i we mgle

szukaj mnie.

Cierpliwie dzień po dniu

staraj się podążać moim śladem.

Szukaj mnie,

bo sama nie wiem już,

bo nie wiem, kiedy sama się odnajdę.

 

Wśród siedmiu dni tygodnia

jednakich tak,

w tańczących deszczu kroplach,

zawodu łzach.

Po lustra obu stronach,

w nowych wciąż marzeniach.

Gdzie jestem, gdzie mnie nie ma

już nie bardzo wiem.

 

Szukaj mnie

cierpliwie dzień po dniu,

staraj się podążać moim śladem.

Szukaj mnie,

bo sama nie wiem już,

bo nie wiem, kiedy sama się odnajdę.

(Edyta Geppert ,,Szukaj mnie’’)

 

Kiedyś. Było cudnie. Lubiłam powtarzać słowa – w które wówczas wierzyłam.

A na razie fruwają motyle,

tyle tego, tamtego też tyle.

A na razie wierzymy w baśnie

i jaśniej…

i jaśniej…

 

A na razie kołyszą nas noce,

a na razie kołyszą nas dni.

Choć już życia – psiamać! –

popołudnie,

jest cudnie…

jest cudnie…

(Maryla Rodowicz ,,Jest cudnie’’)

Someone hast told me: ‘’It’s only a depression! You must fight with them! You will win this battle!’’. Great. I really want to believe in these words. How long, dear God…? How long…?Nine – almost ten – months. F*cking months of the f*cking sickness. F*cking life with the f*cking pills. How long will I fight with sleepless, which destroys me completely?

How long… how to cope psychologically with the depression?

***

Powiedziałam Panu Bogu o swoich planach. Teraz widzę, jak Go rozśmieszyłam.

 

 

 

 

Mały – wielki sukces!

Byłam u lekarza. Jest znacznie lepiej! Powoli mogę zacząć odstawiać jeden lek.

Ojejku, jak się cieszę. Może ten koszmar już nigdy nie wróci. Mocno w to wierzę.

Powyższe zdjęcie zrobiłam dzisiaj, wracając z angielskiego. Nauka języków pozytywnie mnie nastraja!

Lepiej!

Chyba powoli wracam do normalności. Nie czuję się już aż tak beznadziejnie, jak się czułam. To, co mnie obezwładniało – powolutku mija. Aczkolwiek w dalszym ciągu, niestety, walczę o każdą minutę snu:

No i w dalszym ciągu – jak cień – chodzą za mną słowa:

„Ty, Panie tyle czasu masz 

mieszkanie w chmurach i błękicie 

A ja na głowie mnóstwo spraw 

I na to wszystko jedno życie. 

A skoro wszystko lepiej wiesz 

Bo patrzysz na nas z lotu ptaka 

To powiedz czemu tak mi jest, 

Że czasem tylko siąść i płakać 


Ja się nie skarżę na swój los 

Potulna jestem jak baranek 

I tylko mam nadzieję, że… 

że chyba wiesz, co robisz, Panie. 

Ile mam grzechów? któż to wie… 

A do liczenia nie mam głowy 

Wszystkie darujesz mi i tak 

Nie jesteś przecież drobiazgowy 

Lecz czemu mnie do raju bram 

Prowadzisz drogą taką krętą 

I czemu wciąż doświadczasz tak 

Jak gdybyś chciał uczynić świętą. 


Nie chcę się skarżyć na swój los 

Nie proszę więcej, niż dać możesz 

I ciągle mam nadzieję, że… 

Że chyba wiesz, co robisz, Boże. 


To życie minie jak zły sen 

Jak tragifarsa, komediodramat 

A gdy się zbudzę, westchnę – cóż 

To wszystko było chyba… zamiast 

Lecz póki co w zamęcie trwam 

Liczę na palcach lata szare 

I tylko czasem przemknie myśl 

Przecież nie jestem tu za karę. 


Dziś czuję się, jak mrówka gdy 

Czyjś but tratuje jej mrowisko 

Czemu mi dałeś wiarę w cud 

A potem odebrałeś wszystko. 

Nie chcę się skarżyć na swój los 

Choć wiem, jak będzie jutro rano 

Tyle powiedzieć chciałam ci 

Zamiast… pacierza na dobranoc”

Strasna zaba… i w ogóle ciut o poezji

STRASNA ZABA


Pewna pani na Marszałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;

wychodzą ze sklepu, pani w sloch,
w ksyk i w lament: — Męzu, och, och!
popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyżsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mowi: — Zecywiście cos skace po trotuaze!

cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;

zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona —
nie wypada, zeby Warsawa
była na „takie coś” narażona.

Dzwonili, dzwonili i po tsech latach
wrescie schwytano zabę koło Nowego Świata;
a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistość,
uządzono historycną urocystość;

ustawiono trybuny,
spędzono tłumy,
„Stselców” i „Federastów”
— Słowem, całe miasto.

Potem na trybunę wesła Wysoka Figura
i kiedy odgzmiały wsystkie „hurra”,
Wysoka Figura zece tak:

— Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa
pozbyliśmy się zabiego bezecenstwa —
panowie, do gory głowy i syje!

A społecenstwo: — Zecywiscie,
dobze, ze tę zabę złapaliście,
wsyscy pseto zawołajmy: „Niech zyje!”

Poezja? To lubię, rzekłam, to lubię! Konstanty Ildefons wyżej cytowany jak najbardziej wpisuje się w obszar moich zainteresowań. Niezbyt kręci mnie poezja, która powstała przed epoką oświecenia i w zasadzie moje zainteresowanie wierszem (by nie powtarzać na okrągło swoja „poezja”) zaczyna się na Ignacym – Biskupie Warmińskim. Może nie zacytuję tutaj całej ,,Monachomachii” (którą wielbię), ale z pewnością posłużę się ,,Wołem – Ministrem” (nieustająco aktualnym):
„Kiedy wół był ministrem i rządził rozsądnie,

Szły, prawda, rzeczy z wolna, ale szły porządnie.

Jednostajność na koniec monarchę znudziła;

Dał miejsce woła małpie lew, bo go bawiła.

Dwór był kontent, kontenci poddani — z początku;

Ustała wkrótce radość — nie było porządku.

Pan się śmiał, śmiał minister, płakał lud ubogi.

Kiedy więc coraz większe nastawały trwogi,

Zrzucono z miejsca małpę. Żeby złemu radził,

Wzięto lisa: ten pana i poddanych zdradził.

Nie osiedział się zdrajca i ten, który bawił:

Znowu wół był ministrem i wszystko naprawił.”


Z epoki romantyzmu? Wszystkiego po trochu – w sumie nie trawię tylko Krasińskiego. Ale jak może nie podobać się Cyprian K., gdy pisze:

„Daj mi wstążkę błękitną! Oddam Ci ją
Bez opóźnienia…
Albo daj mi cień twój z giętką Twą szyją!
Nie, nie chcę cienia.

**

Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką,
Bo on nie kłamie!
Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko,
Usuwam ramię…

***

Bywałem ja od Boga nagrodzonym
Rzeczą mniej wielką:
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym.
Deszczu kropelką.”


Późniejszy – acz również dziewiętnastowieczny: Asnyk. Cytowałam kiedyś  jego ,,Ja Ciebie kocham!”. Ale zacytuję raz jeszcze. Tak lubię ten wiersz!


„Ja ciebie kocham! Ach, te słowa

Tak dziwnie w moim sercu brzmią.

Miałażby wrócić wiosna nowa?

I zbudzić kwiaty, co w nim śpią?

 

Miałbym w miłości cud uwierzyć,

Jak Łazarz z grobu mego wstać?

Młodzieńczy, dawny kształt odświeżyć,

Z rąk twoich nowe życie brać?

 

Ja ciebie kocham! Czyż być może?

Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc?

Ach nie! bo jasną widzę zorzę

I pierzchającą widzę noc!

 

I wszystko we mnie inne, świeże,

Zwątpienia w sercu stopniał lód,

I znowu pragnę – kocham – wierzę –

Wierzę w miłości wieczny cud!

 

Ja ciebie kocham! Świat się zmienia,

Zakwita szczęściem od tych słów,

I tak jak w pierwszych dniach stworzenia

Przybiera ślubną szatę znów!

 

A dusza skrzydła znów dostaje,

Już jej nie ściga ziemski żal –

I w elizejskie leci gaje,

I tonie pośród światła fal!”


Początek wieku XX. Przerwa – Tetmajer z „Mów do mnie jeszcze”…


„Mów do mnie jeszcze 

z oddali, z oddali.

Głos Twój mi płynie

na powietrznej fali.

Jak kwiatem – każdym

słowem Twym się pieszczę.


Mów do mnie jeszcze.

Mów do mnie jeszcze…


Mów do mnie jeszcze,

te płynące ku mnie

słowa są jakby

modlitwą przy trumnie.

I w sercu śmierci

wywołują dreszcze.


Mów do mnie jeszcze!

Mów do mnie jeszcze…!”


i Staff. Tym razem posłużę się fragmentem.


„Już? Tak prędko? 

Co to było?

Coś strwonione,

pierzchło skrycie.

Czy już młodość 

swą przeżyło?

Ach! Więc to już było… 

życie?”


 O poetach tego okresu, który interesuje mnie najbardziej i którym zajmuję się jako historyk na co dzień – napiszę kiedy indziej oddzielnego posta; zamierzam poświęcić go przede wszystkim twórczości Poety, o którym napisałam pracę magisterską. ”Przeskakując” do lat powojennych… No właśnie.

Konstanty Ildefons i Jeremi. Gałczyński i Przybora. Prócz cytowanej „Strasnej zaby” chętnie wracam do poniższych słów.

„Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?

Ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
i znów iść, i dojść do celu.

Ile w trudzie nieustannym
wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków? Schodów? Książek?

Ile lat nad strof stworzeniem?
Ile krzyku w poematy?
Ile chwil przy Beethovenie?
Przy Corellim? Przy Scarlattim?

Twe oczy jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia.
Więc ja chciałbym twoje serce
ocalić od zapomnienia.”


Jeremiemu tym razem oddajmy głos. Mówiącemu słowami Julii. Po mistrzowsku odgrywanej przez – równie niezrównaną jak Jeremi – Kalinę J.! ❤


„Po wieczerzy już zmyte naczynka we śnie leży spowita dziecinka
Którą los na pociechę mi dał za kolejną pomyłkę dwóch ciał
Nastawiony już budzik na szóstą mętnie senne odbija mnie lustro
Tylko ja czuwam jeszcze w moim oknie na piętrze
I w uśpioną uliczkę znów krzyczę

O Romeo słowiczy sokole
O tęsknoto niewieścich pokoleń
Otworzyłam Ci okno
Na tę moją samotność
O Romeo
czy jesteś na dole
czy jesteś na dole

A na dole jak zwykle nikogo może kolej z Werony za drogo
Może konno wyruszył a koń nie życzliwie odnosił się doń
Może nie ma na klimat nasz palta
Może jeszcze dokańcza Tybalta
Może zły mu Kapulet sprzeniewierzył amulet
Więc w uśpioną uliczkę znów krzyczę

O Romeo kochanku pokoleń
O Romeo już na mnie jest kolej
Otworzyłam Ci okno
Na tę moją samotność
O Romeo
czy jesteś na dole
czy jesteś na dole

A na dole odpowiedź jest ciszą a na czole mym troska o przyszłość
Co to będzie za miesiąc jak wiek kiedy drogi zawieje Ci śnieg
Co dzień gorsza Romeo pogoda i ja jestem codziennie mniej młoda
Do klasztoru Ci zbiegnę lub innemu ulegnę żeby potem znów krzyczeć w uliczkę

Nie ma Ciebie Romeo na dole
O Godocie niewieścich pokoleń
otwieramy wciąż okna
W każdym oknie samotna
Patrzy w pole
Gdzieś wywiódł ją.”

Ja obecnie – podobnie jak Kalina – jestem zawiedziona tym, że Romeo – póki co – nie przybył. Olewam więc Romea i wracam do łóżka, chorować dalej.



„Na obozie w Piekle, kiedy słonko świeci” <3

Dzisiaj odbyłam super spotkanie. Z panią Zosią Gorczycą. W podkowiańskiej ,,Werandzie” racząc się sernikiem pistacjowym wspominałyśmy moje wizyty nie tylko w „Dorsumie”- gabinecie rehabilitacji w Warszawie na Klaudyny, ale również w Odrzykoniu – Piekle, na turnusach rehabilitacyjnych. Ja jestem już wprawdzie „piekielną weteranką”, ale wiem, że młodzież do Piekła przyjeżdża. Bardzo mnie to cieszy, bo Piekło jest super miejscem – takim drugim domem. Pani Zosia na okres dwóch (a czasem czterech, jesli ktoś zostawał na drugi turnus) tygodni stawała się naszą mamą, pan Erwin tatą, pan Daniel – starszym bratem, Zuzia – starszą siostrą. Mam nadzieję wybrać się do Piekła, jak tylko się… ogarnę, jak tylko doprowadzę do porządku. 

En hygge

Taka radość. Takie ciepełko. Uczucie (uczucia?) towarzyszące mi, kiedy uczę się języków. Na angielski przyjdzie czas jutro, bo dzisiaj skupiłam się na duńskim (kupiłam sobie podręcznik do duńskiej gramatyki). Poza tym – kończyłam dzisiaj czytać „Drogę do zniewolenia” (F. A. von Hayek) i cieszy mnie fakt jej przeczytania; warto zainwestować w tę jakże mądrą lekturę. W kolejce czeka książka na temat kapitalizmu napisana przez profesora jednego z najbardziej znanych światowych uniwersytetów. 

Mrówka

Ech…

Dziś czuję się jak mrówka, gdy

czyjś but tratuje jej mrowisko.

Dawno nie miałam w głowie tak przytłaczającej pustki. (O ile o pustce można powiedzieć, że przytłacza.) Ze wszystkich sił staram się doszukiwać pozytywów we wszystkim, co mnie spotyka, ale… Święto Zmarłych – które – wiadomo – nie nastraja optymistycznie – powodowało (jak u wielu ludzi chyba) refleksje nad życiem i śmiercią.

Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo kruche jest ludzkie życie. Jedna po drugiej odeszły dwie bardzo młode osoby. Mój łacinnik zmarł śmiercią tragiczną w wieku 25 lat. Moja koleżanka odeszła we śnie mając lat 22. Wtedy uświadomiłam sobie tę kruchość. Kruchość życia. 

Czemu mi dałeś wiarę w cud

a potem odebrałeś wszystko?

Ze mną jest – możnaby rzec – bardzo rozmaicie. Dzisiaj byłam u jednego specjalisty. Jutro będę u kolejnego. I tak już… od kilku tygodni. To znaczy: prawie od dwóch miesięcy.

Ja się nie skarżę na swój los,

choć wiem, jak będzie jutro rano.

Dużo piszę, bo pisanie przynosi chociaż odrobinę ulgi. A tak to mija dzień za dniem…

Tyle powiedzieć chciałam Ci

zamiast… pacierza na dobranoc.

No właśnie. Dobranoc.