Straszna prawda: była zdrada!

,,Prawda o… zdradzie”. Deski krakowskiego teatru. Zdrada po daj Boże dwudziestu latach małżeństwa. Główny bohater zdradza swoją żonę z żoną swojego najlepszego przyjaciela od pół roku. No, dobra: dokładnie od siedmiu miesięcy. Wskutek mało szczęśliwego zbiegu okoliczności dowiaduje się, biedak, że jego żona zdradza go z owym najlepszym przyjacielem od – uwaga – półtora roku.

Różnie pojmujemy pojęcie ,,prawdy”. Spektakl jeszcze bardziej utwierdza nas w tym przekonaniu. Dialogi czworga bohaterów – urocze, pełne humoru. Niezła scenografia (a ja jestem wzrokowcem). Bardzo dobra gra aktorska. Wieczór mogę zaliczyć do udanych. Do krakowskiego teatru ponownie wybieram się w grudniu. Jutro rezerwuję bilety.

Kraków welcome to

Pozdrowienia z deszczowego Grodu Kraka. Melduję: smog jest…

(Tak pisałam wczoraj.)

Dziś ciut lepiej, choć maseczki antysmogowe nadal – widzę – mają wzięcie.

Wczorajszy dzień odespany. Chrześnica odwiedzona. Bilety do teatru odebrane. Grób Ziemby na Cmentarzu Rakowickim – odwiedzony.

Ja – jak zwykle – w biegu. Jeszcze parę spraw tu muszę załatwić.

Wybieram się tu w grudniu. Tylko muszę ogarnąć, kiedy dokładnie. Bo od 1ego do 3ego grudnia jestem – na 99,9 % – w Kielcach. Dwa tygodnie temu był Olkusz (via Katowice), równo miesiąc temu – ukochany Wrocław.

Tat.

Katarzyna Puzyńska – pisarka, autorka książek o Lipowie (które lubię, które czytam, które cenię – napisała o swoich tatuażach. Zmobilizowała mnie tym samym do napisania czegoś więcej o moich.

Moje tatuaże coś dla mnie znaczą. Są częścią mnie. Wiem, że dla wielu osób informacja o tym, że je w ogóle mam (raczej są zakryte, chyba… że na dworze jest upał trzydziestostopniowy) – to lekki szok. Tak, wiem. Większość ludzi ma mnie za takie grzeczne dziecko.

Ale – no, właśnie…

Z pomysłem zrobienia ich nosiłam się przez parę ładnych lat. Jak widać: nie był to spontan. Wzory, które wybrałam – też zostały gruntownie przemyślane. Co dla mnie znaczą? To moja słodka tajemnica.

Jak piszę – myślałam nad nimi długo. Uważam, że taka decyzja powinna być przemyślana – nie bardzo wierzę, że nastoletnia osoba jest już ,,na tyle dojrzała”, żeby jej pomysły nie zmieniły się z minuty na minutę i żeby po jakimś czasie (krótszym czy dłuższym) nie żałowała, że tatuaż zrobiła. Tatuaży się nie robi pod wpływem chwili. A przynajmniej nie powinno się robić pod wpływem chwili, bo niektórzy jednak robią.

Tatuowanie nieletnich. Temat – rzeka. Poruszany – na przykład – tutaj. Ja osobiście jestem zdania, że każde szanujące się studio tatuażu nie powinno wykonać tatuażu osobie niepełnoletniej.

Myślę o kolejnym – mającym być ostatnim zarazem. Już długo mi się ten projekt kołacze gdzieś po głowie. Muszę go jeszcze tylko doprecyzować. I wybrać studio. Wiem już, że będzie czarno – biały. Tak jak i pozostałe.

Uwaga! Czarny Parasol!

Taki obrazek z mojego miasta

bo…

,,Od tygodnia leje w mym mieście…”

Chociaż wczoraj na moment wyszło słońce. I przez moment było pięknie. Listopadowo, ale słonecznie 🙂

W piątek wczesnym rankiem wyjeżdżam do Krakowa, wracam w niedzielę wieczorem, tak więc – Drodzy Czytelnicy – możecie spodziewać się relacji z Grodu Kraka, a ponieważ w sobotę wybieram się na spektakl do Teatru ,,Bagatela” – całkiem możliwe, że i na ten temat coś się tu pojawi.

Tymczasem uczę się angielskiego. Duński był wczoraj.

No i mam fazę na kolejny utwór. I nie będzie to Mela Koteluk. Ani nieśmiertelne (bo ukochane!) ,,Groszki”. Przed Państwem – Kayah & Bregovic!

Carmen Mory – ,,Czarny Anioł” z Ravensbrück

Z pochodzenia była w połowie Brytyjką (po ojcu), w połowie Filipinką (po matce) – urodzoną w Adelboden, niedaleko Berna (Szwajcaria), 2 lipca 1906 roku. Na usługach Gestapo pozostawała od 1934 roku. Po kilku latach znalazła się w hitlerowskim obozie Ravensbrűck, gdzie – jako więźniarka funkcyjna (kapo) – zasłynęła sadyzmem.

Ojciec Carmen Marii Mory – Ernest – był lekarzem, a matka kobiety – Lena Bischoff – jego pacjentką, która – by wyjść za niego – rozwiodła się z pierwszym mężem. Małżeństwo doczekało się trzech córek, wśród których Carmen była środkowa.1 W jej żyłach – poza filipińską i brytyjską krwią – płynęła także krew szwajcarska (po dziadku ze strony matki). W dorosłym życiu pracowała jako dziennikarka – publikowała na łamach ,,Manchester Guardian”2.

Zafascynowana ideologią nazistowską – do NSDAP wstąpiła już w 1934 roku. Wysłano ją do Paryża – zajmowała się tam szpiegowaniem niemieckich emigrantów. W stolicy Francji działała do roku 1938 bądź do przełomu lat 1939 i 1940 (różne źródła podają różne lata: jedne rok 1938, drugie przełom lat 1939 i 1940), do momentu, aż oskarżono ją o szpiegostwo i skazano na śmierć. Chcąc zostać ułaskawioną przez francuskiego prezydenta, zadeklarowała się jako podwójny szpieg. Utraciła zaufanie nazistów, niemniej jednak ułaskawienie uzyskała w roku 1940. Przez rok – do 1941 – przebywała w Czechosłowacji, gdzie była informatorem SS, a jednocześnie – czechosłowackiego ruchu oporu3. Właśnie podczas pobytu tam, Carmen Maria Mory została aresztowana przez Gestapo – pod zarzutem podwójnego szpiegostwa – i wysłana do obozu Ravensbrűck.

Szybko awansowała w obozowej hierarchii. Jako kapo (więźniarka funkcyjna) odznaczała się wyjątkowym okrucieństwem. Z racji sadystycznych skłonności nazywano ją potworem – podczas procesu powiedziano, że ,,zachowywała się jak prawdziwy SS – man”, przydomek ,,Czarny Anioł” miał zabarwienie ironiczne, a powstał najprawdopodobniej wskutek wyjątkowej, nieco egzotycznej, urody Mory. Więźniarką funkcyjną była w bloku 10, gdzie znajdowały się gruźliczki. Więźniarki były przez nią bite – jedna z nich – Polka z pochodzenia – podczas procesu zeznawała (na własnym przykładzie), że Mory potrafiła wylewać wiadra lodowatej wody na zupełnie nagie ciała kobiet. Wywlekała chore więźniarki z łóżek, zaganiała do łaźni i spuszczała na nie – stojące na gołych kamieniach – lodowaty prysznic z wiader, twierdząc:

– Teraz będziecie czyste.

Lubowała się również w okradaniu ich. Służyła pomocą lekarzowi SS – Percy’emu Treite (z pochodzenia Anglikowi) – w eksterminacji kobiet rzekomo chorych umysłowo.4 Violette Le Coq – żyjąca w latach 1912 – 2003 francuska więżniarka obozu od 1943 do 1945, po wojnie znana ilustratorka książek, kiedy w 1947 roku zeznawała w pierwszym procesie załogi Ravensbrűck, posądzała Mory o morderstwo. Cytując jej słowa:

,,Którejś nocy obudziły nas krzyki dobiegające z pomieszczenia obok, w którym umieszczone były kobiety obłąkane. Carmen Mory, studentka medycyny, francuska pielęgniarka i ja wstałyśmy i poszłyśmy (…) zobaczyć, co się dzieje. Otworzyłyśmy drzwi i ujrzałyśmy dwie walczące między sobą kobiety. (…) Mory wzięła jeden ze skórzanych pasów (…) i zaczęła okładać nimi kobiety. Wysłała studentkę medycyny, by przyniosła ampułki, po czym wstrzyknęła ich zawartość [walczącym]. Następnego dnia rano wróciłam do [tego] pomieszczenia i zobaczyłam pięć nieżywych kobiet, leżących na podłodze, wśród nich te, którym Mory dała zastrzyki.”5

Do ostatnich dni życia, Carmen Mory uparcie twierdziła, że jest niewinna zarzucanym jej czynom. Proces toczył się przed brytyjskim Trybunałem Wojskowym, wyroki wykonano w maju 1947. Mory odebrała sobie życie miesiąc wcześniej przez podcięcie żył.

1The Philippine Genealogical Society, https://angkangpilipino.wordpress.com/2015/07/08/carmen-maria-mory/, dostęp: 09. 11. 2017.

2Roberts Y., Is this a woman: inside Ravensbrűck, Hitler’s Concentration Camp for Women review – profoundly moving, [w:], The Observer, 18. 01. 2015, https://www.theguardian.com/books/2015/jan/18/if-this-is-a-woman-review-inside-ravensbruck-camp-women-sarah-helm-profoundly-moving, dostęp: 09. 11. 2017.

3Bazyler M. J., Tuerkheimer M. H., Forgotten trials of the Holocaust, Nowy Jork 2014, s. 142.

4Langley Russel E. A., The Scourge of the Swastika: A History of Nazi War Crimes During World War II, Nowy Jork 2009, s. 209.

5Tamże, s. 209.

#niewidać

Zamarzyło mi się znów…

Bo znów mnie boli miejsce z lewej strony głowy, gdzie miałam odleżynę.

Bo znów mnie ciągną szwy… bo znów na niepogodę.

Bo znów wizyta u lekarza niebawem… bo znów nieprzyjemne badania.

Zamarzyło mi się, by moje aparaty były mniejsze. Żeby nie były aż tak widoczne.

#niewidać

Widać je… widać. Szwy za uchem – też widać.

Niech te szwy sobie będą. Już pal licho szwy.

Tylko żeby aparaty były mniejsze. Będą ze mną już zawsze, wiem to doskonale, ale niech ktoś wymyśli takie… mikroskopijne wręcz. Albo przynajmniej wielkości aparatu wewnątrzkanałowego. Żeby nie było ich widać aż tak bardzo.

Euforia.

Wpadłabym w euforię, gdyby ktoś wynalazł taki procesor mowy w wersji mikro. Wprawdzie mam tak ułożone włosy, by obydwa procesory zasłonić. Niemniej jednak – chciałoby się ściągnąć z głowy te magnesy. I włożyć sobie cały procesor do ucha – jak aparat wewnątrzkanałowy. Tak, by… by nie było go widać.

#niewidać

(źródło obrazu: Pinterest)

Szarlotka z kwaśnych jabłek

Kurczę, no dzisiaj się czuję zupełnie jak bohaterka ,,Smaku świeżych malin” – Malina w chwilach największego rozbicia. Dosłownie. I nic mi dziś nie pomogło – nawet zjedzenie tak pysznej szarlotki. Inna rzecz, że weekend miałam pełen przyjazdów, odjazdów, przejazdów – wszak byłam na weselu. Wróciłam wczoraj do domu późno. Niestety, nie mam natury moich rodziców – imprezowiczów. Chociaż może nie tyle natury, co ich głów. Ja po kieliszku alkoholu (doSŁOWNIE kieliszku, bo więcej nie piję) jestem nieżywa. Moja głowa jest wybitnie nieodporna na alkohol. Ale może właśnie dlatego, że tak rzadko po niego sięgam.

Dzisiaj na nogach od szóstej (w swoje codzienne funkcjonowanie muszę wkalkulować czas dojazdu do stolicy – w porannych korkach to potrafią być dwie godziny), od rana – jak chyba każdy – pracuję. Pracę mam naprawdę przyjemną, zgodną z moją pasją, zgodną z moim wykształceniem.

Przede mną angielski. Pustka w głowie dzisiaj. Totalna. ,,Co ma być, będzie” – zwykłam mawiać, zgodnie z moją fatalistyczną (a może po prostu racjonalną?) filozofią życiową.

Piękny jest kamień z napisem ,,Love”. Alleluja!

Wydaliśmy za mąż moją M., tę od kopenhaskich walentynek, jak również od niedawnego (wieczoru) panieńskiego. M.! Życzę Tobie i J. tego, o czym była mowa w Waszej piosence podczas pierwszego tańca – żeby było naprawdę pięknie.

Poniżej – piosenka, do której tańczyła cała nasza paczka z akademika.

A tutaj – Cohen. Już zawsze ,,Hallelujah” będzie mi się kojarzyło z Twoim Najpiękniejszym Dniem.

(Ps. Powyższe zdjęcie zrobiłam, gdy wracałam z Twojego panieńskiego.)