Ponownie Bardzo Słony

Jak już pewnie czytelnikom bloga wiadomo – wielbię łazić po kawiarniach. A od kiedy rok temu odkryłam Labour Cafe na Ordynackiej i kawiarniany karmel – marzyło mi się, by ponownie do tego miejsca zawitać. Dziś się udało, przy okazji dreptania do staromiejskiego kościoła, celem zamówienia corocznej mszy rocznicowej. Przycupnęłam, wspomniałam piosenkę niezrównanej Kaliny J., wsunęłam słodkość (bardzo mniam!) i lecę dalej! ✈

Enjoy! 🙂

Ps. A kawa poniżej to taka typu hołmmejd 🙂

Marsz Mokotowa

Nie grają nam surmy bojowe
I werble do szturmu nie warczą,
Nam przecież te noce sierpniowe
I prężne ramiona wystarczą.

Niech płynie piosenka z barykad
Wśród bloków, zaułków, ogrodów,
Z chłopcami niech idzie na wypad,
Pod rękę, przez cały Mokotów.

Ten pierwszy marsz ma dziwną moc,
Tak w piersiach gra, aż braknie tchu,
Czy słońca żar, czy chłodna noc,
Prowadzi nas pod ogniem z luf.

Ten pierwszy marsz to właśnie zew,
Niech brzmi i trwa przy huku dział,
Batalion gdzieś rozpoczął szturm,
Spłynęła łza i pierwszy strzał!

Niech wiatr ją poniesie do miasta,
Jak żagiew płonącą i krwawą,
Niech w górze zawiśnie na gwiazdach,
Czy słyszysz, płonąca Warszawo?

Niech zabrzmi w uliczkach znajomych,
W Alejach, gdzie bzy już nie kwitną,
Gdzie w twierdze zmieniły się domy,
A serca z zapału nie stygną!

Ten pierwszy marsz ma dziwną moc,
Tak w piersiach gra, aż braknie tchu,
Czy słońca żar, czy chłodna noc,
Prowadzi nas pod ogniem z luf.

Ten pierwszy marsz niech dzień po dniu,
W poszumie drzew i w sercach drży,
Bez próżnych skarg i zbędnych słów,
To nasza krew i czyjeś łzy!