Małe mieszkanko na Mariensztacie

Bardzo lubię warszawski Mariensztat. Nie przyszło mi – jak dotąd – na nim mieszkać i tego nie planuję (przynajmniej w najbliższej przyszłości). Chociaż ostatniej nocy śniło mi się, że tam zamieszkałam. W takim małym mieszkanku – jak moje obecne…

Strasznie dziwne idą Święta – nie dość, że cały świat walczy z wirusem z koroną, to jeszcze Mecenas S. połamał nam się był, biedaczysko, srodze (więc, drodzy Czytelnicy, dajcie sobie spokój z zadawaniem się z drabinami, jak wysokie te drabiny by nie były).

Irena Santor „Małe mieszkanko na Mariensztacie”

Invictus

Z okowów najmroczniejszej nocy,
których już nigdy dzień nie skruszy
Dziękuję bogom, których mocy
zawdzięczam hardość swojej duszy.

I chociaż ogrom cierpień w koło,
me usta skargą nie splamione.
Spadają ciosy na me czoło,
choć zlane krwią, lecz podniesione.

Tu gdzie się rozpacz z bólem splata,
jedynie śmierć się zakraść może.
W grozie mijają długie lata,
lecz strach mnie nie zmógł i nie zmoże.

I chociaż kroczę wśród chaosu,
błądzę w cierpienia mrocznej głuszy,
Jestem kowalem swego losu
i kapitanem swojej duszy.

(W. E. Henley)

Mikro

Zespół Mikromusic i ten dobry wrocławski okres w moim życiu. Znów mnie wzięło na wspomnienia i na pytania: co by było gdyby… Ostatnio jednak, próbując – mimo wszystko – iść w kierunku studiów doktoranckich, pomyślałam, że może jednak tam wrócę. Choćby na te studia, może odbywałabym je eksternistycznie. Unormuje się sytuacja, to wtedy będę dalej dłubać w tym temacie. Tymczasem jednak – słuchając wyżej wspomnianego zespołu – pozostaje mi przenieść się myślami na ukochany Biskupin, na Jajo Grunwaldzkie przy którym mieszkałam przez trzy lata czy na mój wydział.

Słoneczna strona życia

Mając czas na naukę duńskiego, przysiadłam fałdów. Spójniki nadrzędności (underordnende bindeord) okazały się być dobrym polepszaczem nastroju. A właściwie nie tyle polepszaczem nastroju (bo ten mam akurat niezły), co podnosicielem na duchu. Drugim podnosicielem na duchu jest obecność moich Najbliższych i wszystkich naszych dwudziestu Pojedynczych Łap (pięć razy po cztery). Dałam dyla z mojego mieszkania, przynajmniej chwilowo. (Na moim osiedlu podobno są już dwie rodziny objęte kwarantanną.)

Zaszyłam się w swoim dawnym pokoju.

Zaszyłam się ze spójnikami nadrzędności właśnie.

Nieskończenie wiele

Możliwości.

Nieskończenie wiele możliwości działania.

Tyle jest jeszcze przed nami.

Wśród tych możliwości – w co mocno wierzę – jest jakieś lekarstwo na tę zarazę, co to obecnie panuje. Mam nadzieję, że znajdzie się jakaś… szczepionka albo cokolwiek innego, byleby coś było. Jakiś lek.

Bylebyśmy mogli wyjść już z domu. Normalnie pójść do pracy. Bo teraz raczej wszyscy uprawiamy #siedźnadupie i – chociaż bardzo dobrze, że stosujemy się do zaleceń! – znam takich, którym w domu po prostu ciężko jest usiedzieć. Ja sama, choć niewątpliwie należę do domatorek – trochę tęsknię do gwaru ulic.

Zacytować by tu się chciało najulubieńszą moją A. O., która w utworze „Zabawa w Sielance” pisała:

Na Czerniakowskiej, róg Gagarina,
późno się robi, świtać zaczyna,
Zakład otwiera fryzjer Ignacy,
ruch na ulicach – to ludzie pracy.
Wszyscy się spieszą, tłok na przystankach…”

Tak bardzo chcę, byśmy szybko wrócili do normalności i do tego tłoku.

I to jedno wiem

„Musisz kochać, gdyś mnie raz zobaczył,

tak mi w gwiazdach los przeznaczył.

Moje stopy do tańca się rwą,

kiedy skrzypek czaruje swą grą.

Wtedy tańczę i to jedno wiem,

że me usta czarownym są snem”

(F. Lehar, Meine Lippen Sie kuessen so heiss”)

Nieczęsto tańczę, ale kiedy to, co się teraz dzieje – przeminie, to… chyba zatańczę z radości.

Playlista w czasach zarazy

Lubię tu raz na jakiś czas wrzucić jakąś muzykę. Wrzucę ją i teraz – jednym okiem zerkając na to, co piszę, drugim zaś – czytając „Wioskę kłamców”. Kryminał. Ot, moja lektura na marcowe wieczory, jak już kończę pracę zdalną na dany dzień…

GreenFields

Donna, Donna

Kot bez ogona

Pour ne pas vivre seul

Je suis malade

Besame mucho

Un po’d’amore

Nights in white satin