Dehnel, Dehnel, Dehnel!


Jacek Dehnel (rocznik ’80, rodem z Gdańska) to – obok Szczepana Twardocha (rocznik ’79, Ślązak) – jeden z moich ulubionych współczesnych pisarzy polskich. 

Ja się byle czym nie zadowolę, a ponieważ przez długi czas podchodziłam do współcześnie tworzących polskich pisarzy jak przysłowiowy pies do jeża (wstyd się przyznać) i ponad wszystko przedkładałam nieśmiertelną Orzeszkową i jej ,,Nad Niemnem” (przez dłuższy czas to były moje klimaciki: patriotyczne romansidło z dużą ilością opisów przyrody) – gdy sięgnęłam kilka lat temu po dehnelowską ,,Balzakianę”, byłam pełna obaw. Wsiąkłam. Wsiąkłam w piękny (pod względem literackim piękny) język, jakim operuje pan D. 

Niebawem sięgnęłam też po wiersze rzeczonego pana D. Teraz zaczytuję się w ,,Matce Makrynie”.  Kilka jego książek jeszcze przede mną.

 Okazał się on być również tłumaczem. Dokonał – między innymi – tłumaczenia utworu W. H. Audena ,,Blues pogrzebowy” (Funeral Blues). Oryginał utworu oraz inne tłumaczenie – autorstwa Pawła Lesisza – znajdują się pod tym dehnelowskim.

Wyłączcie telefony, wstrzymajcie zegary,
Psom rzućcie kość soczystą żeby nie szczekały,
Uciszcie fortepiany i niech żałobnicy
Przy głuchych werblach trumnę wyniosą z kaplicy.

Niech samoloty wyją, niech kołują w chmurach,
Wypisując na niebie wiadomość: On Umarł,
Zawiążcie kir na szyjach gołębi, rozdajcie
Policjantom na placach rękawiczki czarne.

Był mi Wschodem, Zachodem, Północą, Południem
Niedzielnym odpoczynkiem i codziennym trudem,
Moją pieśnią i słowem, porankiem i zmierzchem
Myślałem: miłość będzie trwać wiecznie. Nie będzie.

Gwiazdy są niepotrzebne, każdą z nich wyłączcie,
Spakujcie w pudło księżyc, rozmontujcie słońce,
Wymiećcie wszystkie lasy i wylejcie morze,
Bo nic już nigdy dobrze skończyć się nie może.

Stop all the clocks, cut off the telephone,
Prevent the dog from barking with a juicy bone,
Silence the pianos and with muffled drum
Bring out the coffin, let the mourners come.

Let aeroplanes circle moaning overhead
Scribbling on the sky the message ‚He is Dead’.
Put crepe bows round the white necks of the public doves,
Let the traffic policemen wear black cotton gloves.

He was my North, my South, my East and West,
My working week and my Sunday rest,
My noon, my midnight, my talk, my song;
I thought that love would last forever: I was wrong.

The stars are not wanted now; put out every one,
Pack up the moon and dismantle the sun,
Pour away the ocean and sweep up the wood;
For nothing now can ever come to any good.


Niech staną zegary, zamilkną telefony,

Dajcie psu kość, niech nie szczeka, niech śpi najedzony,

Niech milczą fortepiany i w miękkiej werbli ciszy

Wynieście trumnę. Niech przyjdą żałobnicy.


Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije

I kreśli na niebie napis: „On nie żyje!”

Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych,

Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.


W nim miałem moją Północ, Południe, mój Zachód i Wschód,

Niedzielny odpoczynek i codzienny trud,

Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew.

Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie: myliłem się.


Nie potrzeba już gwiazd, zgaście wszystkie, do końca;

Zdejmijcie z nieba księżyc i rozmontujcie słońce;

Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień.

Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się.