Dwudniowa rozrywka – made by akademik

Od wczoraj zaliczamy weekendową ,,rozrywkę” – fundowaną przez akademik. Polega ona na zaliczaniu przynajmniej dwóch fałszywych alarmów pożarowych dziennie. Wczoraj o piętnastej uaktywnił się pierwszy – akurat nie było mnie w domu. Drugi zawył o dwudziestej, a ja akurat oglądałam mój ulubiony serial i byłam święcie przekonana, że coś się jara w serialu (tylko, cholera, co tak głośno?!), toteż zadka sprzed komputera nie ruszyłam. Ale coś długo wyło, więc się połapałam, że to chyba nie w serialu, lecz w realu – i – jak wszyscy pozostali mieszkańcy – pozostawiwszy cały swój skromny studencki dobytek na pastwę ewentualnego ognia – zdecydowawszy się uratować – poza własnym tyłkiem, oczywiście – kurtkę, dokumenty i obydwa telefony – wyszłam na dwór. Ognia nigdzie nie było widać, niemniej jednak patrzyliśmy jak załogi trzech wozów strażackich wpadają do środka, tylko po to, żeby stwierdzić, że absolutnie jest wszystko w porządku.

Dziś wracałam z Lidla, objuczona zakupami i z daleka usłyszałam – alarm. Znowu! I – jak się okazało – drugi już dzisiaj. Moja koleżanka (i imienniczka zarazem, rodem z Norwegii) spytałyśmy się jednego ze strażaków, o co chodzi z tymi alarmami. Okazuje się, że to fiksacje systemu alarmowego wynikają z faktu, że to jest nowy alarm zamontowany w starym, poprzemysłowym budynku.
W przerwie między jednym alarmem – a drugim – zwiedzałam. Oto zdjęcia z dzisiejszego spaceru 🙂
(Pacyfa z butów na Radhuspladsen)
(Takie duuuuże bańki mydlane 🙂 Stroget)
(Klostergaarden)
🙂 Pogoda – jak widać…
piękna i słoneczna 🙂

Spacerem w stronę Norrebro

Norrebro jest dzielnicą położoną na północny zachód od ścisłego centrum Kopenhagi. Dawną dzielnicą robotniczą miasta. Aktualnie – w znacznej mierze zamieszkaną przez emigrantów. W 2007 roku była miejscem największych w historii Danii (a przynajmniej tej najnowszej) starć ulicznych (więcej: https://en.wikipedia.org/wiki/Ungdomshuset ).
Dziś – zachęcona piękną pogodą – poszłam w kierunku Norrebro właśnie. I choć nie byłam w samym centrum dzielnicy – i tak zaliczyłam dwugodzinną przechadzkę.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że jutro będzie równie piękna – a kto wie, czy nie piękniejsza? – pogoda, a ja pójdę na jeszcze dłuższy i jeszcze milszy spacer…
,,Iść – ciągle być 
w tej podróży,
którą ludzie prozaicznie
życiem zwą…”
 
 
 
 

Mentor – Mentees Orientation Dinner :)

Takiej nocy, jak ostatnia, nie miałam dawno. A w zasadzie – chyba jeszcze nigdy w życiu żadna moja noc nie była aż tak zwariowana. Może jednak… zacznę od początku.

Wczoraj w dzielnicy Norrebro – w bibliotece wydziału nauk przyrodniczych Kobenhavns Universitet – odbył się Mentor – Mentees Orientation Dinner – uroczysta kolacja tutejszych mentorów i ich podopiecznych, organizowana przez Studenterhuset.

O 17.30 miałam się spotkać z moimi mentorkami i znajomymi z grupy przed wejściem do rzeczonej biblioteki. No więc – ja, mądra – stwierdziłam, że właściwie to po co mam wydawać 36 DKK na bilet jednorazowy – wolę się przelecieć piechotką. ,,Przelatywanie się piechotką”  z Amager na Norrebro zajęło mi równo dwie godziny, co nie zmienia faktu, że było niezwykle przyjemne, a to z tego powodu, iż dzień był bardzo piękny, bardzo słoneczny (i dziś też taki jest). Poniżej – parę zdjęć z rzeczonego ,,przelatywania się piechotką”:

Zabawa była przednia 🙂 Pogaduchy, wspólne picie winka (ja, jak wiadomo, praktycznie w ogóle nie piję, ale tak czasem… dla towarzystwa to miło jest się napić 🙂 szczególnie, jeśli towarzystwo jest tak wyborne, jak było wczoraj). I dużo śmiechu! Szczególnie przy rozwiązywaniu quizu – a on wcale łatwy nie był (pytania w stylu – czy więcej erasmusowców przyjeżdża na Kobenhavns Universitet czy z niego wyjeżdża, jaki obecnie jest rok w chińskim kalendarzu etc.).
A wszystko odbywało się pod czujnym okiem naukowców wymalowanych na ścianach. Na przykład – jedną ze ścian zdobił Einstein 🙂
Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy i… trzeba było zbierać się do domu. A ja miałam problem. Otóż za Chiny nie miałam przy sobie gotówki, by kupić bilet na autobus, a do najbliższej stacji metra (Norreport) miałam pół godziny drogi piechotą. Cóż… odbyłam więc półgodzinny spacer magicznie oświetlonymi ulicami Kopenhagi 🙂 Niestety, w moim smartfonie jak na złość padła wówczas bateria, więc nawet nie miałam jak zrobić zdjęć – a nocna, oświetlona Kobenhavn to po prostu bajka.
W dwadzieścia minut dojechałam metrem do akademika i – no właśnie – tu musiał nastąpić ciąg dalszy imprezy. Nauka. Cóż, zasadniczo student – wspomożony przez napój energetyzujący – chcąc nie chcąc, do tej nauki zasiada. Zasiadłam i ja. O wpół do pierwszej w nocy.
Przeczytawszy i zrobiwszy notatki – stwierdziłam, że idę spać. A była już godzina trzecia.
O szóstej trzydzieści dostałam smsa od Tatusia – wniebowziętego, iż oto dziecko NARESZCIE poszło na całonocną niemal imprezę, że pobudka, pora wstawać. Próbowałam wykręcić się, że nie wiem, czy w ogóle pójdę na zajęcia, jestem śpiąca, zmęczona et caetera. Niestety, Tatuś nie wykazał tym razem jakiegoś szczególnego zrozumienia dla studentki po imprezie – w obfitującym w szeroko uśmiechnięte emotikony esemesie delikatnie zasugerował, by jednak na zajęcia pójść, a potem ewentualnie odespać. Tak więc – po trzech i półgodzinie snu H. zwlokła się z ciepłego wyrka, wypiła kolejnego energetyka, zjadła śniadanie i popędziła na uczelnię.
Przez całe zajęcia była totalnie śnięta i kompletnie nie kojarzyła, co się do niej mówi. Ale co tam! Raz się żyje, a noc była udana! 🙂
A teraz – H. leci odsypiać!:)

Orstedsparken

Bracia Orsted (Oersted) to żyjący na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku Anders Sandoe (polityk i prawnik; premier Danii w latach 1853 – 1854) i Hans Christian (chemik i fizyk). Są patronami parku przy Andersens Boulevard, który dziś odwiedziłam. Przy Andersens Boulevard? To jest w zasadzie obszar ograniczony następującym ulicami: Frederiksborg Gade, Norre Voldgade, Norre Farimagsgade i właśnie Andersens Boulevard.

Park został otworzony w 1879 roku (budowę rozpoczęto trzy lata wcześniej), a zaprojektował go duński architekt krajobrazu Henrik August Flindt (1822 – 1901). Zajmuje powierzchnię 6,5 ha i – niczym wrocławskie Wzgórze Partyzantów – został wzniesiony na terenie dawnych fortyfikacji miejskich.

Pogoda była wymarzona na spacer – piękne słońce, błękitne niebo… aż chciało się wyjść z mieszkania:) Spacerowałam, podziwiając parkową roślinność i – przede wszystkim – relaksując się, wdychając świeże powietrze 🙂 Było na co popatrzeć – park jest także obfity w rozmaite rzeźby. Jeśli chodzi o ,,klimat” – przypominał mi moje ulubione wrocławskie miejsce nauki w okresie sesji – park Tołpy.

Zdjęcia Orstedsparken:
Te widoki dziś poprawiły mi humor:

 

(Podoba mi się ten dom. Sama nie wiem, dlaczego. Po prostu mi się podoba.)

 

 

🙂

 

(Mała Apteka. Żeby nie było wątpliwości – to jest restauracja na Indre By 🙂 )

I hicior.

(Czyżby czarny foliowy worek prezentowany przez  jeden ze sklepów na tym jednorękim manekinie miał być must have nadchodzącego sezonu? :p )

8 marca

Generalnie – moim zdaniem takie ,,święta” jak Walentynki czy Dzień Kobiet powinno się obchodzić codziennie (w sensie, że okazywać sobie nawzajem uczucie czy kobietom – szacunek), toteż jakoś szczególnie ich nie celebruję… A jeszcze dziś znów ból głowy dał mi łupnia, więc z dwugodzinnych zajęć wyszłam zupełnie śnięta –  nie miałam ani siły, ani ochoty iść dokądkolwiek, gdziekolwiek i po cokolwiek, więc zaszyłam się w akademiku. Tylko wieczorem wyszłam na plażę, żeby przemyśleć parę spraw… Było pięknie. Niebieskie, powoli szarzejące, wieczorne niebo, gdzieś w oddali „zlewające się” z wodą. I łabędź, zażywający kąpieli (chciałam napisać ,,ablucji” :)) .

 
Jutro i pojutrze mam wolne. Mam nadzieję, że pogoda dopisze – i będę mogła wybrać się do miasta albo na jakiś dłuższy spacer. Piszę ,,mam nadzieję”, bo ostatnio Kopenhagi ta pogoda nie rozpieszcza.  
 
O nauce dziś nie piszę – te moje dywagacje na jej temat chyba powoli zaczęły męczyć czytelników bloga 😉
 
Uznaję Dzień Kobiet czy nie uznaję – niemniej jednak wszystkim moim ,,towarzyszkom kobiecej niedoli” życzę wszystkiego dobrego i… żeby zawsze wiedziały, że w nas, kobietach, drzemie to, o czym śpiewała najpierw niezrównana moim zdaniem Kalina J., a potem Hanna Banaszak.


Ps. A ja sobie dziś takie dwa prezenty sprawiłam :p tak, wiem, toż to rozpusta :p


…a na uczelni znalazłam – hicior. 

 

Więc: przeżyłam… lekki szok

Jak w tytule. Wczoraj natknęłam się na wywiad ze znanym profesorem z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wywiad

Zaskoczyły mnie słowa Profesora, że ,,mniej niż dwa procent polskich studentów wyjeżdża na zagraniczne stypendia”. Ciekawe, z czego to wynika… Czasem, gdy rozmawiałam z ludźmi i pytałam o Erasmusa, padała odpowiedź:

– Nieee…. jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło.

Oczywiście, motywacje mogły / mogą być różne, ale – kurczę – nawet nie przypuszczałam, że ludzi, którzy decydują się na wyjazd, jest aż tak niewielu. Myślałam, że w czasach, kiedy mamy UE, kiedy wyjazd nie stanowi aż TAKIEGO problemu, bo najczęściej podróżuje się ,,na dowód”, kiedy załatwianie paszportów, a następnie ich wręczanie – nie wygląda tak jak w scenie z filmu ,,Miś” – tych studentów jest znacznie więcej.

W starym kinie

Dzisiaj zaszalałam. Bardzo chciałam obejrzeć film ,,Brooklyn”, w związku z powyższym poszłam do kina. Wydałam krocie (ale cóż… podobno raz się żyje!). Film naprawdę bardzo mi się podobał. Ale równie – jak film – podobało mi się kino – Grand Teatret.

Grand Teatret – adres kina to Mikel Bryggers Gade 8 – położone jest tuż obok mojego ulubionego kopenhaskiego miejsca (no dobrze, drugiego z ulubionych; pierwszym ulubionym niezmiennie pozostaje uczelnia, na trzecim miejscu jest Amager – dzielnica, w której mieszkam), czyli Stroget. Kino ma dziewięćdziesiąt trzy lata w tym momencie (otwarto je w 1923 roku), posiada sześć sal i jest  w stanie pomieścić ogółem 773 osoby, przy czym największa jest sala numer trzy (z 326 miejscami).
Klimat kina przypomina mi trochę klimat warszawskiego ,,Muranowa”, a ,,Muranów” lubię – dobrze mi się kojarzy; będąc w liceum praktycznie co miesiąc byłam tam w ramach wycieczek szkolnych. To nie jest kolejny multipleks, gdzie jest od cholery popcornu, coli, a repertuar to często naprawdę obciachowe filmidła. To jest kino z klasą; niewielkie;  ze starannie dobranym repertuarem, z barem kinowym, w którym – pamiętam – czasem siedziało się, czekając na seans.
Coś czuję, że dzisiejsza wizyta w Grand Teatret była moją pierwszą, ale nie ostatnią 🙂

Plany na jutro? Obijania się ciąg dalszy 🙂 Konkretnie – wizyta w Studenterhuset 🙂

A dziś – wracając deszczową Amagerbrogade do akademika – uparcie nuciłam sobie to:

Pogoń w stołówce akademickiej

Tradycyjnie – na obiad potuptałam do stołówki akademickiej, bo tam, wiadomo, najtaniej, przecież studenci tacy biedni. A że w tej naszej stołówce jedzenie jest dobre – tym chętniej studenci tam chodzą. Więc poszłam dziś i ja (jak zresztą chodzę codziennie). Zadowolona, podeszłam do kasy, zapłaciłam, odeszłam i nagle usłyszałam za sobą wrzaski, a po chwili ktoś szarpnął mnie za rękę. Za mną stała jakaś dziewczyna, tłumacząc mi, że zostawiłam… swoją kartę kredytową w czytniku. No, fakt, zapomniałam. Pół stołówki miało ubaw.

Cóż… mój nieogar, bywa, niestety, przyczyną kłopotów / przypałów / Bóg wie, czego jeszcze. Tak, jak niedawno – po wyjściu ze sklepu na zimne powietrze, wyszperałam w torbie moje ulubione rękawiczki z misiem pandą, które dostałam od mojej Przyjaciółki. I jakoś tak mało przytomnie je wyciągałam z tej nieszczęsnej torby, że – ku mojemu zdziwieniu – wylądowały one w torbie kobiety idącej przede mną. Mina tej pani – kiedy tłumaczyłam jej, że w torbie ma moje rękawiczki – bezcenna.

Jezu, kiedy ja nareszcie stanę się bardziej ogarnięta…? 😦
Ps. Pozdrawiam znad książek.

Imieniny po kopenhasku

Do dnia dzisiejszego myślałam, że najdziwniejsze imieniny spędziłam w 2009 roku, kiedy to świętowałam w warszawskim szpitalu na Banacha (a razem ze mną świętowało 3/4 oddziału neurologii dziecięcej; H. ma imieniny, no to trzeba je jakoś uczcić!). Dzisiejsze imieniny przebiły wszystkie pozostałe.

Wyspawszy się, a następnie zwlókłszy z magicznego mebla zwanego łóżkiem (o siódmej rano Internet odmówił mi posłuszeństwa, toteż rodzinka nie złożyła mi życzeń face – to – face, niemniej jednak uczyniła to esemesowo), zabrałam się za naukę, wyszedłszy z założenia, że, niestety, w pewnym momencie musi nadejść kres jakże słodkiego lenistwa. Pouczywszy się dostatecznie długo, by uznać, że mniej więcej kojarzę o, co – za przeproszeniem – kaman, udałam się do centrum miasta, by wziąć udział w wydarzeniu organizowanym przez International House, czyli instytucję zajmującą się ,,ogarnianiem” obcokrajowców przybyłych do Kopenhagi. Najbardziej interesowały mnie nadchodzące wydarzenia kulturalne – i wszelkie najpotrzebniejsze informacje dziś uzyskałam:) Spotkałam tam również mojego kolegę z Hong Kongu i dwie koleżanki z Włoch. No i zjadłam kawałek pysznego tortu! 🙂

Potem zrobiłam sobie małą imieninową przyjemność – a mianowicie zakupy…

Dlaczego nazywam dzisiejsze imieniny ,,dziwnymi”? Bo to jednak dziwne uczucie – świętować tak daleko od domu, w obcym kraju…

(Powyższe – w drodze na event)

(Poniższe – sam event)

(Poniżej – dźwig górujący nad ratuszem)

 

I hiciory…
(Przyznam szczerze, że niejakiego skrzata Zgredka się w Kopenhadze nie spodziewałam…)
(Piękne nazwy! Frozen Dreams in Candy Paradise i Fatty Cow)
I coś dla ucha. Moja ukochana kolęda ,,Cicha Noc” (wiem, że to nie Boże Narodzenie, ale jakoś tak mnie wzięło)…
po szwedzku…
po duńsku…