Ciągle pada, a ja chodzę

Drugi dzień z rzędu padało. A przynajmniej gdzieś tak do południa. Wybrałyśmy się na wycieczkę – we dwie: moja mama i ja. Więc: poczynając od sklepu ,,Tiger” (kopenhaskiego, jakżeby inaczej, wszak mam niegroźnego pierdolca na punkcie wszystkiego, co duńskie – by the way pozdrawiam znad mojego ulubionego podręcznika do nauki języka Andersena!)…

…przez kawiarnię…

…Koloseum i Forum Romanum…

…na bazylice Santa Maria di Maggiore kończąc.

Trochę fotek z wczoraj.

1) Watykan

2) Trastevere by night:

Senne oczy, pusta kieszeń –

city by night!

Turen går til…

…Ostia.

Acchhh, historia starożytna! Z panem profesorem Wypustkiem… Ateny, Sparta, Rzym et cætera. No i Ostia.

Dzisiaj rzeczoną Ostię odwiedziliśmy. Płacąc krocie za bilety. Ale naprawdę było warto. 

Fodgængere, denne vej 🙂

…Lido.

Nad morze. 

I jeszcze kawałek Wiecznego Miasta.

Miłego weekendu!

Z Kolbergiem po Rzymie

(Plac Trzech Fontann, Panteon, Fontanna di 
Trevi, Schody Hiszpańskie)

Odwiedziwszy wyżej wyliczone – i pokazane – zabytki, udałyśmy się z mamą na zakupy. Imieninowe, bo dzisiaj Heleny. Wracając – zgubiłyśmy się. Tym samym zaliczyłyśmy dodatkową wycieczkę ulicami Wiecznego Miasta. Zapadał już zmrok. 

I parę fotek jeszcze…

…they burned Giordano Bruno

Kopenhaskie zajęcia ,,Ordinary Germans” dają o sobie znać nawet w Rzymie 🙂 to właśnie na ich zaliczenie przygotowałam anglojęzyczną pracę, z której jestem bardzo dumna. Pisząc o karuzeli na placu Krasińskich, przywoływałam wiersz Czesława Miłosza w jego  anglojęzycznym tłumaczeniu (poniżej). Dzisiaj jestem na Campo di Fiori właśnie. 

In Rome, on Campo dei Fiori,
baskets of olives and lemons
cobbles spattered with wine
and the wreckage of flowers.
Vendors cover the trestles
with rose-pink fish;
armfuls of dark grapes
heaped on peach-down.

On this same square
they burned Giordano Bruno.
Henchmen kindled the pyre
close-pressed by the mob.
Before the flames had died
the taverns were full again,
baskets of olives and lemons
again on the vendors’ shoulders.

I thought of Campo dei Fiori
in Warsaw by the sky-carrousel
one clear spring evening
to the strains of a carnival tune.
The bright melody drowned
the salvos from the ghetto wall,
and couples were flying
high in the blue sky.

At times wind from the burning
would drift dark kites along
and riders on the carrousel
caught petals in midair.
That same hot wind
blew open the skirts of the girls
and the crowds were laughing
on the beautiful Warsaw Sunday.

Someone will read a moral
that the people of Rome and Warsaw
haggle, laugh, make love
as they pass by martyrs’ pyres.
Someone else will read
of the passing of things human,
of the oblivion
born before the flames have died.

But that day I thought only
of the loneliness of the dying,
of how, when Giordano
climbed to his burning
he could not find
in any human tongue
words for mankind,
mankind who live on.

Already they were back at their wine
or peddled their white starfish,
baskets of olives and lemons
they had shouldered to the fair,
and he already distanced
as if centuries had passed
while they paused just a moment
for his flying in the fire.

Those dying here, the lonely
forgotten by the worId,
our tongue becomes for them
the language of an ancient planet.
Until, when all is legend
and many years have passed,
on a new Campo dei Fiori
rage will kindle at a poet’s word.