Wbrew tak zwanej ironii losu

Kolęda Zbigniewa Preisnera i Beaty Rybotyckiej. Wzrusza niezmiennie. I wykonanie, i tekst:

,,A nadzieja znów wstąpi w nas,

nieobecnych pojawią się cienie.

Uwierzymy kolejny raz

w jeszcze jedno Boże Narodzenie.

Chociaż przygasł świąteczny gwar,

bo zabrakło znów czyjegoś głosu:

przyjdź tu do nas i z nami trwaj

wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens,

że nie trzeba żałować Przyjaciół.

Bo gdziekolwiek są – dobrze im jest,

gdyż są z nami, choć w innej postaci.

I przekonaj, że tak ma być,

że po głosach tych wciąż drży powietrze.

Że odeszli po to, by żyć

i tym razem będą żyć wiecznie.

Przyjdź na świat,

by wyrównać rachunki strat,

żeby zająć wśród nas

puste miejsca przy stole.

Jeszcze raz

pozwól cieszyć się dzieckiem w nas

i zapomnieć, że są

puste miejsca przy stole…”

Sorry, taki mamy klimat

Usiłuję się rozbudzić. Skutek jest, powiedzmy sobie szczerze, mizerny. Właśnie piję drugą kawę. Patrzę bez sensu za okno. Śniegu nie ma. Sorry, taki mamy klimat – jak swego czasu wysłowiła się jedna z pań – ministrów. Słońca też nie ma. W sumie sama jestem ciekawa, jakie dzisiaj mam ciśnienie, bo generalnie jestem niskociśnieniowcem i takie 70 na 55 to u mnie standard.

O, właśnie. ,,Helena – kebab” :p wyszperane na jednej z ulic Warszawy. Jutro odbieram klucze do swojego własnego em – kwadrat, ale ono nie będzie w stolicy. Tym sposobem ominie mnie przyjemność bywania w rzeczonej ,,Helenie – kebab”.

Młyn. Młyn. Młyn. Niech mi ktoś przypomni, jak ja się nazywam…

Dłuższe formy

Wróciłam do pisania dłuższych form. Ściślej mówiąc: w wolnych chwilach ponownie skrobię coś, co stworzyłam dobre kilkanaście lat temu. Miałam wtedy dwanaście lat i wysmarowanie bitych stu stron (a nawet trochę ponad stu) – było nie lada wyczynem. I po upływie x lat, ponownie wróciłam do tego mojego ,,dzieła”. Z mocnym postanowieniem poprawy – i dokończenia go.

Ostatnie dłuższe ,,coś” powstało po mojej maturze, kiedy wpadłam na pomysł zdawania do łódzkiej filmówki i w związku z tym – a marzyło mi się pisanie scenariuszy – musiałam przedstawić komisji rekrutacyjnej przed którą ewentualnie bym stawała – swoje dzieło, liczące najmniej sto stron. Wysmażyłam takowe i szumnie nazwałam książką. Po czym postanowiłam się pochwalić tym przed moją rodziną.

Finalnie moje wybitne wypociny spłonęły w kominku. Pełne dramatyzmu losy głównej bohaterki sprawiły, że moim najbliższym pociekły łzy, ale… ze śmiechu.

W skrócie wyglądały one tak, że dziewczyna z Warszawy przeprowadza się do miasta w którym ja sama obecnie mieszkam, by zamieszkać z ojcem i jego nową kochanką. Wskutek mało szczęśliwego zbiegu okoliczności odkywa, że kochanka ojca jest tak naprawdę transwestytą, który zamordował jej matkę.

Bosko, prawda? Harlequiny, przy całym dla nich szacunku, przy tej historii mogą się schować.

Po tym, jak powyższa opowieść została zjechana od góry do dołu przez recenzenta i spłonęła w kominku – długo, długo nie pisałam nic… długiego. Teraz powoli się to zmienia.

Przygoda życia

Jak ja ,,lubię” pytanie: ,,Bawisz się jeszcze w harcerstwo? W Twoim wieku?”. Odpowiadam: ,,A co ma wiek do rzeczy? Harcerstwo to przygoda życia”. Harcerstwo, historia ruchu skautowego – jest moją pasją, ściśle łączy się z tym, czym zajmuję się zawodowo, bo – uściślając: jestem historykiem II wojny światowej, z naciskiem na działalność Szarych Szeregów w czasie Powstania Warszawskiego.

Od kilku lat moja działalność harcerska – przez lata związana ze Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej – skupia się wokół warszawskiego Muzeum Harcerstwa, a już najbardziej uściślając: wokół Archiwum wchodzącego w skład tego Muzeum. Łączę swoje zainteresowania naukowe z pracą archiwisty. I na odwrót: łączę pracę archiwisty z zainteresowaniami naukowymi. Realizuję się, rozwijam się. I jestem w świetnym Miejscu, wśród ciepłych i kochanych Ludzi.

Harcerzem jest się całe życie – tak uważam. Harcerstwo – to zbiór wartości. Harcerstwo – to braterstwo, to wzajemny szacunek. I naprawdę niezapomniane chwile.

13ego grudnia roku pamiętnego

Trzynastego grudnia 1981 znam tylko z przekazów – urodziłam się po ’89 roku. Dzisiaj mamy trzydziestą szóstą rocznicę. Dzisiaj – demokracja w Polsce daleka jest od… demokracji.

Szlag mnie trafił. Staram się nie wchodzić w politykę, wychodząc z założenia, że każdy ma prawo do swoich własnych poglądów; szanując te poglądy nie chcę się wdawać w polityczną pyskówkę. Lecz dziś i ja muszę zabrać głos. Nie daje mi spokoju to, co widzę dookoła.

Dzisiaj demokracja w Polsce jest niszczona. Najpierw się zabrali za Trybunał, potem za KRS. A w międzyczasie grzebali kobietom w narządach rodnych. (Jeśli pomyliłam kolejność, to proszę wybaczyć.) Teraz nałożyli karę na TVN. Za co? A no za to, że TVN pokazuje to, co się naprawdę dzieje za naszymi oknami. Czyli ewidentne łamanie prawa.

Granie na emocjach. Miesięcznice. To jest znęcanie się nad emocjami Rodzin, których Bliscy zginęli w Smoleńsku. Szarganie pamięci tych Zmarłych. Miesięcznice wyglądają tak, jak pisałam we wrześniu:

Muszę to opisać, bo mój wk*rw sięgnął zenitu. I muszę to z siebie wyrzucić. Unikam na fb takich postów, ale…

Krakowskie Przedmieście. Wczoraj. Wszędzie blokady z powodu miesięcznicy. Idąc do kościoła świętej Anny (rodzinna coroczna msza rocznicowa), dowiadujemy się, że, aby przejść z ulicy Miodowej – musimy pokonywać trasę: Miodowa przy Krakowskim (dokładnie vis a vis kościoła), schody ruchome, potem dołem i… po schodach. Z przerażeniem patrzę na mojego 91 – letniego Dziadka – ciężko mu iść taki kawał, porusza się z trudem, wejście na górę z trasy W – Z jest dla Niego straszne. Pod kościołem policja – dalej nie wpuszczają. ,,Czekamy na rozkaz” – słyszymy. Zbiera się tłum ludzi. Tłumaczymy, że zbliża się 21.00, że idziemy na mszę. Czekają na rozkaz. Przychodzi ksiądz, tłumaczy im, żeby nas wpuścili do świątyni. Nie ma mowy, nie wpuszczą. Ludzie się burzą, padają słowa: ,,Zabraniacie nam praktyk religijnych, utrudniając dostęp do kościoła”. Niektórzy nagrywają telefonami. Mój Dziadek – człowiek, którzy przeżył II wojnę światową, człowiek który przeżył PRL, człowiek, który przeżył straszną życiową tragedię – się włącza w dyskusję, widzę, jak ciężko mu stać, On zresztą sam tłumaczy to policjantom….

Wpuścili nas – po 40 minutach stania. Bo wtedy dostali rozkaz.

Gdzie tu logika? Jak napisałam – unikam na swojej tablicy postów o charakterze politycznym – szanuję poglądy innych ludzi. Ale..

widok ludzi, których nie wpuszczano do kościoła,

widok 91 – letniego Dziadka, dla którego stanie przez te 40 minut było udręką. Jakże upokarzające musiało być dla Niego przekonywanie funkcjonariuszy, jak bardzo jest Mu ciężko!

widok księdza, którego słowa nie trafiały do policjantów…

to wszystko było ponad moje siły.

Zablokują mi tego bloga. Przecież piszę to, co jest niepopularne, bo szkodzi ich wizerunkowi. Trudno. Niech sobie blokują. Ja poglądów nie zmienię. Nikt nie podzielił tego społeczeństwa tak jak oni. Nikt. Całe rodziny ze sobą nie rozmawiają… ze względów politycznych.

Znów tak jak dziesiątego września pod świętą Anną – płaczę. Ze zwyczajnej ludzkiej bezsilności.

Poniżej – słynne zdjęcie zrobione przez Chrisa Niedenthala.

Ludzie listy piszą

Kartki świąteczne właściwie. W tym roku to ja wzięłam na siebie pisanie życzeń – Dziadziuś narzeka, że trudno Mu to robić; że Jego palce nie są już tak sprawne.

Bardzo miła tradycja – w szczególności dzisiaj, gdy żyjemy w dobie smartfonów i Facebooka. Napisać kilka ciepłych słów, szczerych, od serca, sprawić tym komuś przyjemność… dlatego z przyjemnością dzisiaj wysłałam już pierwszą partię kartek. I zabieram się za wypisywanie drugiej.

Mój duński, niestety, leży od kilku dni odłogiem – musiałam się skupić na obowiązkach. A poniżej – przedświątecznie – jedna z moich ulubionych wersji ,,Cichej nocy”. Nie duńska, nie. Szwedzka.

Sanna Nielsen ,,Stilla Natt”