Bareja by na to nie wpadł!

Jest sobie osiedle. W miejscowości, nazwijmy ją, W. Mieszkańcy owego osiedla są aktywni na jednym z forów internetowych. I ilość hejtu i jadu, jaka czasem pojawia się na tym forum, jest po prostu nieziemska. Ja nie mówię, że ze strony wszystkich. Ale ze strony pewnej liczby osób – na pewno. Osoby obrażane dały w pewnym momencie do zrozumienia, że będą wyciągać konsekwencje prawne. Na osobach, które sieją zamęt – większego wrażenia to chyba nie zrobiło. A ja po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać: skąd w ludziach złudna nadzieja na to, że w Internecie są tacy anonimowi? Że ukryją się pod jakimś nickiem i będzie okej? Przecież w Internecie nic nie zginie.

Bareja by tego nie wymyślił…

Hepi Berfdej tu mi

Zasadniczo nie wypada, żeby baba, co to ma lat prawie trzydzieści (cytat z wczoraj: „Jutro kończysz tyle lat… ile kończysz”) w dniu swoich urodzin tytułowała wpis na bloga: „Hepi Berfdej”. Niemniej jednak owa baba lubi czasem poprawić sobie humor śpiewaniem na cały głos. Dziś – wyskoczywszy spod pierzynki – odśpiewała sobie samej „Sto lat”.

No, dobra. Powyższe jest jedną wielką ściemą, bo budziła się długo i z trudem. Pół nocy czytała książki, które dostała w prezencie urodzinowym. A teraz wraca do tej z nich, której jeszcze nie skończyła.

To, co mamy – to chwile. Chwile szczęścia

Już za parę dni… za dni parę… moje kolejne urodziny. Trzymajmy się wersji, że osiemnaste. Ten rok jest strasznie dziwny. Niemniej jednak pozostaję otwarta na nowe przygody i wyzwania. 2016 mnie przeczołgał… oby następne lata były lepsze.

Niedawno skierowano do mnie słowa: „To, co mamy – to chwile. Chwile szczęścia”. I tak jest. Chyba tak jest. Życie bywa piękne, ale i nie.

Poniżej – zdjęcie Ziemby. Tak pięknie uczyła jak żyć. I tak kochała życie…

Czy siła jest kobietą?

Pogoda za oknem jesienna, migrena szaleje, w telewizji leci jakiś wyjątkowo mało inteligentny film, a ja umieram.

Serio. Umieram. Tak mi łeb pęka.

Nie mogąc zostawić Dziadka samego z pięcioma psami (w tym moją B. – nadal na restrykcyjnej diecie, nadal leczoną), zostałam dziś w Podkowie, z zaznaczeniem, że do domu wracamy w poniedziałek.

Czy siła jest kobietą? W sumie byłoby fajnie, gdyby jednak nią była. Silnej osoby nie powala brzydka pogoda, ani migrena. Kocham jesień. Ale nie deszczową i ponurą.

Sernik nowojorski

W biegu – pomiędzy załatwieniem jednej sprawy a tysiąca innych nie – cierpiących – zwłoki. Zrobiłam sobie małą przyjemność. Jaką – to można wyczytać z tytułu posta.

Nie powiem, żeby najnowszy film Quentina Tarantino, który obejrzałam wczoraj, mi się spodobał. Trudno mi było po nim usnąć. A, i cały czas męczę jedną książkę. I nie mogę jej zmęczyć. To tyle z szeroko pojętej kultury.

B. czuje się lepiej. Dziś wet.

Pod kroplówką

Moja Maleńka B. choruje. Bardzo poważnie choruje. Powoli zaczyna brakować mi sił, by płakać. Nie powinnam, wiem, ale to silniejsze ode mnie.

Wczoraj przyszłam na chwilę do naszego domu. Domu, w którym wszystko jest Jej. Zabawki. Posłanka. Kocyki. Miseczki.

Jak ja bym chciała, by to, co złe już sobie poszło. Tego zła jest u mnie ostatnio za dużo. Za dużo. Za dużo.

Nie będę zamieszczać zdjęcia B. z dziś, z kliniki, bo pęknie mi serce. Chciałabym, by było tak, jak na zdjęciu poniżej. By to moje Wielkie Szczęście leżało do góry brzuchem i szczerzyło zęby w uśmiechu…

Byliście tam? Jak jest?

No i cóż.

Wracam z wakacji. Cudownych wakacji. Wsiadam do pociągu bylejakiego i zmierzam ku swojemu domowi. Zmierzam do B, która z pewnością z niecierpliwością na mnie czeka. Zmierzam do swoich czterech kątów.

Ale wracam też do codzienności. Do prozy życia, jak to się mówi. Do prób zwalczania własnych słabości, do tego mojego dreptania naprzód. Do permanentnej walki z własną nadwrażliwością, do której się przyznaję i której mam już serdecznie dosyć.

Wracam z wakacji. Naprawdę bardzo udanych wakacji. Wracam z ostatnich dni wakacji, spędzonych wśród mojej Rodziny.

A teraz podróżuję wgłąb siebie.

Wgłąb siebie.

Jak zapytała jedna z blogerek:

„Byliście tam?

Jak jest?”

❤️