Ponownie Bardzo Słony

Jak już pewnie czytelnikom bloga wiadomo – wielbię łazić po kawiarniach. A od kiedy rok temu odkryłam Labour Cafe na Ordynackiej i kawiarniany karmel – marzyło mi się, by ponownie do tego miejsca zawitać. Dziś się udało, przy okazji dreptania do staromiejskiego kościoła, celem zamówienia corocznej mszy rocznicowej. Przycupnęłam, wspomniałam piosenkę niezrównanej Kaliny J., wsunęłam słodkość (bardzo mniam!) i lecę dalej! ✈

Enjoy! 🙂

Ps. A kawa poniżej to taka typu hołmmejd 🙂

Marsz Mokotowa

Nie grają nam surmy bojowe
I werble do szturmu nie warczą,
Nam przecież te noce sierpniowe
I prężne ramiona wystarczą.

Niech płynie piosenka z barykad
Wśród bloków, zaułków, ogrodów,
Z chłopcami niech idzie na wypad,
Pod rękę, przez cały Mokotów.

Ten pierwszy marsz ma dziwną moc,
Tak w piersiach gra, aż braknie tchu,
Czy słońca żar, czy chłodna noc,
Prowadzi nas pod ogniem z luf.

Ten pierwszy marsz to właśnie zew,
Niech brzmi i trwa przy huku dział,
Batalion gdzieś rozpoczął szturm,
Spłynęła łza i pierwszy strzał!

Niech wiatr ją poniesie do miasta,
Jak żagiew płonącą i krwawą,
Niech w górze zawiśnie na gwiazdach,
Czy słyszysz, płonąca Warszawo?

Niech zabrzmi w uliczkach znajomych,
W Alejach, gdzie bzy już nie kwitną,
Gdzie w twierdze zmieniły się domy,
A serca z zapału nie stygną!

Ten pierwszy marsz ma dziwną moc,
Tak w piersiach gra, aż braknie tchu,
Czy słońca żar, czy chłodna noc,
Prowadzi nas pod ogniem z luf.

Ten pierwszy marsz niech dzień po dniu,
W poszumie drzew i w sercach drży,
Bez próżnych skarg i zbędnych słów,
To nasza krew i czyjeś łzy!

Jest coś takiego

Wiersz Franciszka Klimka. Znalazłam go na Facebooku pod postem o suni, która szuka domu.

Ktoś ustanowił tak tam na Górze
I trudno nam to wytłumaczyć:
Jest coś takiego w psiej naturze,
Że pies nam wszystko chce wybaczyć.

I głód. I chłód. I niewygodę
Gdy łańcuch jeszcze bardziej skrócą,
I ból, i strach, i niepogodę,
I poniewierkę, gdy wyrzucą.

Jest coś takiego w psiej naturze,
Co ludzie często mają za nic:
To wierność, która trwa najdłużej
I miłość, która nie zna granic.

Ta miłość się nie może znużyć
Ani z latami, ani z wiekiem,
Ale by na nią móc zasłużyć,
Trzeba po prostu być człowiekiem.”

Poniżej – B. Moja B.

Moja i nasza codzienność

„Fakty” zaprezentowały poniższy materiał:

„Na wymianę procesora mowy za długo się czeka”

I to jest, niestety, także i moja codzienność. Ja tylko stwierdzam fakt. Smutny fakt.

Trochę pisałam o posiadaniu procesorów, gdy trwał strajk osób niepełnosprawnych w 2018 roku. Moje procesory mowy mają już dziewięć lat. Powinny być już wymienione. Przynajmniej jeden z nich. Ale – nie są. Czekam i czekam…

Budzę się rano i modlę się, żeby zadziałały. Nie działa już wyświetlacz w jednym z nich. Program, na który ten procesor powinien być ustawiony, poznaję po tym, jak słyszę. Kabelki ledwie zipią, więc muszę się bardzo napracować, by tak „przyłożyć” cewkę (czyli to, co jest przy samej skórze) do głowy, żeby móc cokolwiek usłyszeć.

Zdarza się mi aż podskoczyć na ulicy – bo jest za głośno. A ja boję się przestawiać procesor na cichszy program – nie chcę robić tego „na czuja”.

Baterie też mam zawsze w zapasie i zawsze przy sobie. Nigdy nie wiem, kiedy mogą się przydać. Jeszcze niedawno to były nawet cztery dni. Teraz…? Teraz wolę być na wszystko przygotowana. Bo pierwsza myśl, gdy aparat nie działa, to – mimo wszystko – „A może to tylko bateria?”. Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak takie baterie wyglądają, to wklejam link do sklepu, w którym od lat już się w nie zaopatruję: hurt.com.pl.

Przerywają. Nie słyszę momentami. Więc poprawiam, poprawiam, poprawiam. Czuję wszczepy pod palcami. Poprawiam magnes – odruchowo. Ciągle mam tę nadzieję: „A może… wysunął się z cewki?”.

Strasznie, strasznie się boję, że spełni się najczarniejszy z moich snów. Że obudzę się rano i one już nie zadziałają. Że nie pomoże wymiana baterii, włożenie do osuszacza. Że pozostanie cisza. Ja wiem, że ja jestem w niej całe życie. Ale jednak mając sprawne procesory z niej wychodzę. Choć na dzień, bo na noc je ściągam…

Pięknie mogło(by) być

Lipiec – w domowych pieleszach. Sierpień szykuje się wyjazdowy. Usiłuję sfiniszować temat mojego prawa jazdy – po dziesięciu latach już naprawdę zaczynam mieć nóż na gardle. Wiem, że na samochód moich marzeń w życiu nie będzie mnie stać, a i w sumie chyba wyglądałabym w nim śmiesznie – ja nie jestem przesadnie dużą osobą, a auto ze snów to Nissan Pathfinder. Alternatywą dlań jest Suzuki Swift, ale jeżeli ten, to koniecznie w kolorze czarnym (wszak „Czarność nad czarnościami i wszystko czarność”!). Podobają mi się jeszcze Skoda Citigo i Volkswagen UP. Najważniejsze jednak to zdać. Po prostu zdać i mieć to wszystko za sobą. A ja się zawsze stresuję przed wszelakimi egzaminami. Próbowałam już wielu „odstresowywaczy” i właściwie niewiele one mi pomagają. Może z czasem przestanę aż tak bardzo przeżywać.

Wczoraj nabyłam (drogą kupna, rzecz oczywista) kolejne dwie książki o Zawrociu. Już się cieszę na ich lekturę. W szczególności tę wieczorną – przy świecach i piosenkach Kofty.

O tej porze

Słucham piosenki Grażyny Łobaszewskiej. I przypominam sobie, jak w zeszłym roku zastanawiałyśmy się z moją Mamą: „Za rok o tej porze…”.

O tej porze…

Mija właśnie dokładnie rok od czasu, gdy poznałam moją Malutką B. Gdy zaczęłam jeździć do Niej raz w tygodniu po pracy. Gdy zaczęłam wychodzić z Nią na spacery. We wrześniu będzie rok, od kiedy zamieszkałyśmy razem.

A tak wygląda moja cudowna Kruszynka teraz. Właśnie słodko śpi. Czy jest szczęśliwa? Mam cichutką nadzieję, że tak…

A jej Pani – w drugim pokoju – się uczy. Ze słuchawkami na uszach…