Pani Profesor

(Pisane 18.01)

Dzisiaj mija 97 rocznica urodzin Profesor Haliny z Malawskich Popkowskiej, wieloletniej nauczycielki mojej mamy. 

,,Pani Profesor” – jak zwykliśmy o Niej mawiać – do końca swojego długiego i pięknego życia (żyła 95 lat) zachowała duże poczucie humoru i ciekawość świata. Kochając muzykę, ucząc śpiewu – chętnie (dopóki tylko zdrowie Jej pozwalało) brała udział w koncertach, które mama dawała – w Podkowie, ale i wcześniej w Warszawie.

Klasa, elegancja. Nie pamiętam Jej bez słynnej różowej pomadki na ustach. Zawsze była gustownie ubrana. 

Uroczy Człowiek. Wraz z Mężem – dr Władysławem Popkowskim (do którego, pamiętam, podczas wizyt w naszym domu właściwie nigdy nie zwracała się inaczej jak: ,,Władeczku!”) – stanowili parę, która dbała o kontakty towarzyskie. Obydwoje byli bardzo towarzyscy – przyjęcia przez Nich urządzane moi rodzice do tej pory wspominają z pewnym rozrzewnieniem. Takiej kultury, takiej umiejętności prowadzenia konwersacji – dzisiaj już chyba się nie spotyka.

Zawsze będę pamiętać Panią Profesor – takich ludzi jak Ona się nie zapomina. Cieszę się (a wręcz jestem dumna), że dane mi było Ją znać i być tą – jak zwykła mawiać – ,,Helusią”, którą traktowała zawsze ciepło, z dużą dozą cierpliwości i zrozumienia.

Dziękuję , pani Profesor!

Dehnel, Dehnel, Dehnel!


Jacek Dehnel (rocznik ’80, rodem z Gdańska) to – obok Szczepana Twardocha (rocznik ’79, Ślązak) – jeden z moich ulubionych współczesnych pisarzy polskich. 

Ja się byle czym nie zadowolę, a ponieważ przez długi czas podchodziłam do współcześnie tworzących polskich pisarzy jak przysłowiowy pies do jeża (wstyd się przyznać) i ponad wszystko przedkładałam nieśmiertelną Orzeszkową i jej ,,Nad Niemnem” (przez dłuższy czas to były moje klimaciki: patriotyczne romansidło z dużą ilością opisów przyrody) – gdy sięgnęłam kilka lat temu po dehnelowską ,,Balzakianę”, byłam pełna obaw. Wsiąkłam. Wsiąkłam w piękny (pod względem literackim piękny) język, jakim operuje pan D. 

Niebawem sięgnęłam też po wiersze rzeczonego pana D. Teraz zaczytuję się w ,,Matce Makrynie”.  Kilka jego książek jeszcze przede mną.

 Okazał się on być również tłumaczem. Dokonał – między innymi – tłumaczenia utworu W. H. Audena ,,Blues pogrzebowy” (Funeral Blues). Oryginał utworu oraz inne tłumaczenie – autorstwa Pawła Lesisza – znajdują się pod tym dehnelowskim.

Wyłączcie telefony, wstrzymajcie zegary,
Psom rzućcie kość soczystą żeby nie szczekały,
Uciszcie fortepiany i niech żałobnicy
Przy głuchych werblach trumnę wyniosą z kaplicy.

Niech samoloty wyją, niech kołują w chmurach,
Wypisując na niebie wiadomość: On Umarł,
Zawiążcie kir na szyjach gołębi, rozdajcie
Policjantom na placach rękawiczki czarne.

Był mi Wschodem, Zachodem, Północą, Południem
Niedzielnym odpoczynkiem i codziennym trudem,
Moją pieśnią i słowem, porankiem i zmierzchem
Myślałem: miłość będzie trwać wiecznie. Nie będzie.

Gwiazdy są niepotrzebne, każdą z nich wyłączcie,
Spakujcie w pudło księżyc, rozmontujcie słońce,
Wymiećcie wszystkie lasy i wylejcie morze,
Bo nic już nigdy dobrze skończyć się nie może.

Stop all the clocks, cut off the telephone,
Prevent the dog from barking with a juicy bone,
Silence the pianos and with muffled drum
Bring out the coffin, let the mourners come.

Let aeroplanes circle moaning overhead
Scribbling on the sky the message ‚He is Dead’.
Put crepe bows round the white necks of the public doves,
Let the traffic policemen wear black cotton gloves.

He was my North, my South, my East and West,
My working week and my Sunday rest,
My noon, my midnight, my talk, my song;
I thought that love would last forever: I was wrong.

The stars are not wanted now; put out every one,
Pack up the moon and dismantle the sun,
Pour away the ocean and sweep up the wood;
For nothing now can ever come to any good.


Niech staną zegary, zamilkną telefony,

Dajcie psu kość, niech nie szczeka, niech śpi najedzony,

Niech milczą fortepiany i w miękkiej werbli ciszy

Wynieście trumnę. Niech przyjdą żałobnicy.


Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije

I kreśli na niebie napis: „On nie żyje!”

Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych,

Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.


W nim miałem moją Północ, Południe, mój Zachód i Wschód,

Niedzielny odpoczynek i codzienny trud,

Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew.

Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie: myliłem się.


Nie potrzeba już gwiazd, zgaście wszystkie, do końca;

Zdejmijcie z nieba księżyc i rozmontujcie słońce;

Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień.

Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się.



A tymczasem

…leżę pod gruszą

na dowolnie wybranym boku

i mam to, co na świecie najświętsze:

święty spokój.

A tymczasem leżę pod gruszą,
a czas obok płynie leniwie.

I niczego więcej nie pragnę –

wręcz przeciwnie.

Cudownie jest – na dobranoc – móc powiedzieć, że ma się taki błogi, taki naprawdę święty spokój. Taki, o jakim pisała Magdalena Czapińska w cytowanym wyżej utworze Maryli Rodowicz zatytułowanym ,,Święty spokój”. I tylko żal, że teraz – w styczniu – raczej brakuje warunków, by kłaść się pod gruszą 🙂


Maria… ach, ta Maria!

,,Maria Stuart”. Teatr Ateneum. Tak upłynął dzisiejszy wieczór. Mroźny, zimny, bo styczniowy. W samej sali też za ciepło nie było i teraz charczę niczym gruźlik. Świetny spektakl, bardzo dobre aktorstwo, ładna scenografia. Okazuje się, że mieliśmy szczęście. Dzisiaj grano go po raz przedostatni. Ostatni będzie miał miejsce jutro.

I tylko Marii Stuart żal…

Ja, Olga…

Studium psychologiczne. Swoiste studium psychologiczne. To nie tylko opowieść o dwudziestokilkuletniej dziewczynie, która wjechała ciężarówką marki Praha w grupę ludzi, stojących na przystanku; dziewczynie, która uczyniła to z premedytacją. 

To film o osobie z ewidentnymi zaburzeniami psychiatrycznymi. Emocjonalnymi. Obwiniającej cały otaczający świat o zostanie przezeń odrzuconą. Szukającej zemsty.

To film niepokojący. Utrzymany w czarno – białej tonacji. Właściwie… film tworzą klatki. Z reguły niedługie sceny. To tylko – u mnie przynajmniej – wzmagało poczucie niepokoju. 

Oszczędny jest dźwięk. Tworzą go krople deszczu, jakiś szum czy warkot samochodu.

Niezłe jest aktorstwo. Nie przepadam za Michaliną Olszańską, ale w roli głównej wypadła przekonywująco.

Olga Hepnarová czynu, który został wyżej opisany – dokonała w 1973 roku.

Wyrok śmierci przez powieszenie wykonany został w praskim więzieniu Pankrac.

Szczęście! Trwaj dłużej niż chwilę!

Mogę śmiało napisać: mam dzisiaj dobry dzień! Odbyłam ważne spotkanie. Co jest najbardziej istotne – zakończone sukcesem! Byłam na zakupach (ach…my, kobiety!). Byłam w moim ukochanym Muzeum na Konopnickiej i ustaliłam plan dalszej pracy! A teraz właśnie przed chwilą dokończyłam dzieła konsumpcji naprawdę niezłego obiadu… No i przede mną jeszcze kino. Żyć, nie umierać!

Szczęście, proszę, trwaj dłużej niż tylko chwilę! 

Co kryją Niebieskie Drzwi?

Baśń? Tak, piękną powieść Marcina Szczygielskiego możnaby określić mianem baśni. Chociaż… nie, może jednak jest to książka obyczajowa z elementami baśniowości. I to jest chyba najlepsze określenie…

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek czytała książkę dla młodzieży tak dogłębnie poruszającą trudne tematy. No, może ,,Klasa Pani Czajki” i ,,LOteria” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej i absolutnie ukochane ,,Gwiazd naszych wina” (autor to John Green), ale tam (w żadnej z tych książek) nie ma elementów baśniowych. Marcin Szczygielski próbuje oswoić swoich młodych czytelników z takimi pojęciami jak: ,,śpiączka”, ,,niepełna rodzina”, ,,samotność”, ,,odrzucenie”, ,,eksmisja”, ,,odejście”. Chapeau bas, panie Szczygielski. Już za samą – niełatwą przecież – próbę tego oswojenia. Podjęta próba jak najbardziej się udaje – a efekt końcowy jest kapitalny. Jest książka dająca do myślenia i młodzieży, i dorosłym. 

Co kryją Niebieskie Drzwi…?

Tego dowiecie się, sięgając po tę książkę…