Więc: przeżyłam… lekki szok

Jak w tytule. Wczoraj natknęłam się na wywiad ze znanym profesorem z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wywiad

Zaskoczyły mnie słowa Profesora, że ,,mniej niż dwa procent polskich studentów wyjeżdża na zagraniczne stypendia”. Ciekawe, z czego to wynika… Czasem, gdy rozmawiałam z ludźmi i pytałam o Erasmusa, padała odpowiedź:

– Nieee…. jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło.

Oczywiście, motywacje mogły / mogą być różne, ale – kurczę – nawet nie przypuszczałam, że ludzi, którzy decydują się na wyjazd, jest aż tak niewielu. Myślałam, że w czasach, kiedy mamy UE, kiedy wyjazd nie stanowi aż TAKIEGO problemu, bo najczęściej podróżuje się ,,na dowód”, kiedy załatwianie paszportów, a następnie ich wręczanie – nie wygląda tak jak w scenie z filmu ,,Miś” – tych studentów jest znacznie więcej.

W starym kinie

Dzisiaj zaszalałam. Bardzo chciałam obejrzeć film ,,Brooklyn”, w związku z powyższym poszłam do kina. Wydałam krocie (ale cóż… podobno raz się żyje!). Film naprawdę bardzo mi się podobał. Ale równie – jak film – podobało mi się kino – Grand Teatret.

Grand Teatret – adres kina to Mikel Bryggers Gade 8 – położone jest tuż obok mojego ulubionego kopenhaskiego miejsca (no dobrze, drugiego z ulubionych; pierwszym ulubionym niezmiennie pozostaje uczelnia, na trzecim miejscu jest Amager – dzielnica, w której mieszkam), czyli Stroget. Kino ma dziewięćdziesiąt trzy lata w tym momencie (otwarto je w 1923 roku), posiada sześć sal i jest  w stanie pomieścić ogółem 773 osoby, przy czym największa jest sala numer trzy (z 326 miejscami).
Klimat kina przypomina mi trochę klimat warszawskiego ,,Muranowa”, a ,,Muranów” lubię – dobrze mi się kojarzy; będąc w liceum praktycznie co miesiąc byłam tam w ramach wycieczek szkolnych. To nie jest kolejny multipleks, gdzie jest od cholery popcornu, coli, a repertuar to często naprawdę obciachowe filmidła. To jest kino z klasą; niewielkie;  ze starannie dobranym repertuarem, z barem kinowym, w którym – pamiętam – czasem siedziało się, czekając na seans.
Coś czuję, że dzisiejsza wizyta w Grand Teatret była moją pierwszą, ale nie ostatnią 🙂

Plany na jutro? Obijania się ciąg dalszy 🙂 Konkretnie – wizyta w Studenterhuset 🙂

A dziś – wracając deszczową Amagerbrogade do akademika – uparcie nuciłam sobie to:

Pogoń w stołówce akademickiej

Tradycyjnie – na obiad potuptałam do stołówki akademickiej, bo tam, wiadomo, najtaniej, przecież studenci tacy biedni. A że w tej naszej stołówce jedzenie jest dobre – tym chętniej studenci tam chodzą. Więc poszłam dziś i ja (jak zresztą chodzę codziennie). Zadowolona, podeszłam do kasy, zapłaciłam, odeszłam i nagle usłyszałam za sobą wrzaski, a po chwili ktoś szarpnął mnie za rękę. Za mną stała jakaś dziewczyna, tłumacząc mi, że zostawiłam… swoją kartę kredytową w czytniku. No, fakt, zapomniałam. Pół stołówki miało ubaw.

Cóż… mój nieogar, bywa, niestety, przyczyną kłopotów / przypałów / Bóg wie, czego jeszcze. Tak, jak niedawno – po wyjściu ze sklepu na zimne powietrze, wyszperałam w torbie moje ulubione rękawiczki z misiem pandą, które dostałam od mojej Przyjaciółki. I jakoś tak mało przytomnie je wyciągałam z tej nieszczęsnej torby, że – ku mojemu zdziwieniu – wylądowały one w torbie kobiety idącej przede mną. Mina tej pani – kiedy tłumaczyłam jej, że w torbie ma moje rękawiczki – bezcenna.

Jezu, kiedy ja nareszcie stanę się bardziej ogarnięta…? 😦
Ps. Pozdrawiam znad książek.

Imieniny po kopenhasku

Do dnia dzisiejszego myślałam, że najdziwniejsze imieniny spędziłam w 2009 roku, kiedy to świętowałam w warszawskim szpitalu na Banacha (a razem ze mną świętowało 3/4 oddziału neurologii dziecięcej; H. ma imieniny, no to trzeba je jakoś uczcić!). Dzisiejsze imieniny przebiły wszystkie pozostałe.

Wyspawszy się, a następnie zwlókłszy z magicznego mebla zwanego łóżkiem (o siódmej rano Internet odmówił mi posłuszeństwa, toteż rodzinka nie złożyła mi życzeń face – to – face, niemniej jednak uczyniła to esemesowo), zabrałam się za naukę, wyszedłszy z założenia, że, niestety, w pewnym momencie musi nadejść kres jakże słodkiego lenistwa. Pouczywszy się dostatecznie długo, by uznać, że mniej więcej kojarzę o, co – za przeproszeniem – kaman, udałam się do centrum miasta, by wziąć udział w wydarzeniu organizowanym przez International House, czyli instytucję zajmującą się ,,ogarnianiem” obcokrajowców przybyłych do Kopenhagi. Najbardziej interesowały mnie nadchodzące wydarzenia kulturalne – i wszelkie najpotrzebniejsze informacje dziś uzyskałam:) Spotkałam tam również mojego kolegę z Hong Kongu i dwie koleżanki z Włoch. No i zjadłam kawałek pysznego tortu! 🙂

Potem zrobiłam sobie małą imieninową przyjemność – a mianowicie zakupy…

Dlaczego nazywam dzisiejsze imieniny ,,dziwnymi”? Bo to jednak dziwne uczucie – świętować tak daleko od domu, w obcym kraju…

(Powyższe – w drodze na event)

(Poniższe – sam event)

(Poniżej – dźwig górujący nad ratuszem)

 

I hiciory…
(Przyznam szczerze, że niejakiego skrzata Zgredka się w Kopenhadze nie spodziewałam…)
(Piękne nazwy! Frozen Dreams in Candy Paradise i Fatty Cow)
I coś dla ucha. Moja ukochana kolęda ,,Cicha Noc” (wiem, że to nie Boże Narodzenie, ale jakoś tak mnie wzięło)…
po szwedzku…
po duńsku…

Erasmus = jedna, wielka impreza? Oj, chyba raczej nie!

Już coś kiedyś tutaj wspominałam, ale – dziś tę myśl rozwinę. Od wielu osób słyszałam:

– O, jak fajnie! Jedziesz na jedną, wielką, gigantyczną imprezę!

Jak bardzo się te osoby myliły!

Raczej większość czasu spędzam w bibliotekach, bo – po prostu – wymagają tego ode mnie moje zajęcia. Uczęszczam na dwa konwersatoria, ale takie, na które każdorazowo muszę naprawdę sumiennie się przygotować. Bardzo lubię te zajęcia, prowadzą je pasjonaci – wykładowcy, po których widać, że kochają to, co robią. Wkładają w te nasze zajęcia dużo pracy i – widać, że dużo serca. Przyznam się szczerze, że wybierając przedmioty nawet nie przyglądałam się zbytnio, na co się zapisuję, mając na uwadze, że na miejscu miałabym jeszcze 30 dni na ewentualną zmianę Learning Agreement, czyli umowy dotyczącej kształcenia (przedmiotów et caetera). Na pierwsze zajęcia szłam z duszą na ramieniu, jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie. Obydwaj wykładowcy okazali się być kulturalnymi, otwartymi ludźmi, którzy – widząc, że masz z czymś problem – naprawdę bardzo starają się ci pomóc. Poza tym – jak pisałam wyżej – prowadzą te zajęcia z taką pasją, że aż wstyd iść na nie nieprzygotowanym. I aż żal nie skorzystać z wiedzy, którą starają ci się przekazać. Trzeba sobie zakodować, że materiału do przygotowania na zajęcia nie jest jakoś okropnie dużo… ale nie jest też bardzo mało. Zajęcia odbywają się na ogół z wykorzystaniem dostępnych multimediów – rzutników et caetera.

Wykładowcy są na luzie. Słowa ,,cześć” i ,,do zobaczenia” – w Polsce, przypuszczam, nie do pomyślenia –  tutaj problemu nie stanowią. Wiem, że dziwi ich to, jak bardzo ja z kolei jestem oficjalna, ale, niestety, mam problem z przestawieniem się z polskiego sposobu rozmowy z wykładowcą – bardzo oficjalnego – na nieoficjalny, tutejszy. Przyznam, że znów – tak jak na pierwszym roku studiów – mam problem z nomenklaturą i do wszystkich wykładowców zwracam się ,,Panie Profesorze”. Dziś rozmawiałam z jednym z nich na temat prezentacji, którą mam przygotować i – zapytana przezeń – wyłuszczyłam mu, czym się zajmuję na co dzień. Roześmiał się i powiedział:

– No to rzeczywiście masz bardzo wąską specjalizację!

Fakt. Mam wąską specjalizację. Cóż poradzić – taką mam pasję.

Erasmus, owszem, obfituje w różnego rodzaju eventy, ale – wszystko z głową i nic na siłę. Nikt cię do niczego nie zmusza i w ogóle pamiętać należy, że najbardziej tutaj liczy się nauka, a biblioteki są po prostu pełne studentów.

Nic, tylko jechać na Erasmusa! 🙂

Hit na dziś (uwielbiam takie ‚mądrości toaletowe’):

A propos imprez…
(No właśnie… gdzie?)

Dzień jeden w roku… a, nie, raz na cztery lata

29 lutego. Raz na cztery lata – chyba ciekawe życie mają ci, którzy tego dnia obchodzą urodziny.

Właśnie usiłuję pisać kolejny anglojęzyczny artykuł – ze wstydem przyznaję, że coś słabo mi to dzisiaj wychodzi. Może dlatego, że dziś spędziłam cały dzień w bibliotece, ucząc się z anglojęzycznych książek i teraz po prostu mam jakiś mętlik w głowie 😦 Po cichu liczę, że coś mi się ,,odblokuje”, jakaś klapka otworzy, jakąś wenę twórczą złapię i będę mogła tworzyć dalej… Oby tak się stało!

 

(Zawsze cieszy mnie widok tego jakże muskularnego gościa :p )

 

(Kiermasz książek w Saxo Institute)
(Trzy powyższe – ze spaceru)
Hiciory. Rodem z paczki z domu.

 

(No to dostałam dziś polskiego hama :p )
(Instrukcja obsługi ekspresu do kawy:
1. Wlać wodę.
2. Wsypać kawę.
3. Zamknąć.
4.Zaparzyć kawę.
5.Serwować
Niczym w tym durnym dowcipie:
Jak za pomocą trzech ruchów wsadzić słonia do lodówki?
1. Otworzyć lodówkę.
2. Wsadzić słonia.
3. Zamknąć lodówkę)

Minął miesiąc. Wyjątkowo… zimny luty?

W ubiegłym tygodniu minął dokładnie miesiąc, od kiedy wylądowałam w Kobenhavn. Przez ten miesiąc – siłą rzeczy – musiałam ogarnąć jedno: muszę radzić sobie sama i nie ma zmiłuj. W zasadzie wszystko, co powinnam załatwić, staram się załatwić samodzielnie, bez angażowania osób postronnych. Jeśli mi jest smutno, też raczej staram się wypłakać sama ten smutek – wspomnę najwyżej o tym na blogu w jednym czy nawet w kilku zdaniach (choć wiem, że na samym początku pobytu wysmarowałam wielki post na temat moich problemów, zwieńczony piosenką ,,Zamiast”; cóż, miałam taką potrzebę). Dziś – zgodnie z cotygodniową tradycją – dzień zaczęłam od ,,małej rachunkowości” – czyli zebrania do kupy rachunków z całego tygodnia i obliczenia, ile tym razem wydałam (z uwagi na jedno ze stypendiów, z którego będę odpowiednio rozliczana – musiałam wdrożyć tę ,,cotygodniową tradycję”).

Pogoda – paskudna. Iście zimowa. Zespół Maanam śpiewał kiedyś o ,,wyjątkowo zimnym maju”.

Kopenhaga ma obecnie ,,wyjątkowo zimny luty”. To znaczy – nawet jeśli na termometrze masz – jak dzisiaj – zero, czy na zewnątrz – jak przedwczoraj – piękne słońce, to i tak musisz liczyć się z silnymi podmuchami wiatru. Szczerze powiedziawszy, zaprzestałam używania parasola. Bez sensu jest ryzykować jego połamanie przez to okropne wietrzysko 🙂
Toteż dziś, zaliczywszy codzienny spacer, odpuściłam sobie na dziś jakiekolwiek dalsze opuszczanie akademika – i właśnie przygotowuję się do wtorkowych zajęć. Pozdrowienia znad książki ,,The Great Persuasion”! 🙂

Pożar zórz – zaczarowanych ranków i zaczarowanych róż

A marzyło mi się, że będzie jak w mojej ukochanej piosence Demarczyk – że ranek będzie zaczarowany, że tak, jak wczoraj, kiedy to przeleżałam 3/4 dnia, czując się – generalnie – do de – obudzą mnie piękne promyki słońca… Że wyjdę na słoneczny spacer wzdłuż plaży – tak, wzdłuż Amager Strand –  żeby się dotlenić, mając nadzieję, że mi się polepszy.

Nic z tego. Szaro. Buro. Ponuro. Taka mgła, że nosa z pokoju nie było po co wystawiać. No, może nie z pokoju, bo uczyłam się w akademikowej kafejce (można i tak się uczyć; kafejka wbrew pozorom jest tu całkiem spokojna), ale z akademika już nie. Zmuszona przez okoliczności, poszłam na spacer – raz, że wystąpiła u mnie konieczność dotlenienia się, dwa, że musiałam zasilić stan posiadania mojej lodówki, czyli – innymi słowy – musiałam na cito zaliczyć Lidla. Stwierdziłam, że nie będę zaliczać najbliższego Lidla, którego mam pod samym nosem, bo ten spacer trwałby trzy i pół minuty w obydwie strony (no dobra, niewiele
więcej). Uzbrojona w zakupową torbę wielokrotnego użytku, potuptałam przez Oresundsvej na Amagerbrogade, gdzie się znajduje trochę dalszy Lidl.

Zaopatrzywszy się w najniezbędniejsze artykuły spożywcze, a następnie przytachawszy z rzeczonego Lidla to wszystko, w co się zaopatrzyłam, stwierdziłam, że wypadałoby trochę ogarnąć pokój. Odkurzywszy i zrobiwszy pranie, zabrałam się się za prasowanie. Właściwie to prasować skończyłam dosłownie pół godziny temu.

A teraz – słucham mojego najnowszego odkrycia. ,,Groszków i róż” – tych, z których zaczerpnęłam cytat będący tytułem niniejszego posta – mogłabym słuchać w zasadzie bez końca. Do tej pory uważałam, że oryginalne wykonanie Ewy Demarczyk jest bezkonkurencyjne, ewentualnie czasem słuchałam wykonania Łucji Prus. Wczoraj trafiłam na dwie perełki. Jedno to jest wykonanie rosyjskojęzyczne, ale… zachwyciło mnie wykonanie Karoliny Orzeł, noszącej pseudonim ,,Inah”. Poniżej – filmik z YouTube.

I – jak codziennie – zdjęcia.
Zdjęcia z wczoraj (spacer wzdłuż Amager Strand):
Zdjęcia z dzisiaj:
(Znam ulicę niedługą, nieładną, 
która dla mnie została stworzona.
Na podwórku jest piłkarski stadion,
przy śmietniku – reduta Ordona. 
Kto na lody w upał pożyczy,
da parasol, gdy pada deszcz?
Tylko chłopak z naszej ulicy
i dziewczyna czasami też…
 
/Adam Kreczmar ,,Chłopcy z naszej ulicy”/)

Ech, złudzenia – jak na skrzydłach prosto w jutro niosły…

chcieliśmy za wszelką cenę 
wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały… 
ale kto je kupi?
Jak przysłowia się sprawdzają – 
młody to i głupi…

Dzisiejszy dzień był wybitnie uczelniano – biblioteczny.  Cóż… w tygodniu nauka, w weekendy – zabawa. Tak dzielę swój czas i dobrze mi z tym. W pewnym momencie swojego życia polubiłam naukę i myślę, że sporo czasu jej poświęcam. Chcieliśmy za wszelką cenę wkroczyć w świat dorosłych… No właśnie. Nauka. Wiedza – jeden z elementów dorosłości.

Uczenie się też jest sztuką, a ja, niestety, tę sztukę, tę umiejętność skupienia się, opanowałam stosunkowo późno, bo przez wiele lat miałam trochę problemów z koncentracją. W liceum – wskutek problemów – uczęszczałam do szkoły przez dłuższy okres w ograniczonym zakresie, miałam indywidualny tok nauczania et caetera – i wtedy, żeby w ogóle zaliczyć rok – musiałam sama sporo siedzieć nad książkami. Wtedy nauczyłam się i uczyć, i czerpać z nauki przyjemność.

Kto wie? Może zostanę na uczelni i będę uczyć innych? 🙂 czas pokaże:)

(piosenka ,,Czy pamiętasz, jak to było?”)