Nerwy… ale i jeden pozytyw

Dobra, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Dziś – z różnych powodów – byłam autentycznie zdenerwowana (jeden parszywy mail, otworzony w parszywej chwili, spowodował, że cały dzień automatycznie stał się dniem parszywym). Muszę jednak przyznać, że jedna osoba sprawiła, że się uśmiechnęłam. Otóż – musiałam pójść do banku i załatwić jedną rzecz. I – kiedy nagle rozległ się dzwonek mojego polskiego telefonu – usłyszałam pytanie, zadane przez pracownika banku:

– Oooo, masz jako dzwonek w komórce muzykę z Ojca Chrzestnego… a w ogóle, to jak tam Twoje duńskie studia?

Miło, że o te studia się spytał:)

Niedawno wróciłam do akademika. Teraz – siadam do nauki… Nadchodzi koniec słodkiego lenistwa.

Acchhh…. te kopenhaskie chmury i zachody słońca ❤
I jeszcze – wspomnienie wczorajszego wieczoru. Musiałam się jakoś odstresować! 🙂
I The Godfather – jedna z moich ukochanych książek…

Gorszy dzień wprawdzie, ale piękny wieczór

(Wejdź w sen – niby w morze głębokie,
jak w kraj nieznany, 
tam bądźmy sami –
nim z rzeki dna wstanie dzień…)

I mnie dopadło. Dzisiejszy dzień był zdecydowanie gorszy od poprzednich. Kryzys? 😦 Na kiepskie samopoczucie – psychiczne przede wszystkim, aczkolwiek miało to przełożenie na samopoczucie fizyczne – złożyło się kilka czynników… które wolałabym przemilczeć.

Uwielbiam wieczorną dzielnicę, w której mieszkam. Amager – rozświetlone latarniami ulicznymi i światłami z mieszkań – ochłodzone wiatrem od morza – jest pięknym miejscem. A przynajmniej – dla mnie pięknym. Jeśli znowu napiszę, że romantycznym, to wyjdzie na to, że jestem niepoprawną romantyczką. Planuję – jak już będzie troszeczkę cieplej i dni będą dłuższe – pójść wieczorem na Amager Strand, na tę najbliższą mi plażę. I tam posłuchać szumu fal.

Jako ilustrację muzyczną planowałam umieścić piosenkę ,,Nocne preludium”, ale nie mogę jej ostatnio znaleźć na YouTube. Ale skoro piszę tu o plaży – to może… piosenka, która ,,wystąpiła” w tutejszym poście o Amager Strand?

 

Poniedziałkowo. Pracowicie

(Dzisiejsze – zachmurzone – niebo nad Amager)

Tym jednym słowem można określić – jak dziś było. Było pracowicie. To znaczy najpierw nauka w instytutowej bibliotece, a później w akademiku, a i tak na dobrą sprawę jeszcze jej nie skończyłam. Muszę przyznać, że jestem zadowolona, bo wysłałam do Polski kolejną część pracy zaliczeniowej z bloku tematycznego (z historii wojskowości) – wysłałam mailem, oczywiście.

 

(Dom przy ulicy Angielskiej – Englandsvej)
(Metro kopenhaskie)
Czas na hity.
(Sushi i pizza – jedno i drugie cukierkowe)
(Coś takiego też mam na wydziale)

Dzień był jak stulecie, a kalendarz – chwilą…

,,Znowu dzień mi przeleciał…”

 
 
 
 
Wybierałam się dziś na zakupy z grupą erasmusowców. No i tak się wybrałam, że – pomyliłam drogi i przez bitą godzinę maszerowałam z podniesionym czołem w odwrotną stronę niż ta, którą powinnam była obrać. Zbiegłam całe Slotsholmen – dzielnicę rządową. Dosłownie całe.
 A zamierzonego celu – centrum handlowego Fisketorvet (na Kalvebod Brygge) – nie było widać. Zanim się zorientowałam, co ja robię, i się zawróciłam – było dobrze po czternastej.
Cel w końcu dopadłam – ale godzinę po umówionym spotkaniu. Więc sobie po nim pospacerowałam, przy okazji robiąc trochę zakupów.
Ogółem – po mieście spacerowałam bite pięć godzin. To był długi dzień. Może nie jak stulecie, ale długi. Niemniej jednak – był on miły.
( It’s a good day 🙂 )
I hity na dzień dzisiejszy.
(Minister. No, takiego ministra to ja bym chciała! :p )
(Wieprzowina po duńsku. Zaczyna mi brakować słów na to, jak mi się ten język podoba 🙂 )

Deszczowo. Oj, deszczowo!

Wyjście z domu nie skończyło się może zupełnym fiaskiem, ale niewątpliwie na finiszu byłam przemoczona do suchej nitki. Odpuściłam sobie pójście do biblioteki i – po powrocie z miasta i doprowadzeniu się do stanu jako – takiej używalności – zasiadłam do nauki, którą w tym momencie powoli kończę. Pogoda mnie dziś dobiła – mało komu chce się coś robić w taki deszcz. Nic tylko przespać taki dzień. Szkoda tylko, że nie zawsze można sobie na to pozwolić.

 

(Chodzą ludzie od siebie do siebie…)
I hicior.
(Co w języku polskim oznacza przedstawione na obrazku słowo – tylko bez kółka na ,,a” – tłumaczyć nie muszę…)

I do przodu… I trochę zdjęć:)

Kolejny ,,kopenhaski” dzień za mną. Muszę przyznać, że bardzo odpowiada mi nauka w instytutowej bibliotece. W ogóle odpowiada mi mój Saxo Institute. Jest bardzo kolorowo w moim instytucie – tu czerwień, tu żółć, tu zieleń 🙂  Przygotowując się na wtorkowe (tak, wtorkowe; poniedziałki mam wolne!) zajęcia – popijam kawę i cieszę się, że mogę tu być:)

Dziś po zajęciach byłam na Stroget – sytuacja życiowa zmusiła mnie do kupna torebki :p Tak, wiem, jestem pod tym względem typową przedstawicielką płci ładniejszej.A tak na serio – chciałam po prostu mieć co niewielkiego, w co wsadzę tylko klucz do pokoju – i ruszę na podbój miasta! I – tutaj napiszę: dzień jak co dzień, bowiem z powrotem tradycyjnie przytuptałam na Krimsvej na piechotę 🙂

Dziś, niestety, nie będzie hitów, na które pewnie część z czytelników bloga czekała. Po prostu nie zawsze uda mi się jakieś hity ,,złapać”.

(Zdjęcia powyżej – wnętrze Saxo Institute)

 

(Amager nocą)
(Najbliższa mojego miejsca zamieszkania stacja metra by night)

 

Pod niebem biało – czarnym

,,Świat mój – tak zwyczajny… Pod niebem biało – czarnym…” – śpiewała Edyta Górniak w piosence ,,To nie ja”.  Właśnie… Jaki jest tutaj, w Kopenhadze, mój świat?

Wiem już jedno: ten, kto mówi, że Erasmus jest jedną wielką imprezą, sam chyba nigdy nie był na Erasmusie. A nawet jeśli był – to na pewno nie tu, gdzie ja jestem aktualnie. Imprezy mają miejsce, owszem, ale – dużą, a wręcz bardzo dużą, wagę przykłada się do nauki. Sporo czasu spędza się w bibliotekach – i w zasadzie robią to wszyscy. Inna rzecz, że zajęcia (a przynajmniej moje; broń Boże nie generalizuję, bo nie wiem, jak jest z pozostałymi!) są prowadzone przez pasjonatów. Widać, że moi wykładowcy kochają to, co robią… i chcą się swoją wiedzą dzielić.
Kopenhaga – jako miasto – jest śliczna. Nie wiem, może ja się nazbyt nią zachwycam, ale ona wydaje mi się taka…  intymna. Wiem, że przede mną jeszcze sezon letni – no, a wraz z sezonem letnim: turyści, turyści, turyści – ale – póki co – miło jest spacerować kopenhaskimi uliczkami … i marzyć, dużo marzyć 🙂 nawet przy mało sprzyjającej pogodzie – zimnej, śnieżnej. Nawet, gdy niebo jest niemal rzeczywiście biało – czarne, gdy pada deszcz…
Jak więc widać – niby to zwyczajny świat studentki, która spędza czas na stypendium. Jednak – myślę, że jest to taki piękny czas, kiedy jeszcze się studiuje… i jest jeszcze trochę tej beztroski.
Jeszcze jedno. Dziś otrzymałam duńską kartę bankomatową i duński ,,dowód osobisty”. Mogę uznawać się za prawdziwą Dunkę :p
I – niemal codzienne – hity.

 

(,,Koszyk” to po duńsku kurv. Dobrze wiedzieć!)

 

(Moja następna lektura :p Danish version of ,,Don Kichote” :p)
(Tak, tak! Bez wątpienia Ekstra Bladet!)

,,Co dzień szczęście zdarza się ludziom…"

,,… i trwa chwilę, dwie, 
albo wiek…”

Dzisiejszy dzień – był jak najbardziej udany. Spędzony w dwóch bibliotekach – najpierw instytutowej, później – miejskiej. Powrót na Amager przez wieczorną Kopenhagę – znów magicznie oświetlony Sondre Kampus… Tak, jak nocą wygląda miasto, wyobrażałam sobie ilustrację (teledysk?) do cytowanej tak w tytule niniejszego posta, jak i w treści powyżej, piosenki Zdzisławy Sośnickiej.

Każdy dzień tutaj – przynosi coś nowego. Czasem coś bardziej, czasem mniej przyjemnego, ale… świadomość, że jestem tu sama, że moi najbliżsi są w Polsce, sprawia, że, choćby nie wiem co – muszę sobie dawać radę. Tak, łatwo powiedzieć, że ,,staram się”, wszak ,,dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”, lecz przecież nie usiądę i się jakże efektownie nie rozpłaczę. We wszystkim, co mnie spotyka, staram się widzieć choćby mgiełkę optymizmu.

Filozofuję? Wiem. Ale między innymi po to założyłam tego bloga, żeby dać czasem upust mojemu ,,filozofowaniu”.  Żeby czasem móc się ,,oczyścić”, wyrzucić z siebie pewne myśli – czasem bardziej, a czasem mniej potrzebne, przydatne…

 

(Egzemplarz wydziałowego organu prasowego. Dziś próbowałam czytać po duńsku)

 

(Takie cudo wisi w Saxo Institute)

 

(Dwa z trzech poziomów biblioteki instytutowej)

 

(Tablica ogłoszeń na wydziale)

 

(Wieczorny Skotland Plads)

 

(Wieczorne domy na Krimsvej)
(Wspomnienie Walentynek! McFlurry <3)
I hity.

 

(Śmiejące się lustro. Chyba bałabym się w to inwestować)
(Wielkanocnych jajek – niespodzianek widziałam, wydawać by się mogło, całkiem sporo.
Ale jajko – niespodziankę rodem z Gwiezdnych Wojen widzę chyba po raz pierwszy)

Dzisiejszy wieczór… tak bardzo magiczny

Jeśli napiszę, że znaczną część dnia spędziłam na uczelni, to pewnie nikt się nie zdziwi, bo robię to codziennie – i nietrudno się domyślić, że jutrzejszy dzień znów będzie dniem jakże owocnym, spędzonym – w bibliotece.

Dziś przyjrzałam się wieczornemu kampusowi uniwersyteckiemu – północnemu kampusowi Uniwersytetu Kopenhaskiego. Tak, słynny Saxo Institutett (Saxo Institute) wchodzi w skład kampusu północnego (Sondre Kampus, Kobenhavns Universitet). Wieczorem – oświetlony, wyglądał bajecznie…

Spacerując po wieczornym Amager – zobaczyłam na jednym z domów… iluminację świetlną? W każdym bądź razie – coś a la iluminacja.
I – oczywiście – hity.

(Odkrycie! Czeska książka o historii gospodarczej Polski – w zasobach Biblioteki Uniwersytetu Kopenhaskiego!)

(I niech mi ktoś teraz powie, że język duński nie jest piękny…)

(Zadanie – odbudować WTC)