Patrzę na Nią

Patrzę na moją N. – na Jej zdjęcie, które poniżej tu wrzucam (to jest właściwie screen z mojej komórki) i uśmiecham się. Tak po prostu. Bo uśmiechu w tej całej gonitwie, która mi ostatnio bez przerwy towarzyszy – czasami… brakuje? Czy ja wiem? Jeżeli brakuje, to raczej ja się rzadko uśmiecham. Chyba – wracając, zmęczona, do domu nawet nie mam siły na uśmiech.

A tak – popatrzę na to zdjęcie. I się uśmiechnę. Pod maseczką, oczywiście.

Oj, kiedy ja ostatnio pisałam na moim blogu? Dawno. Wiem, że dawno, ale nawet nie mam siły patrzeć, kiedy dokładnie. Pochłania mnie praca – moje Miejsce na Ziemi. Pochłania mnie doktorat. Pochłania mnie zwykłe, szare i w gruncie rzeczy śmiertelnie nudne życie zwyczajnej Mrówki. Aaaa, i znalazłam czas na ten mój Najpiękniejszy! I to jest – niewątpliwie – powód do radości.

Powód do mojej radości.

Może powrócę

Może powrócę na uczelnię. W charakterze doktorantki. Może… Chyba jednak zaczynają do mnie wracać marzenia, które kiedyś utraciłam. Poczyniłam już jakieś pierwsze nieśmiałe kroki ku temu. A za chwilę, dosłownie za parę minut – podejmę kolejne. Usiądę i napiszę plan dysertacji doktorskiej.

Może.

Tak bardzo bym chciała…

A wokół – covidowe czasy. A na zdjęciu – maseczka i Merci. Czekoladki dostałam od wdzięcznej czytelniczki naszej muzealnej pracowni naukowej. A maseczka? Cóż, znak czasów 🙂

Kot niebieski rodem z Leszna

Leszczyńskiego rynku nie zwiedziłam (jeszcze, może kiedyś odwiedzę, bo podobno jest ładny), ale wracając z Nowej Rudy postanowiłam zahaczyć o wegetariańską knajpę „Blue Kot”. O jej istnieniu dowiedziałam się z Instagrama. Poczytałam trochę więcej w Internecie. I stwierdziłam – muszę spróbować! Ja sama wegetarianką nie jestem: mam przykazane od lekarzy jeść mięso (od niedawna, ale mam), natomiast po tym jak dawno temu kombinowałam z niewsuwaniem mięsiw wszelakich (a jeszcze wcześniej odwiedziłam moje bezmięsne wujostwo) – schaboszczaki prześladowały mnie w koszmarach sennych. Niebieskokocie żarełko było przepyszne, choć dla mnie zamówiona porcja okazała się być ciut za dużą (zazwyczaj moja porcja obiadowa to połowa tego, co dostałam na niebieskokocim talerzu). Jeśli kiedyś jeszcze los sprawi, że będę w okolicy – to do Niebieskiego Kota wdepnę, bo poza pysznym jedzeniem – miło jest posiedzieć w ładnym miejscu – wizualnie ładnym. Artystycznie urządzonym. Jako taka trochę artystyczna dusza – pół – kobita, pół – poetka (że pozwolę sobie zacytować A. O. ) – bardzo lubię odwiedzać takie miejsca. Zdjęcia robione telefonem – nie oddają, niestety, tego, co w Kocie jest. A już na pewno nie oddają tego, jak smakuje niebieskokocie jedzenie.

Smoki podaje sprzedawca

Wiedziona miłością do „Ciemno, prawie noc” wylądowałam – po iks latach wybierania się – w zamku (na zamku?) Książ. Wakacje spod znaku korony – to będziemy pamiętać, bo takich wakacji jeszcze w życiu nie mieliśmy. Ja będę pamiętać je także dlatego, że na chwilę wpadłam w Góry Sowie. I właśnie szykuję się do snu w mojej noworudzkiej przystani. Smoków tu nie ma – były w Książu, w sklepie z pamiątkami maści wszelakiej, a napis nad nimi przyjął formę znaku zakazu i głosił, że smoki są podawane ręką sprzedawcy – niemniej jednak jest dookoła atmosfera tajemniczości.

Mam teraz parę dni urlopu. Odpoczywam.

Bo bardzo tego odpoczynku potrzebuję.

Udostępniajmy Lukrecję!

Oni czekają

Z Olgą uczęszczałyśmy razem na lektorat z angielskiego na Uniwersytecie Wrocławskim. Olga jest psychologiem i współzałożycielką Centrum Edukacji Gerontologicznej. To ważne, że takie Centrum zostało powołane. Bardzo, bardzo się z tego cieszę.

Dziadziuś pochodzi z wielodzietnej Rodziny. Całe swoje życie mam kontakt z Jego rodzeństwem – Braćmi, Siostrą, Żonami Braci i jedynym Szwagrem. Spotkania ze Starszymi Osobami – choćby po to, by porozmawiać, by spędzić z Nimi parę chwil – to dla mnie coś naturalnego. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak wiele starszych Osób jest tak samotnych? Dlaczego – jak pisała Patrycja Tomczak w tekście piosenki: „Daremnie wzrok wbijają w drzwi, tuląc w objęciach/ tych, co znów nie zdążyli przyjść – wnuki na zdjęciach”?

Działania takich Osób jak Olga i takich Fundacji jak Centrum Edukacji Gerontologicznej przywracają wiarę w ludzi. Jest we mnie wiara, że wiele się zmieni i że edukacja w zakresie opieki nad osobami starszymi może nawet stanie się powszechna (bardzo bym tego chciała!), a jeśli nie powszechna – to z pewnością częściej będzie o niej mowa w przestrzeni publicznej niż było to dotychczas.

Oni czekają.

Starsi Ludzie na nas czekają.

My też kiedyś będziemy w wieku, w którym Oni są obecnie.

Fanpage Fundacji: CEG na Facebooku

(Zdjęcie zamieszczone dzięki uprzejmości Olgi:))

Sadzik

„Długi” i „Baobab”. Andrzej i Marek Długoszowscy. Bracia. W dzieciństwie – wcześnie osieroceni przez ojca, wychowywani przez matkę. W dorosłym życiu – obydwaj żołnierze Batalionu ” Zośka”. Polegli w odstępie dziesięciu dni.

Sadzik – piesek przygarnięty przez Marka Długoszowskiego, przez „Baobaba”. Skąd się wzięło jego imię? Otóż pluton „Zośki”, w którym Marek walczył – nosił kryptonim ” SAD” (co było zbitką dwóch słów: „sabotaż” i „dywersja”). Zmarły cztery lata temu Bogdan Celiński (ps. „Wiktor”) opowiadał o Sadziku w książce Barbary Wachowicz z serii „Wierna rzeka harcerstwa” (tom czwarty, zatytułowany „To Zośki wiara!”). „Baobab” – poza dwoma metrami wzrostu – miał – zdaniem Bogdana Celińskiego – serce tak miękkie, że aż brał podziw. Zaopiekował się Sadzikiem. Marek Długoszowski poległ 13 sierpnia na Muranowie. Sadzik przestał przychodzić na kwaterę „Sadu”. Nie miał już pana…

Dziś – w 76. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego – kilkadziesiąt minut przed godziną siedemnastą – czytam wiersz Juliana Tuwima. „Odezwa do psów” – tak brzmi jego tytuł. Takich Sadzików, takich psiaków… nikt nie zliczy, ile w powstańczej Warszawie ich było.

(Źródło zdjęcia znajdującego się w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego: „Świecie24”)