Lepiej!

Chyba powoli wracam do normalności. Nie czuję się już aż tak beznadziejnie, jak się czułam. To, co mnie obezwładniało – powolutku mija. Aczkolwiek w dalszym ciągu, niestety, walczę o każdą minutę snu:

No i w dalszym ciągu – jak cień – chodzą za mną słowa:

„Ty, Panie tyle czasu masz 

mieszkanie w chmurach i błękicie 

A ja na głowie mnóstwo spraw 

I na to wszystko jedno życie. 

A skoro wszystko lepiej wiesz 

Bo patrzysz na nas z lotu ptaka 

To powiedz czemu tak mi jest, 

Że czasem tylko siąść i płakać 


Ja się nie skarżę na swój los 

Potulna jestem jak baranek 

I tylko mam nadzieję, że… 

że chyba wiesz, co robisz, Panie. 

Ile mam grzechów? któż to wie… 

A do liczenia nie mam głowy 

Wszystkie darujesz mi i tak 

Nie jesteś przecież drobiazgowy 

Lecz czemu mnie do raju bram 

Prowadzisz drogą taką krętą 

I czemu wciąż doświadczasz tak 

Jak gdybyś chciał uczynić świętą. 


Nie chcę się skarżyć na swój los 

Nie proszę więcej, niż dać możesz 

I ciągle mam nadzieję, że… 

Że chyba wiesz, co robisz, Boże. 


To życie minie jak zły sen 

Jak tragifarsa, komediodramat 

A gdy się zbudzę, westchnę – cóż 

To wszystko było chyba… zamiast 

Lecz póki co w zamęcie trwam 

Liczę na palcach lata szare 

I tylko czasem przemknie myśl 

Przecież nie jestem tu za karę. 


Dziś czuję się, jak mrówka gdy 

Czyjś but tratuje jej mrowisko 

Czemu mi dałeś wiarę w cud 

A potem odebrałeś wszystko. 

Nie chcę się skarżyć na swój los 

Choć wiem, jak będzie jutro rano 

Tyle powiedzieć chciałam ci 

Zamiast… pacierza na dobranoc”