Ciekawa jestem, jak długo będzie trwać we mnie ta euforia, którą aktualnie odczuwam…? Wiem, że w pewnym momencie wszystko to, co teraz mnie tak cieszy – stanie się codziennością, skończy się zielony czas i zmatowieje ten blask, jak śpiewała Maryla Rodowicz w jednej z moich ukochanych piosenek. Na razie – jest cudnie. No po prostu cudnie. Dziś się wyspałam (nareszcie!), potem poszłam na spotkanie, które było bardzo udane. A potem – spacer do akademika. Jutro mam plan napięty, ale realny – najpierw Erasmusowy event, a potem… nauka. Niestety, w pewnym momencie trzeba i do niej zasiąść.
Kategoria: Erasmus w Danii
Erasmus i Koebenhavn:) og min kaere Dansk Sprog!
Mój piątkowy Tłusty Czwartek :)
Wczoraj cała Polska pożerała pączki, a ja – zaaferowana, zajęta, zabiegana (nawiasem mówiąc – trzy ,,z”; niczym znane większości studentów ,,zakuć, zdać, zapomnieć”) – na śmierć o tym zapomniałam. Dziś postanowiłam to odrobić. Przy okazji konsumowania jakże pysznego obiadu w stołówce akademickiej, nabyłam – drogą kupna – poniższe:
Było bardzo mniam! 🙂 Wprawdzie to nie pączek, ale zawsze…. zawsze cuś 🙂
Dziś biegałam po mieście – zakładałam konto w Danske Banku, potem musiałam skoczyć na chwilę na Starówkę kopenhaską. ,,Chwila” okazała się być kilkoma godzinami – bardzo tu ładnie i lubię spacerować po Kobenhavn. Wprawdzie padało, ale – wyposażona w kurtkę z kapturem – stwierdziłam, iż istnieją raczej małe szanse na to, że się rozpuszczę.
Pozdrowienia! 🙂 I – na dobranoc – trochę zdjęć:
Ulica Krymska
No to ogarnęłam, przy jakiej ulicy mieszkam. Przy Krymskiej! Krimsvej to ulica Krymska. Stosunkowo niedaleko są takie jak Mediolańska, na ten przykład, Milanovej. Albo Palermovej. Palermiańska? Przy okazji – jak to jest z Warszawą? Warszawavej? Warsawvej? Akurat tego jeszcze nigdzie nie widziałam, ale… nikt nie powiedział, że się nie dowiem.
Dziś zdecydowaną większość dnia spędziłam na uczelni. Rano grzecznie potuptałam na nią z akademika (wszak czterdzieści minut tuptania z samego rana jeszcze nikomu źle nie zrobiło!). Po dwugodzinnych zajęciach pognałam do biblioteki, załatwić jedną rzecz, odfajkowałam jeden sklep (bynajmniej nie w bibliotece), po czym podrałowałam na spotkanie z dwiema koleżankami. Kawka i ploteczki – tak, to zdecydowanie jest to, co studentki lubią najbardziej! 🙂
Właśnie skończyłam się uczyć, bo przecież jutro czeka mnie kolejny pracowity dzień. I, niestety, z tego powodu nie mogę sobie pozwolić na to, by przebalować całą noc – ciężka nauka wzywa.
Dziś rano cały świat kupiłam…
Korzystając z przepięknego, słonecznego dnia – wybrałam się na długą wędrówkę po Kopenhadze. Poczułam, że – tak, jak Krzysztof Kamil Baczyński pisał w wierszu o szczęściu – ,,dziś rano cały świat kupiłam”. Ten dzień pozytywnie mnie naładował. Długi spacer (na nogach od 10.00 do 17.00.; z przerwą na obiad) w słońcu – był naprawdę cudowny. Wprawdzie na zdjęciach aż tak bardzo tego słońca nie widać (skubane – chowało się, gdy wyciągałam telefon, by cyknąć fotkę!), to mogę powiedzieć: jestem dziś szczęśliwa.
Pierwszy dzień na uczelni. Jak zostałam obywatelką Danii. Zdjęcia.
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Umierałam ze strachu przed dzisiejszym dniem, a okazało się, że nie taki Erasmus straszny, jakim go sobie wyobrażałam. Budynek mojego wydziału jest bardzo nowoczesny i… przytulny. Sympatyczni wydają się wykładowcy. Uprzedzeni przeze mnie mailowo o moim problemie ze słuchem, nie tylko nie robili mi dziś kłopotów, ale też porozmawiali ze mną o tym – dostali stosowne instrukcje w stylu: nie stajemy tyłem, mówimy wolno i głośno, nie zakrywamy ust, bo czasami posiłkuję się czytaniem z ruchu warg et caetera. Cóż… powoli zaczyna mi się chyba tu podobać.
Poszłam do księgarni kupić podręcznik i nagle usłyszałam: ,,Cześć”. Okazało się, że kolega z wykładu odrobinę mówi po polsku. Było wesoło. Niewątpliwie plus jest tym większy, że jest on bodaj jedną z niewielu poznanych tu dotąd osób, które są w stanie wymówić moje imię.
Dziś również zostałam duńską obywatelką. Przynajmniej tymczasową 🙂 Odstanie dwóch i pół godziny w kolejce do urzędu – opłaciło się. Wydano mi tzw. CPR – number, przyznano duńskiego lekarza, zapowiedziano, że duński ,,dowód tożsamości” przyjdzie do mnie pocztą w ciągu dwóch tygodni. Cóż… pozostaje czekać.
Poniżej – trochę zdjęć.
Przenosiny do akademika
O dziesiątej wymeldowałam się z hostelu. Jakieś piętnaście minut zajęło mi dojście na stację metra; z przesiadką jechałam jakieś dwadzieścia (minut, rzecz jasna). Wyszłam z metra i o ile samą ulicę Krimsvej znalazłam stosunkowo łatwo, o tyle znalezienie akademika (mieszczącego się pod numerem 29) zajęło mi już więcej czasu – z tego względu, że wśród nowych osiedli, budujących się domów, akademik – sam będący tak naprawdę w budowie – po prostu wtapia się w tło.
Dzień piąty. Kolejny spacer.
Nie przychodzi mi do głowy jakiś bardziej ambitny tytuł dla tego posta. Właśnie spędzam mój ostatni dzień w hostelu – jutro przenoszę się do akademika.
Kilka fotek z dzisiejszego spaceru.
Jednak… początki bywają trudne.
Jak w tytule.
Póki co – największym problemem jest język. Ja muszę osłuchać się z Duńczykami. Duńczycy muszą osłuchać się ze mną. O ile w Wielkiej Brytanii pytano mnie, skąd jestem i czy aby na pewno nie z Włoch (!), a w Holandii dogadywałam się bez większego problemu, o tyle w Danii ludzie momentalnie dostają wytrzeszczu gałek ocznych i zanim się dogadam, musi upłynąć trochę czasu.
Za domem, za rodziną, za psami – też mi tęskno. Jestem tu całkiem sama. Mam nadzieję, że wraz z upływem czasu się przyzwyczaję; przecież pierwsze tygodnie we Wrocławiu też do łatwych nie należały.
(Na zdjęciu – duńska Biblioteka Narodowa; Biblioteka Królewska – Kongelige Bibliothek)*
Poruszanie się po Kopenhadze wygląda tak – jak nie wiesz, gdzie jesteś, to szukaj czegokolwiek związanego z Andersenem albo Kierkegaardem – ulicy, placu, pomnika itepe. Jak to znajdziesz – gratulacje! Być może właśnie znalazłeś się w centrum miasta 😀
Nawet nie przypuszczałam, że tutaj jest aż tak drogo. Ceny są po prostu zabójcze. Pocieszam się, że gdybym pojechała do Niemiec czy Wielkiej Brytanii – też nie byłoby tanio.
(Pomnik Sorena Kierkegaarda – w bezpośrednim sąsiedztwie Kongelike Bibliothek)
Z jednej strony – jak pisałam kilka postów niżej, gonię marzenia. Ale cały czas siedzi we mnie strach. I jakoś tak… nie potrafię się tego strachu pozbyć. Wiem, chyba już o nim pisałam i teraz się powtarzam, ale… albo ja jestem jakaś strasznie nerwowa, albo to jest jakiś stan przejściowy, który minie.
(,,Black Diamond” – nowoczesny budynek Kongelige Bibliothek)
No i pogoda – szara, bura i ponura. Jak w piosence…
Jednak Wrocław… był trzysta kilometrów od domu, ale był w Polsce. Wsiadałam w pociąg i po kilku godzinach jazdy byłam w Podkowie. Tutaj raczej trudno będzie tak zrobić – bodaj jedyny rozsądny środek komunikacji to samolot; autobus jedzie kilkanaście godzin.
Jak podkreślam – to dopiero początek. Początki? Zazwyczaj do łatwych nie należą…
_________________________________________
* Jestem autorką powyższych zdjęć. Nie mogą być one wykorzystywane przez osoby postronne bez mojej zgody.
Cisza. Osobiście.
,,Ja się nie skarżę na swój los,
,,Ja się nie skarżę na swój los, potulna jestem jak baranek…”. Nie, ja nie chcę się nad sobą rozczulać… i rzadko to robię. Ale… najgorszy – i najsmutniejszy – jest bezmiar ciszy.
Orientation Dinner
Dzisiaj odbył się Orientation Dinner – spotkanie ,,erasmusowców” z ich tutejszymi opiekunami (mentorami). Towarzysko było / jest / będzie bardzo międzynarodowe – dość powiedzieć, że moja grupa (pod przewodnictwem dwóch mentorek: Dunki i Austriaczki) poza jedną Polką – mną – skupia też Szwedkę, Włoszkę i gościa z Hong – Kongu. Przypuszczam, że – tak, jak w piosence ,,Bałkanica” – będzie, będzie zabawa, będzie się działo.
Po Kopenhadze dzisiaj nie łaziłam zanadto – cały dzień konsekwentnie lał deszcz. Jutro ma nadal lać – chyba pójdę do biblioteki…








































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.