Dzisiejszy trip po muzeach zaczęłam od Tojhusmuseet (ang. The Royal Danish Arsenal Museum). Jest to część Muzeum Narodowego, które również dziś odwiedziłam, ale o tym później.
Erasmus i Koebenhavn:) og min kaere Dansk Sprog!
Dzisiejszy trip po muzeach zaczęłam od Tojhusmuseet (ang. The Royal Danish Arsenal Museum). Jest to część Muzeum Narodowego, które również dziś odwiedziłam, ale o tym później.
Okrągła Wieża i kościół Świętej Trójcy są ze sobą związane nierozerwalnie – to znaczy Okrągła Wieża jest częścią kościoła, funkcjonującą w przeszłości jako obserwatorium astronomiczne, jak również – jako miejsce, gdzie mieściła się przykościelna biblioteka. Budynki powstały w latach 1637 – 1642 z polecenia króla Chrystiana IV. Są częścią kompleksu budynków uniwersyteckich – kościół pobudowano dla studentów Uniwersytetu Kopenhaskiego i został on konsekrowany w 1656 roku. W 1728 roku Kopenhagę nawiedził pożar (Copenhagen_Fire_of_1728) i kościół otwarto ponownie w 1731 roku. To pierwszy w Danii kościół akademicki.
Rundentaarn ma 34,8 metrów wysokości i dawniej wyrastała ponad wszystkie inne kopenhaskie dachy. Obecnie podziwiać z niej można panoramę miasta. Na sam szczyt prowadzi Spiralny Chodnik, mający 209 metrów długości i okrąża rdzeń wieży siedem i pół raza. Dobrze jest zajrzeć do dzwonnicy, posiadającej oryginalny sufit z 1729 roku, mieszczącej eksponaty związane z historią Okrągłej Wieży.
Obecnie w dawnej bibliotece – w wieży – mieści się sklep z pamiątkami i sala wystawowa.
Zbudziwszy się, a następnie skonstatowawszy (z niejakim przerażeniem), że jest godzina 7.30, ogarnąwszy się w trymiga – nie mając już czasu na spacer, skorzystałam – co zdarza mi się rzadko – z takiego dobrodziejstwa, jakim jest kopenhaskie metro.
Dzisiaj St. Patrick’s Day, więc na ulicach Kopenhagi aż się roi od… Irlandczyków. A może – Duńczyków przebranych za Irlandczyków. Jakby nie było, przez stolicę Danii przejść dziś nie sposób, nie minąwszy ani pół człowieka w zielono – białych barwach – przy czym zdecydowanie najwięcej jest cudaków we wściekle zielonych kapeluszach (z pluszu? czort wie, z czego, bądź co bądź ten materiał wygląda na taki … przytulaśny). Irlandczycy lub ,,Duńczycy vel Irlandczycy” są wszędzie, dosłownie wszędzie – pomijam już Radhuspladsen, ale odwiedziłam dziś Frederiksberg i też tam byli, okupując irlandzkie puby. Na ogół nie rozstawali się dziś z piwem, więc raczej nie byli zanadto trzeźwi. Kobmagergade – tuż pod Studenterhuset – przeszła dziś parada z okazji St. Patrick’s Day. A tytuł posta pochodzi z koszulek, w jakie odziani byli świętujący.
Wylądowałam w niej wczoraj – zmierzając na rozmowę kwalifikacyjną przed rozpoczynającym się w kwietniu kursem duńskiego. Oczywiście H., mądre dziecko, musiała pomylić drogi – czyli przez godzinę to dziecko krążyło wokół dworca kolejowego, zanim ogarnęło, gdzie właściwie jest. W każdym bądź razie – kopenhaski Red Light District na Istedgade w dzielnicy Vesterbro różni się od amsterdamskiego na przykład tym, że jest dość dużą i ruchliwą ulicą w ścisłym centrum Kopenhagi, a nie – niczym ten RDL (De Wallen) w Amsterdamie – obszarem… że tak powiem – staromiejskim, położonym nad kanałami. Więcej zdjęć niż jedno poniższe nie będę tu zamieszczać – przypuszczam, że nie wszyscy czytelnicy tego bloga są pełnoletni… a nie chcę być oskarżana o deprawację małolatów.
Od wczoraj zaliczamy weekendową ,,rozrywkę” – fundowaną przez akademik. Polega ona na zaliczaniu przynajmniej dwóch fałszywych alarmów pożarowych dziennie. Wczoraj o piętnastej uaktywnił się pierwszy – akurat nie było mnie w domu. Drugi zawył o dwudziestej, a ja akurat oglądałam mój ulubiony serial i byłam święcie przekonana, że coś się jara w serialu (tylko, cholera, co tak głośno?!), toteż zadka sprzed komputera nie ruszyłam. Ale coś długo wyło, więc się połapałam, że to chyba nie w serialu, lecz w realu – i – jak wszyscy pozostali mieszkańcy – pozostawiwszy cały swój skromny studencki dobytek na pastwę ewentualnego ognia – zdecydowawszy się uratować – poza własnym tyłkiem, oczywiście – kurtkę, dokumenty i obydwa telefony – wyszłam na dwór. Ognia nigdzie nie było widać, niemniej jednak patrzyliśmy jak załogi trzech wozów strażackich wpadają do środka, tylko po to, żeby stwierdzić, że absolutnie jest wszystko w porządku.
Takiej nocy, jak ostatnia, nie miałam dawno. A w zasadzie – chyba jeszcze nigdy w życiu żadna moja noc nie była aż tak zwariowana. Może jednak… zacznę od początku.
Wczoraj w dzielnicy Norrebro – w bibliotece wydziału nauk przyrodniczych Kobenhavns Universitet – odbył się Mentor – Mentees Orientation Dinner – uroczysta kolacja tutejszych mentorów i ich podopiecznych, organizowana przez Studenterhuset.
O 17.30 miałam się spotkać z moimi mentorkami i znajomymi z grupy przed wejściem do rzeczonej biblioteki. No więc – ja, mądra – stwierdziłam, że właściwie to po co mam wydawać 36 DKK na bilet jednorazowy – wolę się przelecieć piechotką. ,,Przelatywanie się piechotką” z Amager na Norrebro zajęło mi równo dwie godziny, co nie zmienia faktu, że było niezwykle przyjemne, a to z tego powodu, iż dzień był bardzo piękny, bardzo słoneczny (i dziś też taki jest). Poniżej – parę zdjęć z rzeczonego ,,przelatywania się piechotką”:
Bracia Orsted (Oersted) to żyjący na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku Anders Sandoe (polityk i prawnik; premier Danii w latach 1853 – 1854) i Hans Christian (chemik i fizyk). Są patronami parku przy Andersens Boulevard, który dziś odwiedziłam. Przy Andersens Boulevard? To jest w zasadzie obszar ograniczony następującym ulicami: Frederiksborg Gade, Norre Voldgade, Norre Farimagsgade i właśnie Andersens Boulevard.
Park został otworzony w 1879 roku (budowę rozpoczęto trzy lata wcześniej), a zaprojektował go duński architekt krajobrazu Henrik August Flindt (1822 – 1901). Zajmuje powierzchnię 6,5 ha i – niczym wrocławskie Wzgórze Partyzantów – został wzniesiony na terenie dawnych fortyfikacji miejskich.
Pogoda była wymarzona na spacer – piękne słońce, błękitne niebo… aż chciało się wyjść z mieszkania:) Spacerowałam, podziwiając parkową roślinność i – przede wszystkim – relaksując się, wdychając świeże powietrze 🙂 Było na co popatrzeć – park jest także obfity w rozmaite rzeźby. Jeśli chodzi o ,,klimat” – przypominał mi moje ulubione wrocławskie miejsce nauki w okresie sesji – park Tołpy.
I hicior.
Generalnie – moim zdaniem takie ,,święta” jak Walentynki czy Dzień Kobiet powinno się obchodzić codziennie (w sensie, że okazywać sobie nawzajem uczucie czy kobietom – szacunek), toteż jakoś szczególnie ich nie celebruję… A jeszcze dziś znów ból głowy dał mi łupnia, więc z dwugodzinnych zajęć wyszłam zupełnie śnięta – nie miałam ani siły, ani ochoty iść dokądkolwiek, gdziekolwiek i po cokolwiek, więc zaszyłam się w akademiku. Tylko wieczorem wyszłam na plażę, żeby przemyśleć parę spraw… Było pięknie. Niebieskie, powoli szarzejące, wieczorne niebo, gdzieś w oddali „zlewające się” z wodą. I łabędź, zażywający kąpieli (chciałam napisać ,,ablucji” :)) .
Ps. A ja sobie dziś takie dwa prezenty sprawiłam :p tak, wiem, toż to rozpusta :p
…a na uczelni znalazłam – hicior.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.