Czułki ślimaka

Raz jeszcze wrócę do tematu implantów ślimakowych. W internecie pojawił się niedawno post (na jednym z blogów), który wywołał burzliwą dyskusję na fejsbukowym forum internetowym zrzeszającym osoby niesłyszące (jestem tegoż forum członkinią).

Otwarcie przyznaję się do tego, że nie słyszę. Implanty ślimakowe to w moim przypadku konieczność – przez dziesięć lat (między trzecim a trzynasty rokiem życia) zbyt wiele osiągnęłam w aparatach słuchowych (między innymi umiejętność całkiem poprawnego mówienia), by móc się poddać i to wszysto stracić, a utrata była niebezpiecznie bliska; doszło u mnie do tzw. ,,uwstecznienia mowy”. Mówiłam coraz mniej w ogóle, coraz mniej wyraźnie, ubożało moje słownictwo.

Ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że podczas obydwu operacji pozbawiono mnie resztek słuchowych – czyli tych szczątków naturalnego słuchu, jakie jeszcze się mnie trzymały. Ja wiem, że implant słuchu nie przywróci – to tylko doskonalszy aparat. Jestem tak zwanym skrajnym wcześniakiem (zamartwica; 27 tydzień ciąży, 1040 gramów żywej wagi i CAŁY 1 punkt w skali Apgar), nie wykształcił się u mnie ,,ślimak”. Dźwięki wpadajace do moich uszu lądują w czarnej dziurze.

Jako się rzekło – implant to tylko aparat. Doskonalszy, ale też – droższy w eksploatacji (no, ale cóż: coś za coś). Bardzo zaawansowany technologicznie, ale bardzo drogi jako urządzenie. Już sam koszt zabiegu operacyjnego to około 100 tysięcy PLN (włączając koszta części zewnętrznej, znanej jako procesor mowy /ang. speech processor/) . Utrzymanie ich też do tanich nie należy. Mam dwa; do jednego każdorazowo wchodzą trzy baterie, które trzymają zazwyczaj trzy dni (w porywach do czterech). Wersja hurraoptymistyczna zakłada, że jeżeli wydasz stówę na zestaw sześćdziesięciu baterii (znowuż: zakładając, że kupujesz przez Internet, bo w sklepie wybulisz dużo ponad stówę), to na trzy tygodnie masz Święty Spokój.

Ból fizyczny? No jasne! Przecież to oczywiste, że jak Ci gmerają przy mózgu (bo przecież elektrody do czegoś trzeba przyczepić), to przyszywają, zaszywają et cætera, et cætera, et cætera. To jest operacja, to są szwy (gdy ciągną, wówczas wiem, że idzie na zmianę pogody). W moim przypadku jest jeszcze porażenie nerwu twarzowego (to nie jest tak, że ja się głupkowato uśmiecham, ja po prostu mam to niewielkie porażenie, niezależne ode mnie).

Pamiętam swoją radość, kiedy po wszczepie pierwszego implantu uczyłam się rozmawiać przez telefon. Dla nas – niesłyszących – ta umiejętność jest szalenie ważna! Wiele, pamiętajmy, zależy od modeli aparatów i telefonów, mogą być szumy, trzaski, zakłócenia. Stąd ja korzystam z głośnika. Mój telefon nie przepada za kooperacją z implantami. Niestety, ale vice versa. 

Ufff… ale się rozpisałam 🙂 a póki co – do napisania 🙂 uciekam do łóżka: wszak jutro nowy dzień!