Muzealna niedziela. Wojskowość i nie tylko!

Dzisiejszy trip po muzeach zaczęłam od Tojhusmuseet (ang. The Royal Danish Arsenal Museum). Jest to część Muzeum Narodowego, które również dziś odwiedziłam, ale o tym później.

To prawdziwa gratka dla historyków wojskowości. Mieści się w budynku starego arsenału miejskiego (z 1604 roku) i stała ekspozycja pokazuje historię duńskiej wojskowości od XVI stulecia  (niestety, najstarsze eksponaty zostały czasowo wycofane z ekspozycji). Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiło ukazanie najnowszej wojskowości – mianowicie działalności duńskich wojsk w Afganistanie. Muszę przyznać, że wdrożono tu bardzo dobry pomysł: mianowicie odtworzono tu wygląd obozu wojskowego i linii frontu (aczkolwiek na samą linię frontu wolałam się nie pchać, tym bardziej, że wykorzystano efekty i wizualne, i dźwiękowe, co momentami tworzyło kakofonię i zaczynała boleć głowa).
Wystawa stała:
Afganistan:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Muzeum Narodowe:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rundetaarn & Trinitatis Church

Okrągła Wieża i kościół Świętej Trójcy są ze sobą związane nierozerwalnie – to znaczy Okrągła Wieża jest częścią kościoła, funkcjonującą w przeszłości jako obserwatorium astronomiczne, jak również – jako miejsce, gdzie mieściła się przykościelna biblioteka.  Budynki powstały w latach 1637 – 1642 z polecenia króla Chrystiana IV. Są częścią kompleksu budynków uniwersyteckich – kościół pobudowano dla studentów Uniwersytetu Kopenhaskiego i został on konsekrowany w 1656 roku. W 1728 roku Kopenhagę  nawiedził pożar (Copenhagen_Fire_of_1728) i kościół otwarto ponownie w 1731 roku. To pierwszy w Danii kościół akademicki.

Rundentaarn ma 34,8 metrów wysokości i dawniej wyrastała ponad wszystkie inne kopenhaskie dachy. Obecnie podziwiać z niej można panoramę miasta. Na sam szczyt prowadzi Spiralny Chodnik, mający 209 metrów długości i okrąża rdzeń wieży siedem i pół raza. Dobrze jest zajrzeć do dzwonnicy, posiadającej oryginalny sufit z 1729 roku, mieszczącej eksponaty związane z historią Okrągłej Wieży.

Obecnie w dawnej bibliotece – w wieży – mieści się sklep z pamiątkami i sala wystawowa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I hit na dziś.

 

(Nie sprzedało to się na Boże Narodzenie… to może przed Wielkanocą uda się opchnąć…)
(Hiacynt Tete – a – Tete)

Z wizytą w Hogwarcie

Zbudziwszy się, a następnie skonstatowawszy (z niejakim przerażeniem), że jest godzina 7.30, ogarnąwszy się w trymiga – nie mając już czasu na spacer, skorzystałam – co zdarza mi się rzadko – z takiego dobrodziejstwa, jakim jest kopenhaskie metro.

Po dwugodzinnych zajęciach stwierdziłam, że chyba chwilę odsapnę (bo jednak nauka w języku angielskim wymaga ode mnie dużego skupienia), toteż poszłam napić się kawy…
Uczestniczyłam w anglojęzycznym wykładzie, odbywającym się w starych murach uniwersyteckich na Norregade. To jest taki… taki Hogwart.
Wnętrze też ma w sobie coś z Hogwartu.
Zdjęcie wprawdzie nieostre – ale – ze spaceru…
I hity.

 

(Nowe solarium. Jak taka cena, to chyba i ja się skuszę :p )
(Takie rzeczy – tylko w Fakcie! Lekkiego fioła tutaj mają na punkcie ekologii. Chyba nie ma czegoś, co nie byłoby określane mianem ,,ekologicznego” :p )

Kiss me, I am half – Irish

Dzisiaj St. Patrick’s Day, więc na ulicach Kopenhagi aż się roi od… Irlandczyków. A może – Duńczyków przebranych za Irlandczyków. Jakby nie było, przez stolicę Danii przejść dziś nie sposób, nie minąwszy ani pół człowieka w zielono – białych barwach – przy czym zdecydowanie najwięcej jest cudaków we wściekle zielonych kapeluszach (z pluszu? czort wie, z czego, bądź co bądź ten materiał wygląda na taki … przytulaśny). Irlandczycy lub ,,Duńczycy vel Irlandczycy” są wszędzie, dosłownie wszędzie – pomijam już Radhuspladsen, ale odwiedziłam dziś Frederiksberg i też tam byli, okupując irlandzkie puby. Na ogół nie rozstawali się dziś z piwem, więc raczej nie byli zanadto trzeźwi.  Kobmagergade – tuż pod Studenterhuset – przeszła dziś parada z okazji St. Patrick’s Day. A tytuł posta pochodzi z koszulek, w jakie odziani byli świętujący.

Frederiksberg – to ,,miasto w mieście”. Wydzielona dzielnica Kopenhagi. Z własnymi władzami, ratuszem, et caetera. Bardzo mi się podobał – jest taki… kolorowy 🙂
(Księgarenki. Tak właśnie wyobrażałam sobie sklepy, w których na ulicy Pokątnej w podręczniki zaopatrywał się Harry Potter.)
(A tak w moim wyobrażeniach wyglądał dom Ani z Zielonego Wzgórza :))
Uwielbiam błyskotki. Bransoletki, pierścionki, naszyjniki, ale moimi ulubionymi precjozami od lat niezmiennie pozostają kolczyki. Chętnie więc zajrzałam do sklepu z akcesoriami do wyrobu biżuterii…
Po drodze – wracając z powrotem do miasta – minęłam kopenhaskie planetarium Tycho Brache.

 

(Stacja Vesterport. Stacja Norreport tu już była kilka razy.)

 

 

(Kopenhaga się rozbudowuje…)
(Metro kopenhaskie. Na razie istnieją linie 1 i 2, linia 3 się buduje, a 4 jest w planach…)
(Det Ny Teater)
Hity.
 (Klub nocy ‚Cabaret’. Dlaczego  mi się to skojarzyło z filmem z Lizą Minnelli, nie wiem…)

 

(Klub nocny dla osób po 30. roku życia. Tak więc – ja – gówniara dwudziestoparoletnia – sobie jeszcze poczekam parę lat.)
(Offline dating. Kawa ze statusem związku.)
(,,Manekiny stoją na głowie…”)
Wczoraj – na Amagerbro – zorientowałam się, gdzie jest kościół świętej Anny, zrzeszający kopenhaską Polonię.
Długo trwało przygotowywanie tego wpisu i wiem, że ukaże on się późno – brak Internetu uniemożliwił mi dziś wcześniejsze działanie.

Red Light District.Dzielnica Czerwonych Latarni

Wylądowałam w niej wczoraj – zmierzając na rozmowę kwalifikacyjną przed rozpoczynającym się w kwietniu kursem duńskiego. Oczywiście H., mądre dziecko, musiała pomylić drogi – czyli przez godzinę to dziecko krążyło wokół dworca kolejowego, zanim ogarnęło, gdzie właściwie jest. W każdym bądź razie – kopenhaski Red Light District na Istedgade w dzielnicy Vesterbro różni się od amsterdamskiego na przykład tym, że jest dość dużą i ruchliwą ulicą w ścisłym centrum Kopenhagi, a nie – niczym ten RDL (De Wallen) w Amsterdamie – obszarem… że tak powiem – staromiejskim, położonym nad kanałami. Więcej zdjęć niż jedno poniższe nie będę tu zamieszczać – przypuszczam, że nie wszyscy czytelnicy tego bloga są pełnoletni… a nie chcę być oskarżana o deprawację małolatów.

W każdym bądź razie – jako się rzekło – od kwietnia będę próbować się uczyć języka duńskiego. Na razie – bazuję tu na angielskim, ale kto wie – ten duński może mi się przydać, tym bardziej, że niewykluczone, iż kiedyś zechcę tu wrócić.
Dziś – poszłam na chwilę na plażę, tam usiadłam na ławce i się uczyłam. Było osiem stopni, piękne słońce… Tak, jak śpiewała Anna Jantar, którą bardzo cenię, a której trzydziesta szósta rocznica śmierci właśnie minęła.
Poniżej – moja ulubiona piosenka Anny Jantar.

Dwudniowa rozrywka – made by akademik

Od wczoraj zaliczamy weekendową ,,rozrywkę” – fundowaną przez akademik. Polega ona na zaliczaniu przynajmniej dwóch fałszywych alarmów pożarowych dziennie. Wczoraj o piętnastej uaktywnił się pierwszy – akurat nie było mnie w domu. Drugi zawył o dwudziestej, a ja akurat oglądałam mój ulubiony serial i byłam święcie przekonana, że coś się jara w serialu (tylko, cholera, co tak głośno?!), toteż zadka sprzed komputera nie ruszyłam. Ale coś długo wyło, więc się połapałam, że to chyba nie w serialu, lecz w realu – i – jak wszyscy pozostali mieszkańcy – pozostawiwszy cały swój skromny studencki dobytek na pastwę ewentualnego ognia – zdecydowawszy się uratować – poza własnym tyłkiem, oczywiście – kurtkę, dokumenty i obydwa telefony – wyszłam na dwór. Ognia nigdzie nie było widać, niemniej jednak patrzyliśmy jak załogi trzech wozów strażackich wpadają do środka, tylko po to, żeby stwierdzić, że absolutnie jest wszystko w porządku.

Dziś wracałam z Lidla, objuczona zakupami i z daleka usłyszałam – alarm. Znowu! I – jak się okazało – drugi już dzisiaj. Moja koleżanka (i imienniczka zarazem, rodem z Norwegii) spytałyśmy się jednego ze strażaków, o co chodzi z tymi alarmami. Okazuje się, że to fiksacje systemu alarmowego wynikają z faktu, że to jest nowy alarm zamontowany w starym, poprzemysłowym budynku.
W przerwie między jednym alarmem – a drugim – zwiedzałam. Oto zdjęcia z dzisiejszego spaceru 🙂
(Pacyfa z butów na Radhuspladsen)
(Takie duuuuże bańki mydlane 🙂 Stroget)
(Klostergaarden)
🙂 Pogoda – jak widać…
piękna i słoneczna 🙂

Spacerem w stronę Norrebro

Norrebro jest dzielnicą położoną na północny zachód od ścisłego centrum Kopenhagi. Dawną dzielnicą robotniczą miasta. Aktualnie – w znacznej mierze zamieszkaną przez emigrantów. W 2007 roku była miejscem największych w historii Danii (a przynajmniej tej najnowszej) starć ulicznych (więcej: https://en.wikipedia.org/wiki/Ungdomshuset ).
Dziś – zachęcona piękną pogodą – poszłam w kierunku Norrebro właśnie. I choć nie byłam w samym centrum dzielnicy – i tak zaliczyłam dwugodzinną przechadzkę.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że jutro będzie równie piękna – a kto wie, czy nie piękniejsza? – pogoda, a ja pójdę na jeszcze dłuższy i jeszcze milszy spacer…
,,Iść – ciągle być 
w tej podróży,
którą ludzie prozaicznie
życiem zwą…”
 
 
 
 

Mentor – Mentees Orientation Dinner :)

Takiej nocy, jak ostatnia, nie miałam dawno. A w zasadzie – chyba jeszcze nigdy w życiu żadna moja noc nie była aż tak zwariowana. Może jednak… zacznę od początku.

Wczoraj w dzielnicy Norrebro – w bibliotece wydziału nauk przyrodniczych Kobenhavns Universitet – odbył się Mentor – Mentees Orientation Dinner – uroczysta kolacja tutejszych mentorów i ich podopiecznych, organizowana przez Studenterhuset.

O 17.30 miałam się spotkać z moimi mentorkami i znajomymi z grupy przed wejściem do rzeczonej biblioteki. No więc – ja, mądra – stwierdziłam, że właściwie to po co mam wydawać 36 DKK na bilet jednorazowy – wolę się przelecieć piechotką. ,,Przelatywanie się piechotką”  z Amager na Norrebro zajęło mi równo dwie godziny, co nie zmienia faktu, że było niezwykle przyjemne, a to z tego powodu, iż dzień był bardzo piękny, bardzo słoneczny (i dziś też taki jest). Poniżej – parę zdjęć z rzeczonego ,,przelatywania się piechotką”:

Zabawa była przednia 🙂 Pogaduchy, wspólne picie winka (ja, jak wiadomo, praktycznie w ogóle nie piję, ale tak czasem… dla towarzystwa to miło jest się napić 🙂 szczególnie, jeśli towarzystwo jest tak wyborne, jak było wczoraj). I dużo śmiechu! Szczególnie przy rozwiązywaniu quizu – a on wcale łatwy nie był (pytania w stylu – czy więcej erasmusowców przyjeżdża na Kobenhavns Universitet czy z niego wyjeżdża, jaki obecnie jest rok w chińskim kalendarzu etc.).
A wszystko odbywało się pod czujnym okiem naukowców wymalowanych na ścianach. Na przykład – jedną ze ścian zdobił Einstein 🙂
Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy i… trzeba było zbierać się do domu. A ja miałam problem. Otóż za Chiny nie miałam przy sobie gotówki, by kupić bilet na autobus, a do najbliższej stacji metra (Norreport) miałam pół godziny drogi piechotą. Cóż… odbyłam więc półgodzinny spacer magicznie oświetlonymi ulicami Kopenhagi 🙂 Niestety, w moim smartfonie jak na złość padła wówczas bateria, więc nawet nie miałam jak zrobić zdjęć – a nocna, oświetlona Kobenhavn to po prostu bajka.
W dwadzieścia minut dojechałam metrem do akademika i – no właśnie – tu musiał nastąpić ciąg dalszy imprezy. Nauka. Cóż, zasadniczo student – wspomożony przez napój energetyzujący – chcąc nie chcąc, do tej nauki zasiada. Zasiadłam i ja. O wpół do pierwszej w nocy.
Przeczytawszy i zrobiwszy notatki – stwierdziłam, że idę spać. A była już godzina trzecia.
O szóstej trzydzieści dostałam smsa od Tatusia – wniebowziętego, iż oto dziecko NARESZCIE poszło na całonocną niemal imprezę, że pobudka, pora wstawać. Próbowałam wykręcić się, że nie wiem, czy w ogóle pójdę na zajęcia, jestem śpiąca, zmęczona et caetera. Niestety, Tatuś nie wykazał tym razem jakiegoś szczególnego zrozumienia dla studentki po imprezie – w obfitującym w szeroko uśmiechnięte emotikony esemesie delikatnie zasugerował, by jednak na zajęcia pójść, a potem ewentualnie odespać. Tak więc – po trzech i półgodzinie snu H. zwlokła się z ciepłego wyrka, wypiła kolejnego energetyka, zjadła śniadanie i popędziła na uczelnię.
Przez całe zajęcia była totalnie śnięta i kompletnie nie kojarzyła, co się do niej mówi. Ale co tam! Raz się żyje, a noc była udana! 🙂
A teraz – H. leci odsypiać!:)

Orstedsparken

Bracia Orsted (Oersted) to żyjący na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku Anders Sandoe (polityk i prawnik; premier Danii w latach 1853 – 1854) i Hans Christian (chemik i fizyk). Są patronami parku przy Andersens Boulevard, który dziś odwiedziłam. Przy Andersens Boulevard? To jest w zasadzie obszar ograniczony następującym ulicami: Frederiksborg Gade, Norre Voldgade, Norre Farimagsgade i właśnie Andersens Boulevard.

Park został otworzony w 1879 roku (budowę rozpoczęto trzy lata wcześniej), a zaprojektował go duński architekt krajobrazu Henrik August Flindt (1822 – 1901). Zajmuje powierzchnię 6,5 ha i – niczym wrocławskie Wzgórze Partyzantów – został wzniesiony na terenie dawnych fortyfikacji miejskich.

Pogoda była wymarzona na spacer – piękne słońce, błękitne niebo… aż chciało się wyjść z mieszkania:) Spacerowałam, podziwiając parkową roślinność i – przede wszystkim – relaksując się, wdychając świeże powietrze 🙂 Było na co popatrzeć – park jest także obfity w rozmaite rzeźby. Jeśli chodzi o ,,klimat” – przypominał mi moje ulubione wrocławskie miejsce nauki w okresie sesji – park Tołpy.

Zdjęcia Orstedsparken:
Te widoki dziś poprawiły mi humor:

 

(Podoba mi się ten dom. Sama nie wiem, dlaczego. Po prostu mi się podoba.)

 

 

🙂

 

(Mała Apteka. Żeby nie było wątpliwości – to jest restauracja na Indre By 🙂 )

I hicior.

(Czyżby czarny foliowy worek prezentowany przez  jeden ze sklepów na tym jednorękim manekinie miał być must have nadchodzącego sezonu? :p )

8 marca

Generalnie – moim zdaniem takie ,,święta” jak Walentynki czy Dzień Kobiet powinno się obchodzić codziennie (w sensie, że okazywać sobie nawzajem uczucie czy kobietom – szacunek), toteż jakoś szczególnie ich nie celebruję… A jeszcze dziś znów ból głowy dał mi łupnia, więc z dwugodzinnych zajęć wyszłam zupełnie śnięta –  nie miałam ani siły, ani ochoty iść dokądkolwiek, gdziekolwiek i po cokolwiek, więc zaszyłam się w akademiku. Tylko wieczorem wyszłam na plażę, żeby przemyśleć parę spraw… Było pięknie. Niebieskie, powoli szarzejące, wieczorne niebo, gdzieś w oddali „zlewające się” z wodą. I łabędź, zażywający kąpieli (chciałam napisać ,,ablucji” :)) .

 
Jutro i pojutrze mam wolne. Mam nadzieję, że pogoda dopisze – i będę mogła wybrać się do miasta albo na jakiś dłuższy spacer. Piszę ,,mam nadzieję”, bo ostatnio Kopenhagi ta pogoda nie rozpieszcza.  
 
O nauce dziś nie piszę – te moje dywagacje na jej temat chyba powoli zaczęły męczyć czytelników bloga 😉
 
Uznaję Dzień Kobiet czy nie uznaję – niemniej jednak wszystkim moim ,,towarzyszkom kobiecej niedoli” życzę wszystkiego dobrego i… żeby zawsze wiedziały, że w nas, kobietach, drzemie to, o czym śpiewała najpierw niezrównana moim zdaniem Kalina J., a potem Hanna Banaszak.


Ps. A ja sobie dziś takie dwa prezenty sprawiłam :p tak, wiem, toż to rozpusta :p


…a na uczelni znalazłam – hicior.