Myszką Miki przez Kopenhagę

Tytuł nawiązuje do książki ,,Autostopem przez galaktykę”. Galaktyki tutaj nie ma, autostopem chyba nigdy nie odważyłabym się podróżować, ale jest Myszka Miki i jest Kopenhaga.

Dzień zaczęłam od pysznej kawy, po czym stwierdziłam, że w sumie to nie mam jakichś szczególnych planów, więc chyba wsiądę na rower. I… i pojadę przed siebie.

 

Pojechałam.

 

Chciałam zobaczyć, gdzie się mieści kopenhaskie zoo.Minąwszy zoo, ciesząc się pięknym słońcem i siedemnastoma stopniami Celsjusza – pedałowałam dalej przed siebie i jakoś nie miałam ochoty nic innego robić. W końcu wylądowałam – nad jeziorem. Poczułam się troszeczkę tak, jakbym nagle stała się Anią z Zielonego Wzgórza. Domki, które są w pobliżu jeziora, ten cały krajobraz –  są dokładnie takie, jakie wyobrażałam sobie, że istnieją na Wyspie Księcia Edwarda.

 

Wracałam w stronę centrum miasta przez Frederiksberg. Oczywiście, dwa razy musiałam pomylić drogi… ale może dzięki temu więcej zobaczyłam…?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wycieczkę zakończyłam… na lodach. Były pyszne.
Po powrocie do akademika zaliczyłam pierdyliardsetny fałszywy alarm przeciwpożarowy.
I tym – miłym? niemiłym? – akcentem skończyłam pełen wrażeń dzień.

…i kapitanem swojej duszy

Przede mną – sesja. Zbliża się wielkimi krokami, wszak obydwie prace egzaminacyjne mam wysłać moim wykładowcom do 27 maja. Do jednej z nich napisałam już wstęp.
Dzisiejszy dzień? Ładny, słoneczny dzionek. Przejażdżka rowerem – tak dla zdrowia i próby poprawienia humoru, jak i z konieczności zrobienia większych zakupów w centrum handlowym.
(Polski akcent. Łyszkowice. Jak miło!)
Cóż… będę musiała przysiąść do nauki. Nadszedł czas. Wszak:
,,…jestem kowalem swego losu
i kapitanem swojej duszy.”

Choróbsko się przypałętało :(

Cóż za piękny początek maja! Słoneczko, wszystko pięknie, ślicznie, apetycznie, trawka zielona, kwiatki rosną, a ja siedzę w domu zafluchana jak stąd do Pcimia Dolnego i z powrotem. Możliwe, że się dorobiłam na wczorajszym rowerze. Próbowałam się dziś uczyć duńskiego. Średnio mi to szło. Może jutro będzie lepiej. Choć nie wiem, czy na jutrzejszą lekcję duńskiego pójdę 😦

Kapryśna piątkowa sobota

Dzień zapowiadał się fatalnie, to znaczy wczoraj po prostu strasznie źle się czułam i gdyby nie koleżanka, która poratowała mnie tabletką, to byłoby jeszcze gorzej. Humor mam od dwóch dni taki sobie. Nawet bardzo taki sobie 😦

Dziś – usiłując ten humor podreperować – poszłam na kawę do – bardzo sympatycznej skądinąd – kawiarenki LeKaff. Później – wycieczka rowerowa. Długa – prawie trzygodzinna. Pojechałam do Kastrup, jak wczoraj, ale tym razem via Amagerbrogade  – summa summarum okrążając lotnisko. W sumie to jestem ciekawa, ile kilometrów zrobiłam. Myślę, że sporo.

Będąc w Kastrup zobaczyłam coś, co wydawało mi się być … dziewiętnastowiecznym parkiem. Wyglądało to tak intrygująco, że przekroczyłam bramę i znalazłam się tym sposobem na cmentarzu. Wyglądał faktycznie jak park. Zdjęcia – wśród zdjęć poniżej.

Le Kaff:

 

 

 

W drodze do Kastrup:
(Taki samochód mogłabym mieć…)

 

 

 

 

 

(Droga prowadząca na lotnisko Kastrup)
Cmentarz w Kastrup:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Droga powrotna:

 

 

 

 

(Fort w Kastrup)
Miłej reszty weekendu życzę.

Latawce, wiatr i plaża

Wraz z moją nieodłączną Myszką Miki postanowiłam / postanowiliśmy?/ wybrać się dziś na wycieczkę wzdłuż Amager Strand. Tak mi / nam się to spodobało, że przejechałam / przejechaliśmy całą ścieżkę rowerową, lądując – summa summarum – tuż przy lotnisku Kastrup i przy Den Bla Planet (Narodowym Duńskim Akwarium). Przy okazji – dowiedziałam się, że Kastrup Lufthavnen to już nie jest Kobenhavns Kommune, a sąsiednie Tarnby Kommune. Pedałując, miło było obserwować kafejki przy plaży, Duńczyków na deskach windsurfingowych. Niewątpliwie, Amager Strandparken ma swój urok 🙂 Jak na dłoni widać było most łączący Danię i Szwecję.

 Niestety, w iPhonie padła bateria. I nie udało mi się zrobić nic więcej niż to, co prezentuję poniżej.

Nie chodzi o to, aby język giętki…

…powiedział wszystko, co pomyśli głowa. 

Język giętki. No właśnie. Jak to jest z tym językiem giętkim i w ogóle z językami obcymi? A przynajmniej – w moim przypadku…? Siedząc dziś w bibliotece nad duńskim, pomyślałam, że może warto byłoby napisać coś na ten temat.

Angielskiego uczę się nieprzerwanie od 1999 roku. Bardzo lubię ten język, jest on taki… melodyjny. Z drugiej zaś strony wiem, że ani angielski, ani żaden inny język nie będą u mnie tak bardzo biegłe, jak chciałabym, żeby były – a wszystko ze względu na mój słuch.

Co nie zmienia faktu, że naukę języków bardzo lubię i tym chętniej zabrałam się za naukę duńskiego. Myślę, że powoli, powoli – da się dojść do wyznaczonego sobie celu… w tym przypadku do dogadania się z Duńczykami.

Myślę, że najważniejsze, to przynajmniej próbować się dogadać. Pamiętam, że jakieś sto lat temu, gdy jeszcze mój niemiecki (który uparcie wałkowałam przez bite sześć lat) nie ograniczał się do trzech podstawowych wyrażeń (‚Ja’, ‚Nein’ , ‚Hande hoch’), kiedy wsiadłam w pociągu do przedziału, w którym byli sami Niemcy (z Hamburga do Krakowa przez Wrocław) – musiałam wyszperać z pamięci szczątki tego mojego niemieckiego i – o dziwo – zostałam zrozumiana. Niestety, po pięciu latach nieużywania zupełnie zapomniałam tego języka i – mimo corocznych obietnic, że do niego wrócę – jak na razie nie udało mi się tego dokonać. Aczkolwiek możliwe, że w jakiejś super – podbramkowej sytuacji, jakbym poszperała, to bym się po niemiecku wysłowiła.

Uczyłam się również języka migowego. Podstaw języka migowego. I sporo znaków używanych w tym języku jeszcze pamiętam. Szczerze powiedziawszy (napisawszy?) z tych języków, których do tej pory się uczyłam – migowy był najtrudniejszy. Musisz wszystko pokazywać, bardzo ważna jest mimika, jak również koordynacja ruchów (bardzo podobne znaki mogą oznaczać diametralnie co innego).

Łacina – też była. Najpierw na pierwszym roku studiów – bo tak jest w programie. Potem – już czysto hobbystycznie, dla własnej – że tak się wyrażę – ‚gimnastyki’.

Teraz duński. Na razie to początki. Ale – jestem uparta. I wiem, że będę się uczyć 🙂

 

Nauka jazdy … rowerem

Nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że początki bywają trudne. Trudność owych początków odczułam, ucząc się poruszania po Kopenhadze – na rowerze.

Mój stalowy rumak – znany również z racji fantazyjnej kierownicy jako Myszka Miki – przeżył ze mną wiele. Poczynając od spektakularnego zaliczenia gleby w wakacje Roku Pańskiego 2009, kiedy to w drugi dzień obozu rowerowego (sic!) wyłożyłam się jak długa na jednej z dróg województwa zachodniopomorskiego (ściślej: dwa kilometry przed Trzebiatowem), tracąc parę zębów, tudzież skórę na łokciach i kolanach. Potem przez kilka lat jeździliśmy po Wrocławiu i można śmiało powiedzieć, że zjeździliśmy większość miasta. Teraz – od kilku dni, to znaczy od momentu przyjazdu z Polski – Myszka Miki dzielnie wozi mnie po Kobenhavn.
Ścieżki rowerowe w Kobenhavn są w zasadzie wszędzie, bo też i rowerów tu jest od groma. Stalowe rumaki stoją sobie spokojnie w każdym zakątku i zaułku i w większości przypadków niczym nie są przypięte. Ja jednakowoż przypinam Myszkę – wszak przezorny zawsze ubezpieczony.
 
Nauka jazdy. No właśnie… Są tu odrębne cykle świateł i odrębne znaki drogowe dla rowerzystów i teraz w zasadzie największa sztuka polega na tym, żeby się  w tym wszystkim połapać. Powoli się tego uczę i – przypuszczam – jeszcze kilka dni mi ta nauka zajmie, ale pierwszy dzień to był jakiś kosmos. Pomijam fakt parokrotnej ucieczki przed samochodami (dosłownie w ostatniej chwili) – jechałam jak potłuczona, mruczałam pod nosem słowa powszechnie uznawane za nieprzystające przedstawicielce płci ładniejszej i autentycznie gubiłam się w miejscach, które – wydawać by się mogło – zdążyłam już poznać. Teraz jest troszeczkę lepiej, ale do ideału droga jeszcze daleka.
A co porabiam teraz? Piszę pracę – i słucham muzyki. Aktualnie w tle lecą słowa:
,,Wyciągnij dłonie i chwyć marzenie,
ono rozproszy złej nocy cienie.
Niechaj nadziei skrzydła białe
z powrotem niosą Cię
jak ptak.”
 
 

Ogrody Tivoli. Christiania. Holmen. Operaen

Zwiedziliśmy dziś z Tatusiem słynne Tivoli. Wydaliśmy krocie. I… nie jesteśmy zachwyceni. Strasznie to jest jarmarczne. Przede wszystkim to są sklepiki, kafejki, kafejeczki. Owszem – diabelskie młyny i rollercoastery też się znajdą, ale strasznie to wszystko jest naćkane na stosunkowo niewielkiej powierzchni – jedno stoi na drugim i to niemalże dosłownie. Za sam wstęp dużo płacisz, a potem za każde skorzystanie z jakiejś atrakcji każą dodatkowo płacić. To jest w zasadzie miejsce dla rodzin z dziećmi, które są zapewnić dzieciakom sobotnio – niedzielną rozrywkę. Aczkolwiek szczerze wątpię w to, czy niektóre diabelskie młyny rzeczywiście są przeznaczone dla dzieci 🙂

To, co nam się z pewnością podobało to kawa – bardzo dobra, włoska 🙂 No i kwiaty – były piękne!

 

 

 

Kilka fotek z Tivoli.

 

 

 

 

(Tivoli Koncertsal – jedna z ważniejszych sal widowiskowych w Danii)

 

Później przejechaliśmy przez Christianię – niestety, nie mogłam zrobić zdjęć. Wycieczkę zakończyliśmy na nowym gmachu opery (Operaen w części miasta zwanej Holmen /Wyspy/).

Miasto kwitnącej wiśni

Wczoraj przyjechał Tata. Bardzo się ucieszyłam! Po trzech miesiącach niewidzenia się…  stęskniłam się bardzo. Więc zwiedzamy. Wczoraj – moja uczelnia, Stroget, Norreport. Dzisiaj – Kongens Nytorv, Amalienborg, Langelinie Pier i Den Lille Havfrue, Kastellet, Norrebro, Ostebro… jutrzejsze zwiedzanie opiszę jutro 🙂

Tak pięknie było dziś w Kastellet! Dlatego ten post zatytułowałam ,,Miasto kwitnącej wiśni” 🙂

 

 

 

 

Środowe parszywe samopoczucie

Jak w tytule. Nie dość, że miałam noc z głowy – to jak już usnęłam – czyli około szóstej rano – to przespałam tak ze 3/4 dnia, a jak już się zwlokłam z wyrka, to pognałam do najbliższej apteki (,,najbliższej” to znaczy jakieś 20 minut tuptania). Na duński nie poszłam, bo dwugodzinny spacer w tę i dwugodzinny z powrotem – to było ponad moje siły, co nie zmienia faktu, że dziś tę część dnia, która jeszcze mi została – poświęciłam duńskiemu. (Hvad med dig? 🙂 Jak długo uczyłeś/aś się dziś duńskiego? :))  Od rana żrę Panodil – czyli duńską wersję Panadolu / Apapu / Ibupromu. I to byłoby tyle na dzisiaj.

Z pozdrowieniami i nadzieją na lepsze jutro

wasza źle – się – czująca

H.

 

(Paryski akcent w Kopenhadze)

 

(Rower moich marzeń 🙂 )

 

(Kawa… królestwo za kawę!)

 

(Dzisiejsza pogoda)
(Winogrona. Uwielbiam!)