Bloger

Przedwczoraj był Światowy Dzień Blogera. Ja, oczywiście, o tym zapomniałam… Ogarnęłam się dzisiaj, poniekąd za sprawą jednej z moich blogowych koleżanek po fachu.

Czym dla mnie jest mój blog? Miał być pamiątką z Kopenhagi. I tylko, i wyłącznie pamiątką z Kopenhagi. Zaczęłam go pisać parę dni przed wyjazdem i zakładałam, że po powrocie go zamknę. A stał się po prostu częścią mnie samej. Stał się miejscem, na łamach którego dzieliłam swoje radości i smutki. Stał się miejscem, na łamach którego staram się pokazywać, że z problemami ze słuchem można sobie całkiem nieźle radzić. Stał się moim własnym zakątkiem sieci www.

Dwukrotnie go zawieszałam. Raz dwa lata temu, kiedy po prostu potrzebowałam go zawiesić. Drugi raz na początku tego roku, kiedy… kiedy uznałam, że pisanie nie ma sensu.

Piszę. I piszę. I na razie nic nie wskazuje na to, żebym przestała pisać.

Czy będę bardzo nudna, jeżeli po raz tysięczny wrzucę piosenkę nierozerwalnie z mrowiskiem związaną?

Czy będę bardzo nudna, jeżeli po raz tysięczny wrzucę ,,Groszki”? 🙂

Nie, nie, nie!

Agnieszka Olejnik. Jej książki (o dwóch z nich wspominałam tutaj) tchną spokojem. Książka ,, Zabłądziłam” jest dla mnie szczególna. Opisuje moment brutalnego zetknięcia się z dorosłością. Dawała nadzieję w tych trudnych dla mnie momentach. Wracają wspomnienia sprzed dwóch lat. Wtedy i ja zetknęłam się z.. życiem. Wyszłam. Już tego nie ma. Złe minęło. Już jest dobrze. Chociaż. Tego się nie da wygumkować z pamięci.

Zachęcam do włączenia się w działania akcji ,,Zobacz. Znikam”. Zachęcam do włączenia się w działania ,,Porcelanowych aniołków”. To, o czym piszę, to jest bardzo poważny problem. On istnieje. On jest wśród nas.

A dzisiejszy dzień był mega pozytywny. Był u mnie R. Na kawie, ciachu i pogaduchach. R. to mój kuzyn. Też związany z Zawrociem ❤️

Kończę Całą w fiołkach Agnieszki Olejnik. Dobrze jest!

Łamać serca twardym panom

Damą być. Kobietą być. Czapińska po raz enty.

Być kobietą, być kobietą – marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie…
Być kobietą, być kobietą – oszukiwać, dręczyć, zdradzać
nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać.
Mieć z pół kilo biżuterii, kapelusze takie duże
i od stałych wielbicieli wciąż dostawać listy, róże.
Na bankietach, wernisażach pokazywać się codziennie…
Być kobietą – ta tęsknota się niekiedy budzi we mnie.
Ekscentryczną być kobietą – przyjaciółki niech nie milkną,
czas niech płynie w rytmie walca, dzień niech jedną będzie chwilką.
Jakaś rola w głównym filmie, jakiś romans niebanalny…
Być kobietą w dobrym stylu, Boże, daj mi…
Gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie,
łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie…
Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń?
Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę!
Być kobietą, być kobietą – marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie…
Być kobietą, być kobietą – oszukiwać, dręczyć, zdradzać
nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać.
Ach, kobietą być nareszcie, a najczęściej o tym marzę,
kiedy piorę ci koszule albo… naleśniki smażę…

Bym jak w domu miała tu

Jest tak jak sobie wymarzyłam. Może i jeszcze mi brakuje tego żywego lwa (kupię Ci żywego lwa, byś jak w domu miała tu), ale myślę, że ów lew jest jednym z bardzo niewielu rzeczy, których mi tu brakuje. To są sprawy wyłącznie natury, powiedziałabym, technicznej, bo Dziurawy But (taką nazwę nosi moje em – kwadrat… albo mój em – kwadrat) to miejsce, które pokochałam całym sercem ❤️

Gwiazdy leją się w błocie

Nie mam telewizora. I mieć nie będę. To, czego potrzebuję, zazwyczaj udaje mi się znaleźć podczas surfowania w odmętach sieci. A jak nie w sieci, to w literaturze, prasie. Chętnie posiłkuję się również wiedzą innych osób, wychodząc z założenia, że koniec języka za przewodnika.

Nie mam telewizora. Robię to z pełną świadomością. Mówię o tym z pełną świadomością.

Jeszcze raz powtarzam: nie mam telewizora. No, a teraz… dlaczego?

Jakby było jeszcze co oglądać, to bym nawet w tę telewizję zainwestowała. Ale gdy widzę wysyp tak zwanych gwiazd bądź Gwiazd (dla niektórych duża litera ma znaczenie), to – jak to kiedyś określiłam w jednym z limeryków, które wyszły spod mojego pióra – zachciewa mi się zwrócić obiad. Bo czegóż to gwiazdy (pardon, Gwiazdy) już nie robiły na wizji…? Poniżej krótka lista (niepełna, podkreślam):

– tańczyły

a) na lodzie

b) na parkiecie

– śpiewały

– udowadniały, jak bardzo znajomo brzmi czyjaś twarz

– występowały w cyrku

Kondycję telewizyjnych programów rozrywkowych fantastycznie opisała niejaka Klara Weritas w moim ulubionym słuchowisku radiowym pod zaiste piękną nazwą Trzy dni Pontona. Otóż wedle rzeczonej Klary, panie: Dyda Ohyda i Chocipek – były kojarzone między innymi z takimi dziełami jak Gwiazdy leją się w błocie czy Idiotki na wrotki. Nie dziwi więc, że – mając do wyboru płacenie abonamentu za powyższą rozrywkę lub założenie konta na Netflixie, wybieram to drugie rozwiązanie.

Ps. Poniżej, parę moich limeryków, na czele z tym, o którym piszę w tekście. Miłej lektury.

Na komendę policji w Suwałkach
przywieziono raz trupa w kawałkach.
Gdy policjant popatrzył na ciało,
zwrócić obiad aż mu się zachciało
i pomyślał: „No, była rozwałka!

Bogata pani z centrum miasta Tumu
sprawiła sobie pumę aż z Chartumu.
Zwierzę owe ta pani bardzo polubiła,
na jego grzbiecie siedząc po Tumie jeździła
czyniąc tym wiele szumu wśród tłumu.

Historyk (amator) w Żaganiu
chciał wziąć udział w Styczniowym Powstaniu.
Lecz kiedy branka była,
jego żona rodziła,
Więc nie było go na tym zebraniu.

Muzyk w mieście ogromnym (Koluszkach)
pasjami grywał na szkle i na puszkach.
Wszyscy mu tłumaczyli:
„Kaleczysz się, nasz miły!”
Rany miał na swych palców opuszkach.

Szukaj (a znajdziesz)

Był czas, że bardzo lubiłam gadać. Zagadywałam ludzi, powiedzmy sobie szczerze. To się zmieniło. Z wiekiem? Nie wiem, może i tak. Ale również…

Szukałam akceptacji. Rozpaczliwie szukałam akceptacji. Zrozumienia. Siebie w szaleństwie tego świata (chociaż tego szukam wciąż). Oglądając siebie w lustrze widziałam tylko to, co mi się w sobie nie podobało.

Zanim w końcu polubiłam siebie taką jaką jestem (a jestem, jak niektórym wiadomo, Mrówką, Myszą z Dziurawego Buta, słowem: oryginałem), minęło bardzo wiele czasu. Już sam mój wygląd przez niektórych może być uznany oryginalny: raczej nikczemnej postury istotka, o krótkich rudych włosach, fanka tatuaży (póki co – sztuk trzy) i kolczyków (na dzień dzisiejszy – sztuk sześć), nosząca się generalnie na luzie (im luźniejsze ciuchy, tym lepiej). A był czas, nie ukrywam, że podążałam za wzorcem dyktowanym zewsząd przez kulturę tak zwaną popularną.

Bycie szczupłą – to sobie postawiłam za punkt honoru w wieku piętnastu lat. I popadłam w szał odchudzania. Zgubiłam dziesięć kilo i uważałam, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Uparłam się, że zapuszczę włosy. Look określany jako pielgrzymkowy (określany przez Mecenasa S.) ćwiczyłam z zapałem.

Trochę przeszłam, zanim udało mi się skompletować swój styl. Jestem sobą. Dobrze się czuję. Jest okej. Nawet jak mam te dwa kilogramy więcej i unikam sztucznych rzęs oraz botoksu. Co do gadania… ostatnio wolę słuchać.

A paniom podążającym za szczupłością, poprawiającym swoją urodę za pomocą ostrzykiwań twarzy i za pomocą skalpela (tak, wśród nich są i moje rówieśnice), polecam to, co sama właśnie czytam: