Bym jak w domu miała tu

Jest tak jak sobie wymarzyłam. Może i jeszcze mi brakuje tego żywego lwa (kupię Ci żywego lwa, byś jak w domu miała tu), ale myślę, że ów lew jest jednym z bardzo niewielu rzeczy, których mi tu brakuje. To są sprawy wyłącznie natury, powiedziałabym, technicznej, bo Dziurawy But (taką nazwę nosi moje em – kwadrat… albo mój em – kwadrat) to miejsce, które pokochałam całym sercem ❤️

Gwiazdy leją się w błocie

Nie mam telewizora. I mieć nie będę. To, czego potrzebuję, zazwyczaj udaje mi się znaleźć podczas surfowania w odmętach sieci. A jak nie w sieci, to w literaturze, prasie. Chętnie posiłkuję się również wiedzą innych osób, wychodząc z założenia, że koniec języka za przewodnika.

Nie mam telewizora. Robię to z pełną świadomością. Mówię o tym z pełną świadomością.

Jeszcze raz powtarzam: nie mam telewizora. No, a teraz… dlaczego?

Jakby było jeszcze co oglądać, to bym nawet w tę telewizję zainwestowała. Ale gdy widzę wysyp tak zwanych gwiazd bądź Gwiazd (dla niektórych duża litera ma znaczenie), to – jak to kiedyś określiłam w jednym z limeryków, które wyszły spod mojego pióra – zachciewa mi się zwrócić obiad. Bo czegóż to gwiazdy (pardon, Gwiazdy) już nie robiły na wizji…? Poniżej krótka lista (niepełna, podkreślam):

– tańczyły

a) na lodzie

b) na parkiecie

– śpiewały

– udowadniały, jak bardzo znajomo brzmi czyjaś twarz

– występowały w cyrku

Kondycję telewizyjnych programów rozrywkowych fantastycznie opisała niejaka Klara Weritas w moim ulubionym słuchowisku radiowym pod zaiste piękną nazwą Trzy dni Pontona. Otóż wedle rzeczonej Klary, panie: Dyda Ohyda i Chocipek – były kojarzone między innymi z takimi dziełami jak Gwiazdy leją się w błocie czy Idiotki na wrotki. Nie dziwi więc, że – mając do wyboru płacenie abonamentu za powyższą rozrywkę lub założenie konta na Netflixie, wybieram to drugie rozwiązanie.

Ps. Poniżej, parę moich limeryków, na czele z tym, o którym piszę w tekście. Miłej lektury.

Na komendę policji w Suwałkach
przywieziono raz trupa w kawałkach.
Gdy policjant popatrzył na ciało,
zwrócić obiad aż mu się zachciało
i pomyślał: „No, była rozwałka!

Bogata pani z centrum miasta Tumu
sprawiła sobie pumę aż z Chartumu.
Zwierzę owe ta pani bardzo polubiła,
na jego grzbiecie siedząc po Tumie jeździła
czyniąc tym wiele szumu wśród tłumu.

Historyk (amator) w Żaganiu
chciał wziąć udział w Styczniowym Powstaniu.
Lecz kiedy branka była,
jego żona rodziła,
Więc nie było go na tym zebraniu.

Muzyk w mieście ogromnym (Koluszkach)
pasjami grywał na szkle i na puszkach.
Wszyscy mu tłumaczyli:
„Kaleczysz się, nasz miły!”
Rany miał na swych palców opuszkach.

Szukaj (a znajdziesz)

Był czas, że bardzo lubiłam gadać. Zagadywałam ludzi, powiedzmy sobie szczerze. To się zmieniło. Z wiekiem? Nie wiem, może i tak. Ale również…

Szukałam akceptacji. Rozpaczliwie szukałam akceptacji. Zrozumienia. Siebie w szaleństwie tego świata (chociaż tego szukam wciąż). Oglądając siebie w lustrze widziałam tylko to, co mi się w sobie nie podobało.

Zanim w końcu polubiłam siebie taką jaką jestem (a jestem, jak niektórym wiadomo, Mrówką, Myszą z Dziurawego Buta, słowem: oryginałem), minęło bardzo wiele czasu. Już sam mój wygląd przez niektórych może być uznany oryginalny: raczej nikczemnej postury istotka, o krótkich rudych włosach, fanka tatuaży (póki co – sztuk trzy) i kolczyków (na dzień dzisiejszy – sztuk sześć), nosząca się generalnie na luzie (im luźniejsze ciuchy, tym lepiej). A był czas, nie ukrywam, że podążałam za wzorcem dyktowanym zewsząd przez kulturę tak zwaną popularną.

Bycie szczupłą – to sobie postawiłam za punkt honoru w wieku piętnastu lat. I popadłam w szał odchudzania. Zgubiłam dziesięć kilo i uważałam, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Uparłam się, że zapuszczę włosy. Look określany jako pielgrzymkowy (określany przez Mecenasa S.) ćwiczyłam z zapałem.

Trochę przeszłam, zanim udało mi się skompletować swój styl. Jestem sobą. Dobrze się czuję. Jest okej. Nawet jak mam te dwa kilogramy więcej i unikam sztucznych rzęs oraz botoksu. Co do gadania… ostatnio wolę słuchać.

A paniom podążającym za szczupłością, poprawiającym swoją urodę za pomocą ostrzykiwań twarzy i za pomocą skalpela (tak, wśród nich są i moje rówieśnice), polecam to, co sama właśnie czytam:

Droga do szczęścia

No to sobie popłakałam… na filmie z 2008 roku.

Znajduję się na początku drogi. Od kiedy dwa lata temu się zbuntowałam (w końcu!), cały czas powoli układam tę swoją drogę: kamyk po kamyku. Kilka dni temu ktoś powiedział: „H., szalejesz!”. Bo szaleję, to prawda. Przez całe życie myślałam najpierw o innych, a gdzieś na szarym końcu – o sobie (powiedziano niedawno do mnie: „Najpierw chciałaś pół świata zbawić, a potem dopiero myślałaś o sobie, H. „) . Teraz to zmieniam. Najpierw jestem ja.

Wprawdzie nie wpadłam jeszcze na pomysł przeprowadzki do Paryża, na jaki wpadła bohaterka filmu, mistrzowsko odegrana przez Kate Winslet. Ale w snach się pojawia jedno miejsce, które strasznie, strasznie chciałabym zobaczyć. I to jest mój cel. I droga do tego celu… to jedna z moich dróg do szczęścia.

Szukając serca i faworów

Myszor i ja robimy dziś powtórkę z Kopenhagi. Wracamy do długich wycieczek. Wybraliśmy się na Żoliborz. Jak wiadomo (albo i nie wiadomo), mam słabość do tej dzielnicy. Więc wyjechaliśmy rano z Dziurawego Buta, zahaczyliśmy o dom moich rodziców i wybyliśmy do 100lycy. Na upragnione Kalinowe Serce (tak, tak! Kalina J.!) przyjdzie czas w tygodniu, bo właśnie wypiłam kawę w Faworach i co…? I pedałuję dalej!

Welcome to the Leaky Shoe

Dzisiaj Dziurawy But (a wraz z nim jego lokatorka – Mysz) witali swoich Gości. Dziękujemy. Było cudownie. Teraz Mysz sprząta. Przecież jutro Mysz idzie do pracy, a Dziurawy But musi być czysty. Do szybkiego zobaczenia:)

Całusy:*

DB & M :*